Przegląd Płyt: The Smashing Pumpkins

Już niebawem wybieram się na koncert The Smashing Pumpkins do Gliwickiej Areny. To idealny moment by przyjrzeć się bliżej bogatej dyskografii zespołu z Chicago, który na scenie jest od końca lat 80! Na blogu nie wiele miejsca poświęciłem grupie Billy’ego Corgana, poza recenzją płyty Oceania i krótkiej notki z ich występu podczas OFF Festival w 2013 roku. Pora naprawić ten błąd i sprawdzić, które płyty grupy są warte uwagi.

Gish (1991). Debiutancki album grupy z wietrznego miasta uznawany jest przez krytyków i znawców za jeden z najlepszych w dyskografii The Smashing Pumpkins. Brzmieniowo to mieszanka wszystkiego co było na topie w latach 90 gitarowej muzyki. Od Dream Popu, przez Grunge po Heavy Metal. Tylko trzeba w tym miejscu zaznaczyć, że „Gish” było jedną z płyt od których rozpoczęła się rewolucja w gitarowej muzyce. Składający się z dziesięciu utworów debiut ujawnił ogromne zdolności grupy w aranżacji utworów i nakładaniu gitar na siebie by zmaksymalizować finalny efekt. Utwory takie jak „Rhinoceros” czy „Daydream” weszły do kanonu gatunku a na radarze pojawił się nowy zespół, który przysporzył sobie rzeszę wiernych fanów. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Siamese Dream (1993). Drugi w dorobku album grupy do tej pory uznawany jest za ich najdoskonalsze dzieło. I trudno się z tym nie zgodzić. Corgan postanowił pozostać w sprawdzonej rockowej, grungowej estetyce jednak sporo także dodał nowości w brzmieniu. Wpływ na to miały problemy składu, przez co Corgan nagrał praktycznie wszystkie instrumenty samodzielnie (poza perkusją). W porównaniu do poprzedniej płyty i twórczości Nirvany na „Siamese Dream” otrzymaliśmy zupełnie inne gitarowe brzmienie, bardziej łagodne i melodyjne. Serdeczne i zarazem refleksyjne teksty Corgana dopełniły sukcesu jakim były listy sprzedaży płyty. W tamtym czasie obok „Nevermind” Nirvany najchętniej kupowanym albumem było właśnie „Siamese Dream” od zmiażdżonych dyń. Dziś to już klasyk pełną gębą i opus magnum grupy. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Mellon Collie and the Infinite Sadness (1995). Wydana w październiku 1995 roku płyta należy do wielkiej trylogii The Smashing Pumpkins, czyli trzech pierwszych i zarazem najlepszych krążków grupy. Tym albumem Billy Corgan i ekipa pokazali prawdziwy rozmach. 28 utworów, blisko 2 godziny muzyki. Co więcej to właśnie na tym albumie znajdziemy ich najlepsze utwory takie jak użyte w ścieżce dźwiękowej do gry GTA IV „1979„, okraszone wspaniałym wizualnie teledyskiem „Tonight, Tonight” czy „Bullet With Butterfly Wings” z pamiętnym tekstem „World is a vampire„. Corgan czerpał tutaj pełnymi garściami z zespołów rockowych i heavy metalowych lat 70, jednak nie poprzestawał na samej inspiracji a rozwijaniu usłyszanych motywów. „Mellon Collie and the Infinite Sadness” to przede wszystkim pokaz kreatywności oraz konsekwencji w tworzeniu, dlatego też ten album do dziś jest uznawany za wybitny. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Adore (1998). Przy tworzeniu czwartego albumu w grupie nastąpiły przetasowania kadrowe a skład opuścił perkusista Jimmy Chamberlin. Punktem wyjścia przy tworzeniu płyty był hit z poprzedniej płyty „1979„. Całość miała brzmieć jak wspomniana piosenka, czyli pulsująco, elegijnie z wyciszonym brzmieniem. I to w pewnym sensie się udało. Dodano sporo syntezatorów, a utwory obracały się w drem-popowym klimacie co najlepiej opisuje określenie „Post-Grunge”. Corgan tym razem stworzył „skromne” 74 minuty muzyki. Pomimo swoich grzechów to całkiem udany album, który wciąż brzmi dobrze. Nie ma na nim tak pamiętnych hitów jak na poprzednich płytach The Smashing Pumpkins, ale potwierdza, że lata 90 należały do zespołu z Chicago w stanie Illinois. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Machina/The Machines of God (2000). Grupa Corgana nigdy nie doznała syndromu drugiej płyty, gdyż ich drugi krążek okazał się najlepszy w ich dyskografii. Także następny w kolejności „Mellon Collie…” to wybitna perełka w ich dyskografii. W przypadku The Smashing Pumpkins można powiedzieć w zasadzie o syndromie piątej płyty. Przy słuchaniu „Machiny” miałem mieszane uczucia. Wydawać by się mogło, że to będzie jakiś epicki progresywny album koncepcyjny. Nic z tych rzeczy. Sam Corgan nie miał za bardzo pomysłu co zrobić z tą płytą. Próbuje tutaj łączyć dokonania z „Mellon Collie” oraz poprzedniego „Adore„, jednak niekoniecznie te najlepsze. Płyta ponownie jest długa i pojawiają się na niej dobre momenty, jednak po kilku średnich, bezpłciowych utworach zapominamy o nich. Płyta sama w sobie nie jest zła, jednak jak stawiasz koło niej cztery poprzednie albumy to słyszysz różnicę. To jest właśnie ten syndrom piątej płyty. Ocena: 5/10

