Jak muzyka do filmu, to tylko u Thoma Yorke’a – recenzja soundtracku Suspirii

To nie pierwsza przygoda z muzyką filmową dla Thoma Yorke’a. 18 Lat temu wokalista Radiohead wraz z Bjork nagrał utwór „I’ve Seen It All” specjalnie na potrzeby filmu „Tańcząc w ciemnościach„. Druga próba miała miejsce w 2015 roku przy okazji wydania piosenki „Spectre„, która ostatecznie nie znalazła się w filmie z Jamesem Bondem. Pomimo tego anglik nigdy nie miał okazji stworzyć całego soundtracku filmowego, dlatego propozycja by stworzył ścieżkę filmową do remake’a klasycznego już horroru Dario Argento była dla niego zaskoczeniem.

Przyznam szczerze, że wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością. Zaprezentowany wcześniej utwór „Suspirium” przykuł moją uwagę do tego muzycznego wydarzenia. A wydane później „Has Ended” zaostrzyło tylko mój apetyt. Teraz gdy przesłuchałem całość, mogę śmiało powiedzieć, że jestem usatysfakcjonowany tym co otrzymałem. Nie byłem na początku pewien w którą stronę pójdzie muzyk i czy przypadkiem nie zaserwuje nam zbyt eksperymentalnej muzyki. Jednak Thom Yorke zachował pełną równowagę i co najważniejsze ten niepowtarzalny klimat.

Soundtrack stworzony przez lidera Radiohead składa się z 25 utworów podzielonych na dwie płyty. Materiału do zapoznania było zatem sporo. Yorke całkiem sprawnie miesza tutaj muzyczne gatunki od muzyki orientalnej po mroczny ambient. Nie brakuje tutaj również typowej, instrumentalnej muzyki filmowej, która idealnie oddaje charakter filmu. Mianowicie wprowadza uczucie niepewności i zagubienia, a o tym właśnie jest ten film. Przynajmniej wersja Dario Argento z 1977 roku. W soundtrack są także wplecione typowe piosenki jak wspomniane wcześniej „Suspirium„, „Has Ended” czy też „Unmade„, gdzie usłyszymy jak zwykle wspaniały głos Pana Yorke’a.

Nie jestem fanem remake’ów, jednak po przesłuchaniu tego soundtracku jestem strasznie ciekaw nowego filmu w reżyserii Luki Guadagnino. Poza tym czy film w którym gra Tilda Swinton może nie być ciekawy? Soundtrack do „Suspirii” to wyjątkowa podróż przez mroczne korytarze cenionej szkoły baletowej. Jest na tej płycie klimat tej historii, jest mrocznie (jak to w horrorze) i wciągająco (jak to u Yorke’a). Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze w jakimś filmie (Najlepiej horrorze) muzykę Yorke’a, wychodzi mu ona kapitalnie. Ocena: 8/10.

Cloud Nothings idzie w metal – recenzja „Last Building Burning”

Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się podkręcenia tempa przez grupę Cloud Nothings. Co prawda chłopaki z Cleveland dali już na swoim debiucie „Attack on Memory” z 2012 roku pokaz, że potrafią ostro grać. Jednak po ich ostatnich płytach sądziłem, że raczej będą podążać w stronę lekkiego, gitarowego soft indie-rocka.

A tu zdziwko, i to już od pierwszej piosenki. Grupa Dylana Baldiego przeważnie swoje płyty zaczynała raczej łagodnie, by z piosenki na piosenkę się rozkręcać. W między czasie też wciskała gdzieś jedno nagranie dłuższe, przeważnie najostrzejsze. Tutaj jest podobnie, bo też otrzymujemy ponad 10 minutowe „Dissolution„. Różnica jest w otwarciu płyty, rozpoczynające całość „On An Edge” bliżej do Deafheaven aniżeli klasycznemu brzmieniu garage rocka w wykonaniu Cloud Nothings. Dalej nie jest lżej, bo zarówno w „Leave Him Now” jak i „In Shame” grupa potrafi pokazać pazury. Czwarte w kolejności „Offer An End” łudząco przypominało mi (zwłaszcza wokalnie) duńską grupę punkrockową (O której zresztą nie raz pisałem) Iceage.

