Co tam głośniki grają – Przegląd płyt z ostatnich miesięcy

Nie był to mój najlepszy okres jeżeli chodzi o przesłuchane nowe wydawnictwa muzyczne. Jeżeli czegoś słucham, to mojej giga playlisty z paroma dniami muzyki, która najlepiej sprawdza się podczas budowania domu. Nie mniej udało mi się sprawdzić parę nowości, o których dowiecie się z poniżej zbiorowej recenzji.

Wednesday – Rat Saw God. Dobry indie rock w cenie. Zawsze to powtarzam. To także mój mały rytuał by raz rocznie wygrzebać coś świeżego z tego gatunku. Padło na band z miejscowości Asheville z stanu Karolina Północna. Mimo, że to piąty album grupy to brzmi jak debiut. Wednesday udało się wykrzesać prawidłową energię i świeżość, by nie być w zasadzie kolejnym zamulającym indie rockowym zespolikiem. Ich tematyka może nie jest oryginalna, bo wokalistka Karly Hartzman śpiewa o typowych sprawach dla małomiejskiej społeczności a w ostre gitarowe riffy włamują się czasami elementy typowego amerykańskie folku kojarzonej z tamtejszym zadupiem. Czy szczur zobaczył Boga? Tego nie wiem, ale mogę Wam polecić ten krążek. Bo jest w dechę. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Andre 3000 – New Blue Sun. To była jedna z tych płyt, która mnie totalnie zaskoczyła w tym roku. Odpalając ją byłem spragniony fajnego, odkrywczego rapu. Bo wiecie, Andre3000 to w końcu członek legendarnej grupy OutKast, która poza singlem „Hey Ya!” wydała wiele legendarnych rapsztosów jak chociażby album „Stankonia” czy też „ATLiens„. Jak wielkie moje było zaskoczenie gdy otrzymałem spokojną, nieco medytacyjną muzykę instrumentalną. No, ale tytuł pierwszego utworu to wszystko bardzo ładnie tłumaczy: „I Swear, I Really Wanted to Make A „Rap” Album But This Is Literally the Way the Wind Blew Me This Time„. I tak otrzymujemy ambientową podróż, która trwa prawie tyle samo co piłkarski mecz. Jest momentami dziwnie, a czasami zaskakująco fajnie. Uwierzcie, że idzie się odprężyć przy tym zestawie i warto mu dać szansę, bo to dobra muzyka jest. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Travis Scott – Utopia. O tym, że nie jestem wielkim fanem Travisa Scotta oraz samego nowego wydania trapu wiecie już pewnie z moich wcześniejszych recenzji. Dlatego też z wielką rezerwą podchodziłem do najnowszego krążka rapera z Houston w stanie Teksas. Okazało się, że „Utopia” dość konkretnie mi spasowała. Nie wiem ile w tym zasługi seansu serialu „Your Honor„, gdzie dość często słychać trapy. Jednak słyszę, że Scott się wyrobił i nie jest to typowe rapowe pizganie jak w „Astroworld” czy przynudzanie w stylu Migos. Dobrze, że nie przekreśliłem całkowicie chłopa bo zaczął nagrywać porządną muzykę, która już nie okapuje z każdej strony auto-tunem podkręconym na kurwa milion. Pytanie tylko, czy to ja jestem zacofany i się nie znam, skoro doceniam jego najmniej doceniony przez resztę album? Najlepiej posłuchać samem i wyrobić swoje własne zdanie. Ode mnie ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Drake – For All The Dogs. Z Aubreyem Grahamem łączy mnie specyficzny więź. Wielbię jego twórczość i nienawidzę jednocześnie. Jego najnowsza płyta „For All The Dogs” brzmi identycznie jak jego 5-6 ostatnich albumów i tak samo jak jego kolejne trzy krążki, które pewnie ukażą się w przyszłym roku. Nie słyszałem ich (Bo ich jeszcze nie ma!), ale już teraz wiem, że to będzie to samo. A skąd to wiem? Bo Drake już od paru lat gra jak zacięta płyta. Jestem w stanie rozróżnić utwory z jego pierwszych albumów do „Views„. Reszta zlewa się w jedną papkę. Ale wiecie co? To jest na tyle dobre, że wciąż to słucham i doceniam. I będę pewnie dalej to robił. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Dystymia – Wszystko zostało już powiedziane. Czy wszystko już zostało powiedziane? Powiem więcej. Mam wrażenie, że już wszystko zostało zagrane w muzyce. Dowód? Omawiana EP-ka mikołowskiego bandu Dystymia. Jakiś czas temu przykuli moją uwagę dość udanym coverem utworu „Komputery” nieodżałowanej grupy Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na „Wszystko zostało już powiedziane” kontynuują wątek zespołu z Świebodzina, próbując wejść w kostium Marcina Zagańskiego i reszty. I to wcale nie jest złe, bo przecież członkowie KDZKPW także przenosili brytyjskie brzmienia indie rocka na nasze podwórko, a po przerwaniu działalności pojawiła się spora luka, którą należałoby wypełnić. I tutaj pojawia się Dystymia, która stara się być takim mikołowskim Kombajnem. I jasne, wokal Kamila Rykowskiego nie ma tej samej mocy co legendarna chrypka Zagana, teksty nie są tak samo liryczne i piękne jednocześnie a brzmieniu gitar jeszcze daleko do tych z „Połączenia” czy „Waniliowego Nieba„. Jednak chłopaki są z Mikołowa, więc wiem jak jest. Mają już bazę na stworzenie czegoś fajnego, no i szacunek za inspiracje Kombajnem. Ja wciąż czekam na powrót tej grupy, chociaż wiem, że z każdym nowym rokiem jest to coraz mniej prawdopodobne. Póki co mogę polecić zainteresowanie się Dystymią, ja będę na pewno śledził rozwój sytuacji. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Epicka 70-tka jaszczura – recenzja filmu „Gojira: Minus One”