Ocena: 2.5 na 5.

Zeitgeist (2007). Rok 2007 to był na prawdę wspaniały rok. Bardzo miło go wspominam. Człowiek był młody, Milan wygrywał Ligę Mistrzów no i pojawiło się wiele świetnych płyt. ALE niestety nie autorstwa The Smashing Pumpkins. Wydany w tym roku „Zeitgeist” uznawany jest przez znawców i krytyków za najsłabszy album w całej ich dyskografii. I trudno się z tym nie zgodzić gdy słyszymy te przesadnie skonstruowane utwory. Od wydania poprzedniej płyty mijało 7 lat. W tym czasie zespół się rozpadł a Corgan nagrał „jedyny swój solowy” album „TheFutureEmbrace„. Oczywiście ten cudzysłów przy sformułowaniu jedyny solowy album to taka półprawda. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że The Smashing Pumpkins to Billy Corgan a zespół to tylko ładnie skrojone tło pod jego wizerunek. O reaktywacji The Smashing Pumpkins członkowie dowiedzieli się z ogłoszenia w lokalnej gazecie, także ciężko tutaj mówić o dobrej płycie. No, ale patrząc na ogólne oceny to słuchaczom przypadła do gustu… Krytykom już nie. Ja tylko dodam fakt, że to jedyna płyta grupy, której nie posłuchacie na Spotify. Tak jakby ktoś schował wstydliwy krążek. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

