Oldschoolowy rock w wykonaniu Queens of The Stone Age – recenzja albumu „In Times New Roman”

Obchodzący w tym roku abrahama Josh Homme postanowił sprezentować sobie i nam najnowszy album pod szyldem Queens of The Stone Age. Wspominam o QOTSA, gdyż Homme poza tym zespołem prezentuje jeszcze 7 innych muzycznych projektów takich jak m.in. Eagles of Death Metal, Kyuss czy też Fififf Teeners. Dlatego też wspominając jego nazwisko nigdy nie wiadomo pod jakim szyldem nagrywa. Jednak niezmiennie QOTSA jest tym głównym bandem i pewnego rodzaju portem, do którego zawsze przybija Homme po dalekich podróżach.

In Times New Roman” to 8 album Queens of The Stone Age. Grupę tę wielbię za wiele albumów a ich dyskografię śmiało można podzielić na to co było przed, i na to co było po „…Like Clockwork” wydane w 2013 roku. Ten pamiętny krążek był swego rodzaju nowym rozdaniem w ich muzycznej karierze. Przed pojawiły się takie perełki jak „Rated R” czy też „Songs for the Deaf„, które są ich opus magnum wczesnej twórczości. Natomiast po 2013 roku grupa nagrała „Villains” oraz omawiane „In Times New Roman„, które są pewnego rodzaju kontynuacją zamysłu na „…Like Clockwork„.

Grupa stawia ponownie na sprawdzony, stary, dobry rock. Dodatkowo chłopaki ze Stanów ponownie powielają brzmienie zaprezentowane na dwóch poprzednich albumach i to wciąż się sprawdza. Co prawda, lat im przybyło i to widać. Jednak pod warstwą sztucznej, czarnej skóry i farby do włosów wciąż tkwi wiele energii i słów, które muszą zostać wyśpiewane. Podoba mi się ten buntujący się styl w „What The Peephole Say„, gdzie Homme wprost mówi „I don’t care what people say” a w tytule stosuje grę słów przedrzeźniając znaczenie słowa people. Poza tym Homme nie śpiewa raczej o pierdołach i rzuca slogany typu „Truth is, face to face, you’re a coward” czy też „The old world melts like a candle„.

Na płycie próżno jest szukać typowych singli, jak to mieli w zwyczaju robić wcześniej. Jest dokładnie tak samo jak na dwóch poprzednich albumach. Płyta jest na tyle równa, że w zasadzie każdy utwór mógłby ją promować. Na szczęście faceci w skórach utrzymują wciąż wysoki poziom, dzięki czemu słuchałem tego krążka w zasadzie całe wakacje i nie znudził mi się do tej pory. Nawet, gdy słucham go podczas recenzowania towarzyszą mi pozytywne emocje. Jest dobrze, Panie Homme! Oby tak dalej. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Niby Trup, a żyje i śpiewa – recenzja płyty „Wodogrzmoty”

Krakowski band Pan Trup zastosował na mnie sprawdzoną technikę zwrócenia na siebie uwagi. Bez uprzedzenia otrzymałem przedpremierowo przesyłką pocztową ich debiutancki krążek „Wodogrzmoty„. Technika o tyle sprawdzona, że w ostatnim czasie otrzymuje wyłącznie linki do bandcampa czy też Spotify. Opcja o tyle fajna, że wygodna. Jednak większość „próśb o recenzje” ginie w poczekalni, z której bardzo ciężko ostatni wyjść. I to bynajmniej nie z powody koronawirusa… Gdy natomiast przychodzi fizyczna płyta (A przyznam, że jestem jeszcze dinozaurem zbierającym cd-eki) to czuje większe zobowiązanie wobec artysty. Tylko tutaj mała uwaga Panowie truposze – pytajcie wcześniej o adres. Ja wiem, że jeszcze nie macie żon (śpiewacie o tym!), ale ja już mam i zmieniłem adres zamieszkania.

O Panu Trupie pisałem już pięć lat temu, gdy Ci wydali EP-kę „Pan Trup”. I przyznam, że doznania zostały podobne. Zacznijmy od muzyki. „Wodogrzmoty” nie wpadają generalnie w moją estetykę. W sensie brzmienie klawiszy wyjęte jakby z jakiegoś psychodelicznego rocka lat 60 to nie mój klimat. Jednak w drugiej części płyty jest bardziej gitarowo i tu czuje się bardziej komfortowo. Generalnie, co tu dużo mówić – płyta ma swoje momenty. Chociażby końcówka utworu „Bezpaństwo„, lekki indie-rockowy początek w „Ciepłych Krajach” a także fajny klimat w „Yoko Yo Ono„, które kończy się jak jakieś latynoskie flamenco. Podoba mi się też ten dziwny dźwięk w „Zgwiazda”, który jest imitacją spadającej gwiazdy? Lubię takie nieco kiczowate wstawki, o ile nie są zbyt natarczywe.

Jeżeli chodzi o warstwę wokalną i liryczną to wokalista Tomasz Samołyk wciąż brzmi jak Ostrowski z CKOD, lecz momentami można tu usłyszeć starego i nieśmiałego Rojka. Co do tekstów to są one generalnie dobre, aczkolwiek wyłapałem tutaj parę takich perełek typu :”ale tańczyć trzeba dalej / no i my tańczymy dalej„, wywarzanie otwartych drzwi tekstem „życie to shopping jest” czy też niezdarne śpiewanie z perspektywy kobiety: „Wybrałam jednak Armando/ lubił widzieć mnie nago/ Choć mówił wszystko kolegom / mam podziw dla jego dużego… ego„. Poza tym jest OK, nie jest co prawda to płyta, która zmieniła moje życie na lepsze. W ogóle nie zmieniła go w żaden sposób, ale nie był to stracony czas.

Podsumowując, debiutancki krążek krakowskiego Pana Trupa to płyta z niezłymi momentami. Co prawda krakowski band prochu tutaj nie wymyśla, ale jest szansa, że coś z nich będzie. Póki co czuje, że to niezbyt moje klimaty, ale chętnie sprawdzę ich jak postawią na bardziej lekką formę indie rocka, bo ta całkiem nieźle im wychodzi. Ocena: 6/10.