W nadchodzącym roku będzie miała miejsce 70 rocznica premiery filmu „Gojira„, który w Polsce jest znany jako „Godzilla – Król Potworów„. W związku z tym japońska wytwórnia filmowa Toho wypuściła do kin najnowszy film z serii, który obok pierwowzoru w reżyserii Ishiri Hondy jest najlepszym filmem o jaszczurze w bogatej, w ponad 30 filmów kolekcji. Recenzenci i fani filmowi rozpisują się w samych superlatywach o najnowszej produkcji Toho. Co jest o tyle zaskakujące, gdyż na tak dużą ilość filmów o Godzilli tylko garstka była dobrym kinem. Nawet amerykańskie wersje tego uniwersum mogą co najwyżej się pochwalić tylko jedną, dość udaną wizją Garetha Edwardsa z 2014 roku. Reszta tych filmów jest mocno rozczarowująca i bez ducha japońskiej Gojiry.

W czym tkwi sukces filmu „Gojira: Minus One„? Przede wszystkim nie jest to film wyłącznie o 50-metrowym gadzie rozwalającym budynki. W końcu, ktoś wpadł na pomysł by film o Godzilli miał sensowny scenariusz, wiarygodnych bohaterów i ciekawą historię ludzką. I to wszystko otrzymujemy w filmie Takashiego Yamazaki. Mamy rok 1945, jest końcówka II Wojny Światowej na Pacyfiku. Japoński pilot kamikadze Shikishima Koichi (w tej roli Ryûnosuke Kamiki) nie wypełnia swojego samobójczego obowiązku i pod pretekstem awarii samolotu ląduje na wyspie Odo, gdzie znajduje się baza wojskowa. W tym samym czasie na wyspie pojawia się potwór, który określany jest przez miejscowych jako Gojira. Shikishima jako jeden z nielicznych przeżywa atak i wraca do zniszczonej wojną Japonii. Na miejscu jednak się okazuje, że jego rodzina nie żyje a on sam nie jest mile widziany, ze względu na niespełnioną misję wojenną. W ruinach dawnego domu, próbuje stworzyć nowy z świeżo poznaną dziewczyną Noriko (W tej roli Minami Hamabe) i uratowanym z wojny niemowlęciem. Powoli wracający do normalności świat Shikishimy ponownie zostanie zaburzony, gdyż do kraju zbliża się Gojira, która niszczy wszystko na swojej drodze…

