Muzyczne podsumowanie roku 2018

Tradycyjnie już przedstawiam 10 najlepszych w mojej opinii płyt zeszłego roku. Znalazło się sporo miejsca dla cięższego grania, którego słuchałem w 2018 całkiem sporo jak i rapu, i polskiej muzyki. Nie wiele brakło Thomowi Yorke’owi i Cloud Nothings by się znaleźć w TOP10, niemniej uważam, że wymieniona przeze mnie dziesiątka to obowiązkowa lista do przesłuchania dla każdego fana dobrych dźwięków.

10. Mac Miller – Swimming. Z całą pewnością wstawienie ostatniej płyty Millera na moją listę nie jest wyłącznie pośmiertną laurką dla rapera. Autentycznie sporo słuchałem i zachwycałem się tym krążkiem w zeszłym roku. Świetna produkcja, kapitalne teksty plus kilka rap bangerów pokroju „Self Care” sprawiło, że miałem dla ex Ariany Grande więcej uznania niż choćby dla „Ye” Westa.

9. Rycerzyki – Kalarnali. Rycerzyki swoją nową płytą zapowiedzieli mi wiosnę. A, że jest to moja ulubiona pora roku podczas której wychodzę z zimowego stanu depresyjnego to mam z tym krążkiem wiele miłych i pogodnych wspomnień! A poza tym krakowski band świetnie sobie radzi z melodyjnym i momentami tanecznym indie-popem.

8. Kendrick Lamar – Black Panther: The Album. To był dobry rok dla muzyki filmowej. Bo obok tego znakomitego krążka Kendricka Lamara pojawił się równie kapitalny soundtrack autorstwa Thoma Yorke’a do filmu „Suspiria” (któremu nie wiele zabrakło by się znaleźć na mojej liście). O ile sam film „Czarna Pantera” uważam za jeden za najbardziej przehajpowanych obrazów w historii Wszechświata (za co te nominacje do Oscara?!?) to już sama muzyka broni się świetnie. A Nagroda Akademii Filmowej za piosnkę „All The Stars” dla rapera to dla mnie formalność.

7. Iceage – Beyondless. Moi duńscy punk rockowi koledzy po raz kolejny zachwycili. Przyglądam się im od 2011 roku i wciąż potrafią mnie wciągnąć. Wpierw ostrym nihilistycznym punkiem, później kowbojskim punkiem z nutą melancholii by przejść do najbardziej dojrzałej i wpadającej w ucho dawki muzyki gitarowej. Każda ich płyta była inna, każda wspaniała, a ta prawdopodobnie najlepsza do tej pory.

6. Beach House – 7. Siódmy album Beach House to najwybitniejsza rzecz jaka im się przytrafiła. Zespół wynurzył się z marazmu nudy i rutyny w której zakopał się już dawno temu. Nie sądziłem, że twórcy dream popu z Baltimore jeszcze kiedyś zabłysnął. To pokazuje, że nie należy nikogo przedwcześnie skreślać. Pójście w bardziej psychodeliczne brzmienie opłaciło się amerykańskiemu duetowi, na tyle, że po raz pierwszy ich wysokie miejsca w całorocznych zestawieniach są całkowicie zasłużone.

5. Pusha T – Daytona. Mało w tym roku słuchałem hip-hopu w porównaniu do lat minionych. Jakoś średnio kupuje te nowe trendy w stylu Migos, czy trapy a la Scott Travis. Doceniam jednak to co w zeszłym roku zrobił Pusha T. Gościa lubię już od jakiegoś czasu a „Daytona” wydaje się chyba jego najlepszym dokonaniem. Świetne beaty, nie za długie utwory oraz nieprzesadzona nawijka samego autora. Dobry rap w klasycznym wydaniu.

4. Idles – Joy as an Act of Resistance. O Idles usłyszałem dość późno, jednak nie przeszkodziło im to w wskoczeniu do samej czołówki mojego zestawienia. Wyróżniam ich przede wszystkim za świetne teksty, angielskie poczucie humoru oraz zdrowe, mocne brzmienie. W tym roku słuchałem znacznie więcej cięższego, gitarowego grania, a Idles idealnie się z tym zgrali. Chciałoby się rzec więcej takich płyt, ale wtedy Idles nie byliby tak wyjątkowi jak teraz.

3. Mitski – Be The Cowboy. Tytuł może być mylący, pod żadnym pozorem nie jest to żaden zestaw kowbojskiego country na rodeo. Nowojorska artystka o wschodnich korzeniach zamiast tego serwuje nam wyśmienity album o samotności w którym wrzuca trochę electro-popu, trochę rocka. Jaki efekt tego? Płyta roku wg Pitchforka, a w reszcie zestawień także czołowe pozycje. Zupełnie zasłużenie!

