Does This Go Faster? – Przegląd płyt z pierwszego kwartału roku.

Co tu dużo mówić, sporo się działo na początku roku 2026. Pomijając sporą liczbę koncertów, które zaliczyłem w tą zimę – na rynku wydawniczym pojawiło się kilka ciekawych propozycji, o których wspomnę w tym poście.

Lala Lala – Heaven 2. Pani Lillie Amadea West to moje osobiste odkrycie tego pierwszego kwartału. Pomimo, że wokalistka z Chicago w stanie Illinois ma na koncie już pięć albumów studyjnych, to dopiero „Heaven 2” urzekł mnie na tyle, by wspomnieć o tej artystce na blogu. Od czasu wydania „The Lamb” w 2018 roku wiele się zmieniło w życiu artystki. Przeniosła się do Los Angeles i zmieniła wydawnictwo na legendarne Sub Pop. Przejdźmy jednak do samego albumu „Heaven 2„. Zapewniam Was, że raczej nie usłyszycie w tym roku nic lepszego z pogranicza indie popu, niż właśnie ten kapitalny krążek. Co prawda Pitchfork ocenił go na tylko (albo aż) 7.4/10, ja jednak dostrzegam tu znacznie więcej. Przede wszystkim urzeka mnie melodyjność tego smutnego popu. Single na prawdę tutaj rządzą, gdyż „Even Mountains Erode” czy „Does This Go Faster?” to świetne, wpadające w ucho kawałki. A reszta materiału nie jest typowym zapychaczem, a pełnowartościową muzyką, która dostarcza wielu wrażeń, wystarczy wsłuchać się w urzekający „Scammer„, emocjonujący „Heaven 2” czy też hipnotyczny „Tricks„. Generalnie aż szkoda mi wspominać o tak świetnej płycie w tak krótkiej formie, ale chcę by to wybrzmiało. Ta płyta jest świetna w swojej indie-popowej formule. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Gorillaz – The Mountain. O tym, że Damon Albarn nie może żyć bez tworzenia muzyki dobrze wie, każdy jego fan. Trochę szkoda, że nie nagrywa i nie koncertuje z Blur. Z drugiej strony dobrze, że porzucił inne nudnawe projekty i pozostał przy Gorillaz, które tworzy z Jamie Hewlettem od 1998 roku. „The Mountain” to dziewiąty album w kolekcji popularnych goryli. Od wydania albumu „Humanz” w 2017 roku Albarn z Hewlettem stali się bardziej systematyczni i nie kazali czekać fanom na album dłużej niż trzy lata. A jakie jest „The Mountain”? Z jednej strony chłopaki wciąż obracają się w utartych schematach i bazują na rytmicznych i wpadających w ucho melodiach, stłumionym wokalu Albarna i licznej liczbie występów gościnnych. Z drugiej strony wyczuwam chęć nagrania czegoś wielkiego i przypominającego przewodnik po świecie. Bo w zasadzie jakich języków tutaj nie ma? I jakich egzotycznych klimatów tutaj nie usłyszymy? Otwierający „The Mountain” zabiera nas w rejony Północnej Afryki za sprawą sitary i fletu bansuri. „The Manifesto” to już latynoskie rytmy a pojawiający się później „Damascus” przenosi nas na Bliski Wschód. „The Shadow Light” to kolejna podróż do Azji, tym razem do Indii, gdzie można było usłyszeć zmarłą dzisiaj hinduską wokalistkę Asha Bhosle. Swoją drogą lista gościnnych występów jest imponująca. Przykłady? Idles, Johnny Marr, Mark E. Smith, Omar Souleyman, reżyser Dennis Hopper, Bobby Womack, Tony Allen i wielu innych. Mój ulubiony moment na płycie? Zdecydowanie „The Empty Dream Machine„, gdzie Albarn potrafi jeszcze chwycić za serducho. Doceniam rozmach tej produkcji, jej róznorodność i wysoki poziom. Zdecydowanie najlepsza płyta Gorrillaz od czasu wydania „Plastic Beach” w 2010 roku. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Mitski – Nothing’s About to Happen to Me. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie Mitski to już całkowity gwarant wysokiego poziomu wydawniczego. Pani Mitski Miyawaki do tej pory wydała osiem albumów, i od okolic wydania „Be The Cowboy” nie schodzi poniżej ósemkowego poziomu. Jej płyty wielokrotnie znajdowały się na moich całorocznych zestawieniach w czołówce. I jest to o tyle dziwne, gdyż w zasadzie nie jest to artystka do której często wracam. Przy momencie wydania każdej nowej płyty, wałkuje ją wielokrotnie, zachwycam się, opisuję na blogu, wracam do niej na chwilę pod koniec roku by upewnić się, że dalej mi się podoba, wrzucam ją w swoje TOP minionego roku i czekam na kolejne, nowe wydawnictwo. I ten schemat powtarza się od lat, bo nawet nie kojarzę czy jakikolwiek utwór Mitski znajduje się na mojej playliście na Spotify. Pora chyba to zmienić, a najlepiej za sprawą kapitalnego singla z omawianej płyty „Where’s My Phone?” Poza tym każdy utwór tutaj zasługuje tutaj na wyróżnienie od spokojnego, wręcz walcowego „Dead Women” po grungowe „If I Leave„. Mitski ogólnie ma bardzo dużo łatwości w tworzeniu niebanalnych acz wpadających w ucho kompozycji, co ponownie udowadnia na najnwoszym albumie „Nothing’s About To Happen To Me„. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Lord Jah-Monte Ogbon – As of Now. Pochodzący z Charlotte, w Północnej Karolinie Raper Lord Jah-Monte Ogbon to postać dość tajemnicza. Nie znajdziecie o nim za wiele informacji w sieci. Jest za to sporo o płycie „As of Now„, która zbiera same pozytywne opinie. I nic dziwnego, bo dawno nie słyszałem nic tak dobrego, hiphopowego nagranego w starym stylu przypominającego końcówkę lat 90 i początek lat 00. Jeżeli wkurwia was już ten ohydny discopolowy trend w rapie, i przesyt auto-tune’a to „As of Now” to produkcja skierowana do Was. Gość bez jakiejś przesady nawija o otaczającej go rzeczywistości, a jazzowe beaty przywołują namyśl ostatnie wydawnictwa Freddiego Gibbsa. Jest w tym szczerość, autentyczność i te cechy, którymi mogliby inspirować się młodzi twórcy z gatunku. Cieszy fakt, że na rynku pojawia się coraz więcej tego typu albumów, i jest o nich coraz głośniej. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Ratboys – Singin’ to an Empty Chair. Ciekawe, czy Julii Steiner i reszcie ekipy z Chicago zdarzyło się kiedykolwiek śpiewać do pustych krzeseł? Wydaje mi się, że grupie, która wydała swój szósty długograj i na rynku muzyki niezależnej jest od 2010 roku takie rzeczy nie mogłyby się już przytrafić. Nie mniej najnowszy album taki ma tytuł i stąd te moje wywody na ten temat. Wydaje mi się, że nie miałem okazji wcześniej wspominać na blogu o indie rockowej grupie Ratboys. Robię, to bardziej z kronikarskiego obowiązku aniżeli faktycznego zachwytu nad ów albumem. Nie jest źle, ale to kolejny album, który lawiruje pomiędzy indie rockiem a typowym amerykańskim folkiem. Początek brzmi nawet obiecująco za sprawą takich otworów jak „Know You Then” czy też „Light Night Mountains All That„. Jednak im dłużej słuchałem tego wydawnictwa to wydawało mi się, że już to gdzieś słyszałem. Zespół też bardziej ląduje w niezbyt przeze mnie lubianym klimacie country. Jednym słowem Ratboys prochu nie wymyślili. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Klubowa twarz Kevina Parkera – recenzja albumu „Deadbeat” Tame Impala

