Ostatnia recenzja w tym roku – słów kilka o „The Car” Arctic Monkeys

To niesamowite, że od 16 lat słucham Arctic Monkeys. Już w 2006 roku, w moich czasach licealnych zachwycałem się indie rockową kapelą z przedmieścia Sheffield. Ich debiutancki longplay „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” do tej pory często gości w moich głośnikach. Co więcej z czasem przekonałem się także do „Favourite Worst Nightmare„, który uważałem za typowy syndrom drugiej płyty oraz „Humbug” z 2009 roku, którego nie oceniałem pozytywnie w czasie premiery. Na swoje lepsze czasy czeka „Suck It And See„, z kolei „AM” nie musi na nie czekać, gdyż ten album uważałem za najbardziej udany po debiucie. Nie wiele wspomnień mam z ich szóstym krążkiem „Tranquility Base Hotel & Casino„, za to z „The Car” będę miał ich z pewnością więcej.

Po krótkim przejrzeniu dyskografii zespołu, skupmy się na ich najnowszej propozycji. „The Car” wydaje się być kolejnym, naturalnym krokiem do przodu dla Alexa Turnera i spółki. Świetnie skomponowane, dojrzałe i wielobarwne kompozycje to główny atut arktycznych małpek. To już nie jest ten sam szalony, nieco zwariowany i impulsywny zespół brytyjskich młodziaków. Ta muzyka dojrzewa razem ze swoimi słuchaczami (czyli ze mną). Teksty Turnera mają w sobie więcej z przemyślanej poezji a muzyka z twórczości The Beatles i reszty brytyjskiej klasyki.

Wystarczy wsłuchać się już w otwierający całość „There’d Better Be A Mirrorball„, gdzie Turner na start śpiewa: ” Don’t get emotional, that ain’t like you Yesterday’s still leaking through the roof„. Z kolei w „Sculptures of Anything Goes‚” rzuca wymowne i wiele tłumaczące „Village coffee mornings with not long since retired spies / Now, that’s my idea of a good time„. Tak jak wspominałem wcześniej, w życiu twórców płyty zmieniło się wiele. A wraz z tymi zmianami zmieniła się i muzyka. Jednak nie jest to złe, ani tym bardziej dziwne. Dziwnie się robi, gdy stary artysta wciąż tworzy dla nastolatków. Tutaj nastąpuje naturalna kolej rzeczy, którą nie jestem zdziwiony.

Na początku wspomniałem, że z tym albumem będę miał więcej wspomnień niż z jego poprzednikiem: „Tranquility Base Hotel & Casino‚. Jest to związane z niepowtarzalnym klimatem jaki towarzyszy tym kompozycjom. O hotelowym krążku nie mogę tego samego powiedzieć. Mimo, że miał on premierę jeden mundial temu to nie wiele pamiętam z tego krążka. Z tego (tak mi się przynajmniej wydaje) zapamiętam znacznie więcej i z pewnością jeszcze tu kiedyś wrócę. Pięknie się starzejecie moje drogie małpki. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Sentymentalny powrót do liceum z The Last Shadow Puppets

the-last-shadow-puppetsAlex Turner nie zwalnia tempa. Tym razem postanowił odkurzyć swój poboczny projekt The Last Shadow Puppets, który współtworzy z Miles’em Kane’m. Ostatni i zarazem pierwszy album tego projektu „The Age of the Understatement” ukazał się w 2008 roku, czyli w czasach kiedy MySpace miał się jeszcze dobrze. Nie był to może krążek przełomowy, ale miał całkiem przyjemne single. Poza tym kojarzy mi się z moimi czasami licealnymi, kiedy to zasłuchiwałem się tego typu indie rockowych nutach jak The Kaiser Chiefs, Kasabian czy Franz Ferdinand. Z resztą zerknijcie do archiwum bloga i zobaczcie o czym było 90 % wpisu.

Zapytać można co ma do przekazania Kane i Turner w 2016 roku? Otóż wiele, gdyż lider Arctic Monkeys mocno rozwinął się w tym czasie. Z nieokrzesanego młodziaka z gitarą zamienił się w prawdziwego artystę i rockmana. Potwierdzają to coraz lepsze albumy arktycznych małp. Ponadto do omawianego duetu dołączył kolejny muzyk – James Ford, którego na pewno kojarzycie z Simian Mobile Disco.

the-last-shadow-puppets-everything-youve-come-to-expectTegoroczna propozycja anglików „Everything You’ve Come To Expect” to album lekki, przyjemny i wpadający w ucho. Słychać na nim, że członkowie The Last Shadow Puppets dojrzeli przez te 8 lat. Kompozycje są przemyślane i zgrabne. Nie jest to album wybitny i daleko mu do takiego, jednak jest na tyle fajny, że z całą pewnością umili Wam nie jeden jesienny wieczór. Nie trwa on długo, bo jakieś 37 minut z hakiem. Należy jednak w tym momencie zaznaczyć, że wspomniane przeze mnie plusy to zarówno minusy. Album z tą samą łatwością wpada w ucho, jak i z niego wypada. Podejrzewam, że za parę lat, a nawet miesięcy nie będziecie nic pamiętać z tej płyty. 

