Wakacyjne brzmienie – przegląd płyt z czerwca i lipca

Połowa wakacji za nami… Spójrzmy więc do tyłu, co w tym czasie ciekawe ukazało się na rynku muzycznym. Było tego całkiem sporo.

Deerhoof – Future Teenage Cave Artists. 15 już w kolekcji długograj dla tak zasłużonej grupy jak Deerhoof, to po prostu kolejny punkt w ich niezłomnym trudzie pracy artystycznej. Ich historia oczywiście pokazuje, że raz było lepiej, raz gorzej. Niemniej od 1994 roku dali radę natłuc 15 longplayów, 3 EP-ki, 5 albumów na żywo oraz dwie kolaboracje. Niestety tegoroczny krążek to pomysł na jedną, tytułową piosenkę i zapełnienie reszty klasycznym dla nich plumkaniem. Płyta wypada z głowy od razu po przesłuchaniu. Pozycja obowiązkowa tylko dla zagorzałych fanów, reszta niekoniecznie musi znać. Ocena: 4/10.

No Age – Goons Be Gone. Powiem wam tak. No Age już nie nagrywają w Sub Popie i to słychać. O ile przy „Nouns” potrafili zachwycić to na albumie wydanym 12 lat później odgrzewają po raz kolejny tego samego kotleta. Niby pełnymi garściami czerpią z klasyki rocka, ale czy chcemy słuchać mieszanki Rolling Stonesów z Sex Pistols w 2020 roku? Nie kupili mnie tym krążkiem. Ocena: 4/10.

Built to Spill – Built to Spill Plays the Songs of Daniel Johnston. Pisząc o tej płycie należy wpierw wyjaśnić kim jest wspomniana postać w tytule płyty. Mianowicie Daniel Johnston to wokalista, autor tekstów oraz grafik, który zmarł rok temu na zawał serca w wieku 58 lat. Jego piosenki wykonywali m.in. Tom Waits, Pearl Jam, Beck, Sonic Youth czy też Wilco (Sama śmietanka gitarowego grania z lat 90) natomiast sam wydał 21 albumów muzycznych. Built to Spill, czyli inna legenda indie rocka z lat 90 już wcześniej miała do czynienia z twórczością pana Johnstona. W 1994 roku nagrali cover jeden z jego najlepszych utworów jakim było: „Some Things Last a Long Time„. Trzy lata temu nawiązała się współpraca artysty z zespołem Douga Martscha a w tym roku ukazała się cała płyta, gdzie zespół z Boise, w stanie Idaho bierze na warsztat 11 utworów Johnsona. Jak to wyszło? Powiem tak, Biult to Spill wyjątkowo czuje ducha tych utworów dlatego słucha się ich wyjątkowo dobrze. Być może prochu tutaj nie wymyślili, ale też nie o to w tym wszystkich chodziło. Ocena: 7/10.

Bob Dylan – Rough and Rowdy Ways. Dylan udowodnił tym albumem, że jednak nie jest tak starym piernikiem jakim go malują. Co prawda za wiele się w jego muzyce nie zmienia. To wciąż te same folkowe ballady. I też daleko tej płycie do jakiegoś kosmicznego poziomu. To po prostu całkiem fajny i zgrabny album artysty, który na tej scenie jest praktycznie od zawsze (Robert Allen Zimmerman ma już 79 lat!). Nagrywać w tym wieku swój 39 krążek, to spory wyczyn. A jeszcze większy jest ten wyczyn, gdy okazuje się, że płyta stroi na całkiem przyzwoitym poziomie. Ocena: 7/10.

Phoebe Bridgers – Punisher. Generalnie rozumiem czemu Pitchfork dopatrzył się w tym albumie czegoś wybitnego. Ładny głosik, pozornie miłe dla ucha melodie, wszystko w konwencji nieco folkowej. Tylko, że straszne wieje tutaj nudą. Nawet nie wiem ile podobnych wydawnictw w tym roku przesłuchałem. Ocena: 4/10.