Oceania (2012). O tej płycie pisałem przy okazji występu zespołu podczas OFF Festival w 2013 roku TUTAJ, dlatego też nie będę się zbytni rozpisywał. Wówczas słabo znałem dyskografię grupy, a ich najnowsza płyta podobała mi się. Teraz z perspektywy czasu złagodziłbym swoją ocenę. Płyta sama w sobie po tym czasie, gdy ją słucham wydaje się być OK. Zwłaszcza po przesłuchaniu przekombinowanego „Zeitegeist„. Jednak na przestrzeni tych 11-12 lat nie wróciłem do tego krążka ani razu, dopiero teraz przy okazji tworzenia tego wpisu. Podejrzewam, że teraz następny powrót także nie nastąpi zbyt wcześnie. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Monuments to an Elegy (2014). Album z 2014 roku to drugi po „Oceanii” album w ramach projektu Teargarden by Kaleidyscope i pierwszy krążek zespołu, który nie trwał dłużej niż 33 minuty. Znając Billy’ego Corgana i jego zamiłowanie do tworzenia monumentalnych, rozbudowanych i niemiłosiernie długich albumów taka decyzja mogła zaskakiwać. Osobiście uważam, że zespół na tym skorzystał, gdyż „Monuments to an Elegy” jest znacznie przystępniejsze w odbiorze. Dostajemy konkretny, zwarty zestaw piosenek aniżeli rozciągnięte fascynacje i wizje Corgana. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Shiny and Oh So Bright, Vol. 1 / LP: No Past. No Future. No Sun. (2018). Dziewiąty album w dorobku grupy The Smashing Pumpkins tylko z nazwy jest długi. Billy Corgan postanowił użyć sprawdzonego na wcześniejszej płycie patentu i nagrał materiał trwający trochę ponad półgodziny. Dzięki temu płyta jest zwarta i łatwiej wyczuć chemię pomiędzy muzykami. A ta przy zmienionym składzie się udzieliła. Do składu wrócił pierwszy perkusista grupy Jimmy Chambarlin oraz gitarzysta James Iha. Tą pozytywną energię czuć zwłaszcza w takich utworach jak „Travels” czy też „With Sympathy„, gdzie otrzymujemy niemalże popowe brzmienie. Nie brakuje tutaj także mocniejszego, gitarowego brzmienia jak chociażby w „Solara„. Udany i całkiem przyjemny powrót Dyń z Chicago. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cyr (2020). Można było się spodziewać, że Corgan nie pozostanie długo przy formule krótkich i zwięzłych albumów. Ten romans potrwał tylko przez dwie płyty, gdyż wydany w okresie pandemii „Cyr” to już kolejna rockowa epopeja trwająca 72 minuty. Sporo tutaj syntezatorów i spłaszczonego brzmienia, Corgan z kolei dwoi i się troi by wszystko brzmiało tak, jak to zaplanował. Przyznam, że nie jestem fanem kierunku, w którym zmierza grupa. Płytę przesłuchałem bez większych emocji, nie była zła, ale na pewno do niej nie wrócę. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Atum: A Rock Opera in Three Acts (2022-2023). Nie dajcie się zmylić nazwie. To żadna Opera. Co prawda są trzy akty (to znaczy trzy albumy), ale nie jest to żadne wzniosłe, patetyczne, wielkie dzieło The Smashing Pumpkins. To po prostu kolejna, nieco miałka płyta Billy’ego Corgana, która została niemiłosiernie rozciągnięta do trzech krążków. Tak jak na minionym „Cyr” jest tu ponownie sporo syntezatorów, a całość brzmi jak nieco dziaderski rock bez pomysłu, ale za to z wieloma wspomnieniami. Szkoda, że nie powstało z tego coś wielkiego i podniosłego. Corgan ma zdolności do tworzenia takich dzieł, jednak już od dawna ich nie używa… Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Nigdy nie wracajcie po pluszaka – recenzja filmu „Goście”

W zasadzie na podstawie filmu „Goście” (oryginalny tytuł to: „Gæsterne„) w reżyserii Christiana Tafdrupa, można by sformułować więcej dobrych rad. Jednak niezbyt rozsądny powrót po pluszowego królika zaowocował tragicznym finałem, dlatego od tego stwierdzenia zaczynam swoją recenzję. Zacznijmy jednak od początku.

Włoskie, ciepłe, upalne lato. Gdzieś miedzy polami znajduje się mała mieścinka, a w niej kameralny ośrodek wczasowy. Tam wakacje spędzają dwie rodziny w składzie 2+1. Jedna z Danii – Bjorn (W tej roli Morten Burian) i Louise (Sidsel Siem Koch) wraz z córką Agnes, druga z Holandii – Patrick (w tej roli znakomity Fedja van Huêt), Karin (Karina Smulders) oraz syn Abel. Z początku obcy sobie ludzie znajdują wspólny język i postanawiają nawiązać znajomość. Wakacje mijają, po trzech miesiącach ich znajomość jest tylko wspomnieniem. Do czasu aż rodzina Patricka listownie zaprasza duńskich przyjaciół do kraju tulipanów. Bjorn wraz z żoną i córką wsiadają w samochód i jadą na weekend do Holandii. Spotkanie rozpoczyna się niepozornie, jednak z biegiem czasu robi się coraz dziwniej. Początkowe małe nieporozumienia takie jak karmienie mięsem Louise, która jest wegetarianką czy też zwracanie uwagi Agnes, narastają powoli i przeradzają się w agresję, która prowadzi do tragicznego finału.

Tyle opisem fabuły. Więcej wątków nie zdradzam, gdyż nie chcę zabierać Wam przyjemności z odkrywania tego filmu. „Goście” to thriller psychologiczny, który swoją budową mocno przypomina początkowe dzieła Romana Polańskiego. Christian Tafdrup porusza tutaj bardzo ważne pytania, które należałoby przełożyć na prawdziwe życie. To znaczy na ile możemy pozwolić innym ludziom na wpływanie na nasz komfort? Do, którego momentu możemy być uprzejmi, grzeczni a od którego asertywni, stanowczy czy nawet agresywni? Możemy tutaj dopatrywać się nawet przemyśleń politycznych. Do którego momentu warto się integrować, a od którego momentu powinniśmy stawiać swoje dobro ponad resztę.