Czy warto sięgnąć po „Everything You’ve Come To Expect„? Zdecydowanie tak, jednak nie oczekujcie zbyt wiele, gdyż możecie się rozczarować. Ja bardziej czekam na kolejny album Arctic Monkeys, a The Last Shadow Puppets traktuje jako chwilową ciekawostkę. Ocena: 6/10.

Posłuchajcie, nie oglądajcie

Arctic Monkeys – AM

arcticmonkeysTo niewiarygodne jak ten czas szybko leci. W tym roku grupa Arctic Monkeys obchodzi 10-lecie działalności. Wydając pierwsze płyty byli pryszczatymi gówniarzami grającymi indje rocka. Teraz są facetami kręcącymi teledysk w samochodzie a nie jak kiedyś…na chodniku. Zabłysnęli dzięki internetowi i świeżości jaką dali muzyce gitarowej. Do tej pory ich debiutanckie „Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not” jest dla mnie rewelacyjnym albumem do którego często wracam. Z kolejnymi płytami bywało różnie. Na „Favourite Worst Nightmare” są dobre single, jednak czuć tam syndrom drugiej płyty. Natomiast wydany w 2009 roku „Humbug” razi nudą i brakiem pomysłu. Sytuacja zmienia się w 2011 roki, kiedy grupa wydaje „Suck It and See”. Płyta ta jest pewną kreską w ich działalności, która odcina ich od wcześniejszej twórczości. Zmieniają image, stają się bardziej amerykańscy, kombinują z psychodelią i klasycznym rockiem. Efekt jest dość dobry, ale to wciąż tylko zalążek.

Dopiero wydany w tym roku „AM” można nazwać strzałem w dziesiątkę. Jak dla mnie tegoroczny longplay jest porównywalnie dobry do debiutu. Jednak są to zupełnie dwie różne płyty. Rozpoczynający całość „Do I Wanna Know?” to współczesny, rockowy hymn stadionowy, który bije na głowę wszystkie piosenki Kings of Leon. „R U Mine”, które śmiga w internecie już od jakiegoś czasu to prawdopodobnie najlepsza piosenka w całej twórczości zespołu Alexa Turnera. Na szczególną uwagę zasługują grające pierwsze skrzypce gitarowe riffy, które przywołują na myśl skojarzenia z Black Sabbath. Nie mniej ważna jest tutaj rola perkusisty oraz wysokich chórków. W podobnym klimacie amerykańskiego rocka są jeszcze utwory: „Arabella” oraz „I Want It All”. „One for the Road” przypomina jeden z utworów Queens of The Stone Age co akurat nie jest przypadkowe bo w procesie tworzenia płyty palce swoje maczał Josh Homme. Wokalista QOTSA miał ogromny wpływ na obrany przez anglików kierunek i chwała mu za to.

amNa płycie oprócz rockowych odniesień do słonecznej Kalifornii znajdziemy sporo brytyjskich, deszczowych melodii. I to właśnie te smutne ballady pokroju „No. 1 Party Anthem” czy też „I Wanna Be Yours” tworzą w dużym stopniu klimat tego albumu. Poza tym mamy beatlesowskie „Mad Sounds” czy też transowe „Knee Socks”. Pisząc o „AM” warto podkreślić także spory progres w warstwie lirycznej. Poetyczne teksty Alexa Turnera są na wysokim poziomie jak nigdy dotąd a na przykład rzucę teksty „Why’d you only call me when you’re high?” oraz wspomnianego wcześniej „I Wanna Be Yours”, które zaczyna się od „I wanna be your vacuum cleaner / breathing in your dust / I wanna be your Ford Cortina / I will never rust”.

Podsumowując najnowszy album Arctic Monkeys to obok debiutu najlepsza płyta w dorobku grupy z Sheffield. Połączenie tradycyjnego rocka z elementami typowymi dla brytyjskiej muzyki dały dobry efekt. „AM” obok „…Like Clockwork” QOTSA to najlepsza rockowa płyta tego roku. A już myślałem, że w 2013 będę tylko rapsów słuchał. Ocena: 9/10.