Special Interest – The Passion Of. No cóż, Pitchfork okrzyknął ich mianem „Best Music”. Sprawdziłem i stwierdziłem, że chyba już jestem za stary by na poważnie słuchać taką muzykę. Ocena: 3/10.

The Streets – None Of Us Are Getting Out Of This Life Alive. Mike Skinner wrócił po blisko 9 latach przerwy z nowym materiałem. Najnowszy mixtape angielskiego rapera to całkiem ciekawy krążek, który zaczyna się od dość niespodziewanej kolaboracji z grupą Tampe Impala. Niestety im dłużej słucha się tego wydawnictwa to tym mniej zachwytów. Generalnie wolałem wrócić do „A Grand Don’t Come Free„. Ocena: 5/10.

Run The Jewels nie zwalnia tempa – recenzja „RTJ4”

Premiera „RTJ4” zbiegła się w tym roku z dość głośną i kontrowersyjną sprawą zabójstwa George’a Floyda przez policjanta w USA. W pewnym sensie akcja „Black Lives Matters” i zamieszki w USA związane z wcześniej wspomnianym zabójstwem, pomogły najnowszej płycie raperskiego duetu osiągnąć lepsze wyniki. W końcu nie od dziś wiadomo, że Killer Mike mocno angażuje się w politykę i sprawy rasistowskich zachowań. Dlatego też, płyta ta stała się w pewien sposób głosem niezadowolenia amerykańskiej (ale nie tylko) społeczności. Jednak czy to jedyna zaleta tego krążka?

Z całą pewnością NIE. Co prawda okoliczności w jakich się ukazała, sprawia, że zapisze się w annałach historii i będzie „albumem społecznie ważnym”. Jednak i bez tego longplay ten broni się doskonale. Killer Mike i EL-P ponownie odwalają kawał dobrej roboty. To już ich czwarty wspólny album, i każdy z wcześniejszych był strzałem w dziesiątkę. Tutaj ponownie wszystko jest dopieszczone w każdej sekundzie.

El-P postawił na mocne, pulsujące i konkretne beaty, które robią robotę. Już od pierwszych taktów „yankee and the brave” wiemy, że będziemy obcować z soczystymi podkładami. W „never look back” i „goonies” mamy do czynienia z zabawą z elektroniką, która przeobraża się w transowe klimaty niczym wyjęte z The Chemical Brothers. Z kolei w „the ground below” czy też „walking in the snow” postawiono na dźwięk perkusji i gitarowych przesterów. W końcowym „a few words for the firing squad” usłyszymy sporo saksofonu, jednak to podkłady w „ohh la la” oraz „pulling the pin” są w mojej liście ulubionych. Całkiem możliwe jest tak dlatego, że w pierwszym maczał palce DJ Premier, a w drugim Josh Homme (Ok droczę się, to o nich chodzi!).

A co u Killer Mike’a spytacie? Już spieszę z odpowiedzią. Koleś jest niesamowity z tą swoją nawijką. Już pomijając jego złość, którą czuć i zaangażowanie to warto po prostu wsłuchać się w jego technikę doboru słów i sposób ich wyrzucania z siebie. Raper z Atlanty jest niczym wyrzutnia pocisków, które zawsze trafiają do celu. Szczerze powiedziawszy nie sądziłem, że jego rapowanie będzie wciąż na mnie działać. W końcu każda formuła w pewnym momencie się wypala. Jak widać, Killer Mike wciąż ma to coś. El-P co prawda też potrafi w te klocki, jednak jest tutaj raczej postacią drugoplanową (Nie licząc oczywiście kapitalnej muzyki).

Podsumowując „RTJ4” to wyjątkowo dobry album, który nie zależnie od zabójstwa Floyda i tak zyskałby wysokie oceny. El-P ponownie serwuje nam świetne, rozbudowane i różnorodne beaty. Killer Mike natomiast bierze na siebie warstwę liryczną i też daje radę. Mocna pozycja, obowiązkowa dla każdego słuchacza. Ocena: 9/10.

Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.