Duńsko-holenderska produkcja stosuje wiele metafor, dlatego nie należy odbierać jej dosłownie i doszukiwać się na siłę logiczności w zachowaniach bohaterów. W tym przypadku jedna rodzina, wykorzystuje bierność drugiej. Co chwilę przesuwa granicę, która nabiera w końcu fizyczny wymiar. Na pytanie: „Dlaczego nam to robicie” odpowiadają „Bo nam na to pozwalacie” – i w tej, krótkiej wymianie zdań zawiera się całe przesłanie tego filmu.

Metaforyczność, przesłanie, czy też zasadne rozważania na temat współczesnego społeczeństwa to nie jedyne zalety tego filmu. To w końcu thriller psychologiczny, który swoim gęstym, mrocznym klimatem oraz wprowadzaniem poczucia dyskomfortu u widza, sprawia, że oglądamy po prostu dobry film. Tafdrup, niczym wspomniany wcześniej Polański nie daje łatwych i szybkich odpowiedzi. Droczy się z widzem do samego końca. Co więcej nie mamy tutaj typowego hollywoodzkiego podejścia. Nie będzie heroizmu. Zamiast tego dostaniemy paraliżujący strach, czyli to z czym mamy do czynienia w prawdziwym życiu. W jednej z końcowych scen Patrick zostawia kluczyki z auta w stacyjce, a sam idzie „pod krzaczek”. Jednak ofiara jest zbyt słaba by uciec… Co więcej w filmie duńska rodzina ma wiele sposobności by uciec z tej chorej sytuacji, jednak cały czas pozostają w Holandii. Raz nawet już są w drodze do domu, jednak postanawiają wrócić po pluszowego królika Agnes….

Podsumowując, thriller psychologiczny „Goście” to kapitalny film i jeden z lepszych z ów gatunku, który pojawił się w ostatnim czasie. Jego głównymi atutami są: klimat, narastające poczucie zagrożenia, nieprzewidywalność oraz zasadne pytania, które zadaje widzowi podczas seansu. Ocena: 9/10.

10 Najlepszych płyt 2022 roku

Oto lista 10 najlepszych (moim skromnym zdaniem) zeszłorocznych albumów muzycznych. Mimo, że nie przesłuchałem wielu płyt to i tak miałem w czym wybierać przy tworzeniu listy. Poniżej finalny efekt.

10. Bonobo – Fragments. O najnowszej płycie muzyka z Brighton powiedziano w zasadzie już wiele. I tak, jest to prawda, że to jego jedna z najlepszych płyt. Na „Fragments” Anglik zachował idealną równowagę z onirycznym klimatem a parkietowym basem. W końcu to lider nieoczywistych mieszanek w muzyce. Do tańca porywają wspaniałe „Rosewood” czy też „Otomo„. Z drugiej jednak strony jest sporo kawałków do zwykłej komplementacji i rozmyślań jak chociażby „Tides”. Sporo roboty robią tutaj występy gościnne. Na szczególne wyróżnienia zasługują przede wszystkim Jamila Woods oraz Jordan Rakei. Niby to siódmy już longplay w jego kolekcji, a koleś dalej potrafi wymyślić proch. Dobry album zarówno na karnawał, jak i na post.

9. Trupa Trupa – B Flat A. Gdański band Trupa Trupa nie zwalnia tempa. Grzegorz Kwiatkowski i spółka ponownie udowadniają, że post-punk żyje i ma się dobrze. Mroczne, psychodeliczne, momentami transowe kawałki potrafią porwać. Zwłaszcza taki „Kwietnik„, „Uselessness” czy też otwierający całość „Moving„. Najnowsza pozycja od Trupa Trupy (jak każda ich płyta w zasadzie) ma niepowtarzalny klimat. I mimo, że nie tworzą rozbudowanych utworów, to ich muzyka po prostu działa. Dlatego też doceniam ponownie i pozdrawiam ze Śląska.

8. Kendrick Lamar – Mr. Morale & The Big Steppers. Kendrick kazał na siebie czekać z nową płytą aż 5 lat. Sporo w tym czasie się wydarzyło, ale jedno pozostało niezmienne – płyty Lamara to sztos. I mimo tego, że to najmniej singlowy jego krążek przy jednoczesnym najdłuższym materiale to udało utrzymać mu się równy, wysoki poziom. Ponownie uderza w poważne tony poruszając mocne tematy i tworzy pewnego rodzaju historię na miarę dnia świra w Compton.