Jak widać z opisu fabuły, film „Gojira: Minus One” zawiera w sobie wiele z melodramatu o próbie układania życia na nowo, skutkach wojny i ciężkim okresie odbudowy Japonii. Stąd w nazwie te „Minus One”. Chodzi o to, że po IIWŚ Japonia zaczyna od zera, jednak atak Gojiry powoduje, że tak na prawdę jest to już wynik na minusie. Pokazana Japonia z lat 1945-47 wygląda wiarygodnie i tak samo przerażająca jak Warszawa z 1945. Wszędzie gruz i zgliszcza, głodujący ludzie oraz bezrobocie.

Postacie, zarówno pierwszoplanowe jak i te dalszoplanowe, są złożone i dobrze napisane. Główny bohater Shikishima – to postać, którą męczą wyrzuty sumienia z powodu nieudanej misji kamikadze oraz wydarzeń z wyspy Odo. Z jednej strony pragnie założyć nową rodzinę i chce dalej żyć, z drugiej czuje się niegodny drugiej szansy. Jego siostra ma pretensje do niego, że przeżył. Uważa, że jego ucieczka była przyczyną śmierci rodziców oraz jej dzieci. Jednak i ona z czasem pomaga jego nowej rodzinie, i stara się iść do przodu. Oishi Noriko ma również swoje wady i zalety. Z jednej strony kradnie, by przeżyć. Z drugiej zajmuje się nie swoim dzieckiem. Z czasem jej relacja z głównym bohaterem nabiera typowo małżeński schemat. Mamy tutaj także dobrze zgraną paczkę wyławiaczy min, mechanika samolotów Tachibanę no i żołnierzy z Wyspy Odo.

Okazuje się, że sama Godzilla nie jest najważniejsza w tym filmie, ale jest równie istotna. To ponownie symbol japońskiego lęku i traumy po atakach jądrowych na Hiroszimę i Nagasaki. Na przestrzeni tych 70 lat nasz wielki jaszczur był pokazywany różnorako, w filmie Yamazakiego jest ponownie niszczycielskim żywiołem. Warto wspomnieć, że to pierwszy japoński film, gdzie Gojira jest całkowicie stworzona przez efekty komputerowe. Nawet w ostatnim (dość dobrym) „Shin Gojira” z 2016 roku mamy do czynienia z gościem w gumowym kostiumie. I jak na śmiesznie niski budżet filmy (15 milionów dolarów) radioaktywna jaszczurka wygląda wspaniale! Efekty specjalne są świetne, a sam potwór wygląda przerażająco jak nigdy dotąd. Jej zachowanie przywołuje na myśl rekina ze szczęk czy też ksenomorfa z Obcego, gdyż jest po prostu maszyną do zabijania i niszczenia bez jakiegoś celu czy też wytłumaczenia. Jest nieprzewidywalna niczym żywioł, i to jest w niej najstraszniejsze. Co więcej jej radioaktywny podmuch, po raz pierwszy nie jest jakimś świecącym laserem jak z „Gwiezdnych Wojen” a bardziej przypomina wybuch bomy atomowej. Mam nadzieję, że ta wizja Godzilli pozostanie na dłużej i nie będzie przypominać człowieka jak w starych filmach z serii, czy też tych najnowszych z amerykańskich produkcji, gdzie gad się śmieje czy też biegnie niczym rambo.

Oczywiście, film ma również swoje wady. Dla europejskiego widza, nadekspresyjność okazywania emocji przez japońskich aktorów może wydawać się dziwna lub co najwyżej sztuczna. Nie przypadła mi do gustu zbyt ckliwa końcówka filmu. I też pewne zbiegi okoliczności w filmie wydawały mi się zbyt naciągane. Jednak są to drobnostki, gdyż człowiek oglądający hollywoodzkie blockbustery musi przymykać oko na większe głupoty. Największą zgrozę jednak budzi sposób dystrybucji tego filmu w Polsce. Pokazuje go tylko jednak sieć multipleksów i to w znacznie okrojonym wymiarze jednego, góra dwóch seansów na dzień. Szkoda, bo to na prawdę bardzo dobry film, który zasługuje na większą uwagę niż nadchodząca kolejna część monsterverse „Godzilla x Kong” czy też obecnie pokazywany serial „Monarch: Dziedzictwo Potworów„.