Samo obciążenia brzmienia to jedno. Najlepsze jednak jest to, że grupa wciąż trzyma poziom. To ich piąty album – do tej pory nie było słychać w ich muzie jeszcze zmęczenia materiału i znudzenia, a tak do prawdy to tegoroczny krążek jest nowym podmuchem wiatru w ich żagle. Mało kto jest w stanie zaserwować tak świetną linię gitar jaką słyszymy w „The Echo Of The World„, a wspomniane już wcześniej „Dissolution” to po prostu indie rockowy majstersztyk. Ciężko z tych kompozycji wybrać coś na singla, dlatego trochę dziwi mnie, że padło na „So Right So Clean„, które jest dość topornym utworem. Znacznie lżejsze, jak i nie najlżejsze na całej płycie jest kończące całość „Another Way Of Life„.

Nowa płyta Cloud Nothings potwierdza, że grupa ani na chwilę nie spuszcza z tonu. Ciężki, mocne brzmienie łączy się tutaj z nowym i wyraźniejszym wydaniem wokalu Dylana Baldiego. Brzmi to jakby zespół dał swój upust po dłuższej przerwie, a przecież oni wydają płyty dość gęsto i często – ostatnia pojawiła się dokładnie rok temu. Niemniej jednak cieszy mnie taki obrót sprawy. P.S. Pamiętacie, że zespół przyjeżdża do Polski w przyszłym roku, prawda? To wiecie co z tym zrobić! Ocena: 8/10.

Fucked Up spieprzyli sprawę – recenzja „Dose Your Dreams”

Po przesłuchaniu dwóch pierwszych utworów z „Dose Your Dreams” byłem święcie przekonany, że w końcu będę miał okazję napisać recenzję negatywną. Już to kiedyś tłumaczyłem, ale powtórzę – Jakieś 90 % rzeczy przeze mnie recenzowanych to płyty bądź filmy godne polecenia, z nalepką „Paweuu Alterativ Blog Accept”. Trochę mi szkoda czasu na słuchanie brzdąkania, które z góry wiem, że będzie kiepskie. Stąd też rzadko zdarza mi się „zjebać” autorów muzyki, a czasami warto napisać taką recenzję. Tak, dla odmiany.

Myślałem, że Kanadyjczycy z Fucked Up dadzą mi taką okazję. W końcu ich najnowszy, piąty album „Dose Your Dreams” zaczyna się bardzo źle. Na prawdę byłem zdziwiony, że autorzy takiej perełki jaką było swego czasu „The Chemistry of Common Life” potrafili się tak stoczyć. Nawet nie wiem co to było, jakieś połączenie kiepskiego hardkoru z muzyką SKA i punku? Dla niewtajemniczonych SKA to równie najgorszy gatunek muzyczny co polskie reagge. Zupełnie chybiony strzał.

Swoją drogą takich potknięć na tej płycie jest więcej. Eksperymenty w stylu „Mechanical Bull” czy też „Accelerate” nie przypadły mi do gustu. Momentami Fucked Up za bardzo kombinuje i w ostatecznym rozrachunku na tym traci. Za dużo dla mnie na tej płycie takiej oczywistej oczywistości wymieszanej z głupimi pomysłami. Strasznie mi też nie pasują w tym kobiece wokale… Nie żebym miał coś do kobiet w cięższych klimatach, bo na ostatniej płycie Deafheaven też mieliśmy damski wokal, a ich płyta najprawdopodobniej będzie moim numerem jeden w podsumowaniu całorocznym. Po prostu za dużo tu kombinowania co źle wpływa na odbiór całości. Materiał jest stanowczo za długi (prawie 82 minuty! – 18 tracków) i nierówny.

Jednakże nie mogę totalnie zjechać Damiana Abrahama i spółki bo generalnie „Dose Your Dreams” ma także dobre momenty. „Came Down Wrong” ma przyjemną linię gitar (J Macis!) i i ładnie flirtuje  z popem. Natomiast w „The One I Want Will Come for Me” dostajemy wciągającą psychodeliczną końcówkę. Na plus można także odnotować balladę „Love Is an Island in the Sea„. Jednak to stanowczo bym mógł w pełni ten krążek polecić. Niech nie zmyli was ocena na Pitchforku, oni tam ostatnio za dużo jarają legalnego ziołą z Kanady. Ocena: 4/10.