7. SZA – SOS. Tak jak wspomniany wcześniej Kendrick, tak i Solánia Imani Rowe wydała imponująco długi materiał. I tak jak raper z Compton, piosenkarka z St. Louis także jest gwarancją wysokiego poziomu wydawniczego. Jej poprzedni krążek „Ctrl” został ciepło przyjęty, tak samo jest i z „SOS„. Najnowsza produkcja SZA ląduje to na różnorakich podsumowaniach i plejkach a recenzenci i słuchacze nie szczędzą ciepłych słów. Powód? Bo to po prostu cholernie dobra i równa płyta.

6. Jad – Ból. No cóż, gdybym miał opisać Polskę AD 2022 jedną płytą to wybrałbym najnowszy album grupy Jad. Nie chcę zagłębiać się w politykę, ale czy da się tego nie robić pisząc o punk rocku? Jak wspominałem w recenzji śmierć z kosą, zalana krwią na tle konturu Polski i słowa „BÓL”, „JAD” to po prostu wypisz, wymaluj nasz piękny kraj. A muzyka? Kozak!

5. FKA Twigs – CAPRISONGS. Debiutancki mixtape FKA Twigs był moim ulubionym zeszłorocznym materiałem z pogranicza R’N’B i popu. Świetne, rozbudowane melodie i urzekające teksty sprawiały, że na początku roku dość sporo słuchałem „CAPRISONGS„. Teraz wróciłem do tego albumu i działa nadal tak samo. Tahliah Debrett Barnett potwierdza tym krążkiem, że wciąż jest w formie i po udanych płytach „LP1” i „Magdalene” wciąż potrafi i może zachwycić słuchacza.

4. Pusha T – It’s Almost Dry. Pusha T i najlepsza rapsowa płyta roku? Ziobro zdziwienia. W końcu Terrence Thornton od dawna wypuszcza wyłącznie mocne rzeczy. Nie inaczej jest tym razem. Klimatyczne beaty, świetna nawijka, przystępny czas odtwarzania (żadne tam półtoragodzinne epopeje) i dobrze dobrana lista gości. Raper z Nowego Jorku dawno temu odkrył receptę na sukces i póki co sprawdza się. Po co więc ucinać kurze złote jaja?

3.Weyes Blood – And in the Darkness, Hearts Aglow. Przyznam się, że dość długo zabierałem się za przesłuchanie tego albumu. Gdy jednak to zrobiłem to z miejsca wskoczył do pierwszej trójki mojego podsumowania. W recenzji określiłem ten krążek jako monumentalny. Zdania nie zmieniłem. Śliczna płyta.

2. Beach House – Once Twice Melody. Szczerze powiedziawszy to nie sądziłem, że dream popowy duet Victoria Legrand – Alex Scally jeszcze kiedykolwiek mnie zaskoczy. Zwłaszcza, że to ich już 8 album a wcześniejsze płyty były do siebie łudząco podobne i jednakowo nudnawe. W przypadku „Once Twice Melody” sytuacja na papierze wygląda podobnie. Płyta składająca się z czterech krążków, 18 utworów i prawie półtoragodzinny materiału. Co to jest? Jakaś kolekcja klasyki czy kolejny mixtape Drake’a?!? Okazało się jednak, że płyta na prawdę daje radę i bardzo dobrze się tego słucha. W zasadzie na tyle dobrze, że urzekły mnie te melodie. Chyba w końcu udało im się uderzyć w odpowiednie tony, które mnie wciągnęły.

1. The Smile – A Light For Attracting Attention. Można by pomyśleć, że miejsce pierwsze za zasługi Radiohead. Nie w moim przypadku. Wstyd się przyznać, ale ten album mnie uwiódł gdy jeszcze nie wiedziałem, że to robota Thoma Yorka z Greenwoodem. Oczywiście, cały czas słyszałem, że ten wokal jest łudząco podobny do wokalisty z Oxfordu a styl zespołu do złudzenia czerpie z radiogłowych. W końcu nie wytrzymałem i wujek google mnie oświecił. Jednak pierwsze zauroczenie było jeszcze z nieznanym mi, nowym zespołem. Teraz gdy znam prawdę to w sumie nie czekam już na nową płytę Radiohead. The Smile absolutnie mi wystarcza, takiego Yorka chcę słuchać. Świetna płyta, aczkolwiek wielkich płyt Radiohead nie przebija. Przypomina mi „In Rainbows„, które de facto doceniam.