Australijczyk Kevin Parker, który tworzy projekt Tame Impala wyrobił sobie już taką markę, że każda jego nowa płyta jest wydarzeniem w świecie muzyki. Na koncie ma już pięć wydawnictw, a maszyna ruszyła przy premierze drugiego krążka pt. „Lonerism„. Efektowny album w klimacie psychodelicznego rocka z lat 60, nadał muzyce gitarowej świeżości i polotu. Wydany trzy lata później „Currents” powtórzył ten sukces, a Parker ponownie znalazł się w czołówce muzycznych podsumowań roku 2015. Jednak już wtedy, dało się odczuć, że artysta zmierza w kierunku bardziej elektronicznym. Całkowitym tego dowodem było wydanie „The Slow Rush” w 2020 roku. Pomimo tego, że sprzedaż stała na wysokim poziomie to krążek został dość chłodno przyjęty, gdyż była to za duża zmiana dla fanów szukających gitarowych brzmień.

Podobnie ma się rzecz z tegorocznym „Deadbeat„. Kevin Parker ponownie eksploruje elektroniczne klimaty. Usłyszymy tutaj zarówno house’owe melodie, jak i elementy chillwave’u czy też ambientu. Poza singlowymi „Dracula” czy też „Loser” próżno tutaj czegoś co nawiązywałoby w jakikolwiek sposób do materiału z okresu „Lonerism„. Trochę szkoda, bo faktycznie tym najbardziej artysta przyciągał. Jednak rozumiem potrzebę nagrywania czegoś nowego i całkowicie to doceniam. Gdy nie patrzy się na ten krążek przez pryzmat wcześniejszych dokonań to okazuje się, że „Deadbeat” to całkiem dobry materiał.