Podsumowując, „Gojira: Minus One” to film warty zobaczenia, nie tylko dla fanów serii. Najnowsza Godzilla idealnie łączy w sobie kino wojenne, melodramat oraz kino katastroficzne. Myślę, że każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Poza tym to najlepszy film z tej serii od czasu pierwszej części Ishiro Hondy z 1954 roku. Japończycy godnie uczcili 70 urodziny naszego wielkiego jaszczura. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Żałoba jako najlepsza muza dla artysty, wydanie płyty jako najlepsza terapia na przykładzie Sufjana Stevensa – recenzja „Javelin”

Nie jest to najlepszy okres w życiu prywatnym Sufjana Stevensa. Po śmierci rodziców, artysta jest ponownie w żałobie. W kwietniu odszedł jego partner życiowy – Evans Richardson. Nie jest to koniec złych wiadomości, gdyż u muzyka rozpoznano Zespół Guillaina-Barrégo. Po takich życiowych ciosach, nie jeden człowiek załamał się i popadł w depresję. Jednak sam Sufjan Stevens zachowuj spokój ducha i afirmuje życie. A jak to robi dokładnie? W sprawdzony już i najlepszy dla siebie sposób… Wydaje kolejną kapitalną płytę.

Lata temu w odniesieniu do twórczości Muse, (Tak, wiem – dziwnie wspominać tą grupę w kontekście „Javelin„) napisałem, że najlepszą muzą jest złamane serducho. Podtrzymuję tą tezę, tyle, że w tamtym momencie miałem na myśli miłosny zawód. Dziś do tego pojęcia dodaję żałobę. Zarówno „Javelin„, które jest zadedykowane niedawno zmarłemu partnerowi Stevensa, jak i wydane po śmierci mamy „Carrie & Lowell” to albumy wybitne w bogatej dyskografii Pana Stevensa. Czas żałoby i wspominania straty najbliższych to moment w którym najbardziej się otwiera, i zrobił to ponownie.

Javelin” w zasadzie nie jest płytą o śmierci, ani o zmarłym Evansie Richardsonie. Jest ona o samym Stevensie, który otwiera się przed słuchaczem. Traktuje on swoje dzieło jako swoistą terapię. A ta działa pozytywnie, gdyż otrzymujemy zestaw 9 pogodnych utworów. Sufjan ponownie uderza swoim największym orężem, którym jest melodyjny indie-folk dopracowany w najmniejszym szczególe. Album zaczyna się dość zaskakującym „Goodbye Evergreen„, który swoim rozmachem i patetycznością przywołuje na myśl pompatyczne utwory z „Age of Adz”. Jednak już takie „Everything That Rises” czy też „Genuflecting Ghost” to typowe indie-folkowe ballady, którymi artysta wzruszał już nie raz. Drugim, dość niekonwencjonalnym dla płyty utworem jest „Shit Talk„, gdzie Stevens ponownie zaskakuje. Na koniec otrzymujemy cover utworu Neila Younga „There’s a World„, który stanowi idealne zwieńczenie całości.

Javelin” to przede wszystkim piękna płyta, z kapitalnymi kompozycjami, która jest dopracowana w każdym, najdrobniejszy detalu. Brzmieniowo i tematycznie, najbliżej jej do „Carrie And Lowell„, jednak można dopatrzeć się tutaj także pozostałości po „Age of Adz” czy też „Illinois„. Stevens to artysta nietuzinkowy, który ma na koncie wiele wyśmienitych płyt. Wystarczy wspomnieć albumy „Seven Swans”, „Michigan” czy też „Age of Adz„. Jednak te najszczersze, to albumy wydane w chwili straty najbliższych. Oczywiście, chciałbym by każdy kolejny jego krążek był równie piękny, jednak życzyłbym sobie by nie był już dedykowany nikomu zmarłemu. W zasadzie wciąż wierzę, że projekt płyty o każdym amerykańskim stanie się jeszcze kiedyś zmaterializuje. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.