2. Car Seat Headrest – Twin Fantasy. Indie Rock wciąż żyje! Co więcej Amerykanie z Leesburga w stanie Wirginia udowodnili, że warto czasem odświeżyć coś starszego. „Twin Fantasy ” przecież pierwotnie ukazało się w 2011 roku, jednak wtedy nie odbiło się większym echem. Nawet w ich rodzimym stanie. Jednak gdy zespół zyskał większy rozgłos po krążkach „Teens of Style” oraz „Teens of Denial” ukazała się wznowiona wersja „Twin Fantasy„. Był to strzał w dziesiątkę, gdyż materiał ten okazała się jednym z najlepszych indie rockowych wydawnictw minionego roku.

1. Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love. Najczęściej słuchany album przeze mnie w minionym roku musiał po prostu wygrać w tym zestawieniu. Ba, mamy styczeń 2019 a ja wciąż słucham tego genialnego krążka. Niby tylko 9 utworów, ale ile w tym mocy. Takie utwory jak: „Honeycomb” czy też „Canary Yellow” to ponad 12 minutowe hymny, które bawią się różnorodnością. Amerykanie postawili na większe eksperymenty w brzmieniu i opłaciło im się to z nawiązką. Już nikt nie może ich zaszufladkować wyłącznie jako twórców tzw. „BlackGaze”, gdyż tym krążkiem udowodnili, że żaden im gatunek nie jest straszny. Żałuje tylko, że nie udało mi się dotrzeć na ich koncerty w Poznaniu i stolicy. Może w tym roku na jakimś festiwalu się spotkamy? Oby!

Beach House nauczyli się nie nudzić – recenzja „7”

Liczba siedem ma wiele określeń. Zarówno pozytywnych i negatywnych. Niektórym przynosi szczęście, wiele religii uważa ją za  liczbę spełnienia i dopełnienia a tacy piłkarze jak Szewczenko, Cristiano Ronaldo, Raul Gonzales, Franck Ribery czy też David Villa grali bądź grają z siódemką na plecach. Wiele się mówi też o magicznym siódmym roku w związku, który uważa się za kryzysowy i nie do przejścia dla niektórych małżeństw. Nową symbolikę tej liczbie nadała amerykańska grupa dream popowa Beach House, gdyż okazuje się, że przy siódmej płycie długogrającej można w końcu nagrać coś nie usypiającego słuchacza.

Ok, może trochę przesadzam. Przecież Beach House po prostu gra mało energiczny gatunek muzyki. Dream Pop – sama nazwa już wskazuje, że to coś sennego i lekkiego. Poza tym jak można się czepiać, kiedy to ich płyty zawsze dostawały wysokie oceny. Duet z Baltimore jest oczkiem w głowie recenzentów z Pitchforka, co odbijało się ocenami w pozostałych serwisach. Nie ukrywam, również i u mnie. Jednak będąc szczerym to pomimo tego, że sam przyznawałem dość dobre oceny płytom spod ręki Beach House to nigdy nie wracałem do tych albumów. Z jednej prostej przyczyny – piekielnie mnie nudziły. Wokal Victorii Legrand, momentami brzmiący na męski częściej odrzucał niż przyciągał, kompozycje zlewały się w jedną całość a senny klimat płyt sprawiał, że chciało mi się spać. Czy z perspektywy czasu zmieniłbym oceny? Pewnie nie, a jak już to nieznacznie. Także z jednej przyczyny, Beach House konsekwentnie nagrywa ambitne rzeczy.

Jednak dopiero przy siódmym albumie potrafili u mnie wywołać ten efekt WOW. Po pierwszym odsłuchu myślałem, że słucham jakiejś zapomnianej płyty Slowdive, która została nagrana we spółce z Kevinem Shieldsem. Już od pierwszych sekund album wbija w fotel za sprawą głębokich gitar w „Dark Spring„. Wyśmienicie rozwija się z sekundy na sekundę utwór „Dive„, gdzie pod koniec otrzymujemy ścianę brzmień gitarowych jak u Swans. Ręka w górę komu motyw przewodni w „Lemon Glow” przywołuje na myśl psychodeliczne zapędy Tame Impala? To nie koniec skojarzeń, gdyż  „Black Car” przypomina mi These New Puritans z okresu „Field of Reeds” a elektroniczne brzmienie „Woo” może budzić skojarzenia z The Chromatics. Jednym słowem nowa płyta Beach House to majstersztyk. Zarówno pod względem brzmienia całości jak i poszczególnych kompozycji.

Trochę szkoda, że musieliśmy aż tyle czekać by Amerykanie wskoczyli na właściwe tory. Z drugiej jednak strony to ich zaskoczenie nie było aż takie oczywiste i dobrze, że nagrali najnowszy longplay w takim kształcie . Sprawdźcie siódemkę, na prawdę warto. Jeżeli chcecie poczuć wyśmienite brzmienie gitar, wyłapywać te wszystkie skojarzenia z najlepszymi przedstawicielami shoegaze, indie rocka i post punku oraz posłuchać po prostu dobrej, ambitnej muzyki to trafiliście idealnie. Ocena: 9/10.