Całość zaczyna nagrany w dość wolnym tempie „My Old Ways„. Jednak już na kolejnym „No Reply” dostajemy przedsmak tego, z czym będziemy się mierzyć podczas odsłuchu „Deadbeat„. Kolejne dwa singlowe „Dracula” i „Loser” to tak jak wspomniałem wcześniej jedyne kawałki, które nawiązują do wcześniej, gitarowej twórczości Australijczyka. Tanecznego vibe’u dostarcza „Not My World„, gdy z kolei „Piece of Heaven” przenosi nas do przełomu lat 80 i 90 za sprawą kapitalnego syntezatora. Podobny nastrój towarzyszy „Obsolete„, który sprawia, że lądujemy na jednej z gorących australijskich plaż. „Ethereal Connection” to już prawdziwy elektroniczny misz-masz, który pokazuje, że obecnie bliższa Parkerowi jest dj-ska konsoleta aniżeli gitary i perkusja. Album kończy się utworem o znamiennej nazwie „End of Summer„.

Kevin Parker nie ukrywa, że największy wpływ na proces twórczy miało jego życie osobiste. W czasie od wydania ostatniej płyty założył rodzinę i urodziła mu się dwójka dzieci. Być może to był ten moment, kiedy postanowił pójść drogą muzyki elektronicznej. „Deadbeat” udowadnia, że Austrijczyk potrafi się odnaleźć zarówno z gitarą jak i syntezatorem. Warto sprawdzić ten krążek, zwłaszcza, że artysta pojawi się niebawem na dwóch koncertach w Polsce. Konkretnie w gliwickiej PreZero Arenie. Póki co w środku zimnej i ciemnej zimy słucham „Deadbeat” i marzę o wakacjach pod palmą i kokosem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Człowiek i jego gitara – recenzja albumu „Guitar” Maca DeMarco

Kanadyjski muzyk, Mac DeMarco powrócił ze swoim najnowszym, szóstym albumem o wszystko mówiącym tytule „Guitar„. To, że na łamach bloga wielbię „Pepperoni Playboya” wiecie między innymi z recenzji takich płyt jak „2„, „Salad Days” czy też „This Old Dog„. Jego ostatni krążek zatytułowany „Five Easy Hot Dogs” ukazał się stosunkowo niedawno, bo dwa lata temu. Niemniej jednak zawsze dobrze jest usłyszeć coś nowego od tego Pana.

Już od pewnego czasu, a w zasadzie ukazania się „This Old Dog” w 2017 roku słychać pewną zmianę w twórczości artysty, która postępuje na każdym kolejnym jego krążku. Mowa o prostocie twórczości. Tegoroczny „Guitar” jest tego konsekwencją. Krótki, zwięzły materiał trwający zaledwie 30 minut to zestaw 12 utworów. Nieśpieszne tempo, utwory oparte głównie na brzmieniu gitary i wokalu wąsatego Kanadyjczyka, linia basu i perkusji brzmiąca w każdym utworze identycznie, nostalgiczne teksty – to w małym streszczeniu najnowsze dzieło Maca DeMarco. Co prawda, Kanadyjczyk od początku śpiewał o prostych i bliskich mu rzeczach, jak ulubione papierosy czy też ulubiony typ kobiety jednak na tym albumie brzmi jest to jeszcze bardziej widoczne.

Wystarczy odpalić jego ostatnie teledyski do singli z „Guitar” by zrozumieć o czym mówię. Te utwory brzmią tak jakby po leśnej wyprawie z psem czy też łowieniu ryb w kajaku, wrócić do domu, złapać gitarę i zaśpiewać swoje przemyślenia z tego dnia. Doskonale rozumiem ten schemat, gdyż sam przeszedłem podobną drogę i teraz jako mieszkaniec wiejskich terenów doceniam bardziej otaczające mnie krajobrazy. Nie jest to już ta sama efektowna, bardziej przebojowa muzyka jak chociażby utwory z debiutu czy też „Salad Days„. Jednak trudno odmówić uroku w prostocie takich utworów jak: „Holy” czy też „Home„.

Słychać na tej płycie wiele też niepewności i lęków artysty. Miał on w planach nagrania innej płyty o tytule „Hear The Music„, jednak doświadczenia personalne zmusiły go do stworzenia czegoś zupełnie innego. Uwielbiam tego gościa i rozumiem, dlaczego stworzył taką płytę. Niemniej dostrzegam także fakt, że nie są to utwory, które zostaną ze mną na lata. Całość wydaje się zbyt bezpieczna i podobna do siebie. Jednym słowem, nie jest to wielka płyta. No, ale nigdy nią nie miała być. Mac DeMarco po prostu dał znać, co tam mu obecnie w duszy gra. Warto sprawdzić i trochę wyluzować. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.