Muzyczne zaległości z 2025

Klasycznie już o tej porze zamieszczam małe zestawienie wydawnictw o których nie zdążyłem napomknąć na łamach bloga, a myślę, że warto to zrobić. Miłej lektury, a niebawem na blogu podsumowanie muzyczne i wchodzimy na pełnej petardzie w rok 2026.

Dijon – Baby. Baby” to drugi w dorobku album Diojna Duenasa. Amerykański wokalista to istny człowiek renesansu. Poza śpiewaniem zajmuje się muzyczną produkcją, aktorstwem, tworzeniem piosenek oraz jest multiinstrumentalistą. Debiutował w 2021 roku za sprawą „Absolutely„, jednak to za sprawą tegorocznego „Baby” rozbił bank. Pozytywne opinie w najważniejszych muzycznych serwisach z Pitchforkiem, NME oraz AllMusic na czele. A co najważniejsze odbiór publiczności także był wysoki, ocena 94/100 na metacritic nie wzięła się znikąd. Ten co prawda krótki materiał (Całość trwa trochę ponad 37 minut) to zestaw przejmujących i zapadających w pamięć utworów z pogranicza soulu, R&B oraz eksperymentalnego popu. „Baby” to muzyczny koktajl, który na myśl przywołuje takich artystów jak Bon Iver, Frank Ocean, Prince’a czy też D’Angelo. I w odniesieniu do ostatniego nazwiska jest to najbardziej znaczące, bo okazuje się, że po śmierci Micheale Archera mamy już jego godnego następce. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Stojący za tym projektem, pochodzący z Bostonu Daniel Lopatin jest dobrze znany polskiej publiczności związanej z muzyką elektroniczną. Oneohtrix Point Never występował podczas OFF Festiwalu, Tauronu Nowa Muzyka Katowice, festiwalu Unsound czy też Sacrum Profanum. Jako producent muzyczny współpracował z takimi artystami jak James Blake, Charli XCX, The Weekend, FKA Twigs czy też Iggy Pop. Na scenie muzycznej działa nieprzerwanie od 2007 roku, w tym czasie wydał 11 albumów studyjnych. Za jego najlepszy krążek uważa się wydany w 2011 roku album „Replica„, jednak tegoroczny „Tranquilizer” już teraz pojawia się w większości muzycznych list końcowych. I trudno się nie zgodzić, bo Daniel Lopatin, wciąż potrafi nas zaskoczyć swoją twórczością. „Tranquilizer” to album mocno równy, i pięknie eksplorujący ambient oraz muzykę elektroniczną. Słuchając jego czujemy się jakby nasz umysł podróżował w najprzeróżniejsze miejsca, a dźwięki klawiszy potrafią wprowadzić nas w stan relaksu. I to jest najważniejsze przy tym krążku, że jest to muzyka, która swoją ciekawością potrafi nas rozprężyć. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Geese – Getting Killed. Stojący za tym projektem Cameron Winter działa na scenie muzycznej od 2016 roku. W tym czasie Geese wydało cztery albumy długogrające. Jednak dopiero tegoroczny „Getting Killed” pozwolił zespołowi z Nowego Jorku wypłynąć na szerokie wody. Pojawił się na listach podsumowujących rok najważniejszych muzycznych serwisów, zyskał wiele pozytywnych recenzji od krytyków jak i publiczności, a także zaznaczył swoją obecność na listach sprzedażowych. Pierwsze skojarzenie przy słuchaniu Geese jest takie, że falset Camerona Wintera łudząco przypomina ten od Thome’a Yorke’a. Jest to z pewnością zaleta, ale także momentami może działać na niekorzyść. Jednak poza wokalem na „Getting Killed” muzyka także się broni. Ten trwający co jedna piłkarska połowa materiał to przede wszystkim muzyka gitarowa z pogranicza rocka alternatywnego, folku i indie rocka. Cameron Winter dużo inspiracji brał od muzycznych legend takich jak: Lou Reed, Tom Waits, Bob Dylan czy też Leonard Cohen. I to słychać na tym albumie, że nie stara się być nowoczesny, tylko wraca do starych, rockowych dziejów. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Urodzony w Portoryko Benito Antonio Martínez Ocasio to w ostatnim czasie głośne nazwisko. Zwłaszcza za Oceanem. Przyznam szczerze, że nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdyż nie jestem na bieżąco z amerykańskim (a zwłaszcza tym latynoskim) mainstreamem. W każdym bądź razie nie zagłębiając się w szczegóły zły królik to celebryta za Oceanem, i z całą pewnością nie jest to żaden debiutant, gdyż „Debí Tirar Más Fotos” to już jego szósty album. Dlaczego o nim wspominam? Trochę z nakazu serwisów pokroju Pitchfork czy też AllMusic, jednak po sprawdzeniu tego albumu muszę przyznać, że ta muzyka się broni. Ci co śledzą mój blog, wiedzą, że piszę o różnorakich gatunkach muzycznych, jednak jeżeli chodzi o latino-trap jest to chyba mój debiut. Ta płyta jednak przypadła mi do gustu od pierwszego odsłuchu. Mieszanka trapu, r’n’b, salsy czy też reggeatonu brzmi tu niezwykle prawdziwie. I mimo, że to był najmroźniejszy grudzień do lat, to przy tym albumie czułem się jakby były wakacje pod palmą. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

ROSALIA – Lux. Nie porzucając latynoskich klimatów, pora poświęcić klika słów innej popularnej płycie zeszłego roku. Mowa o czwartym studyjnym albumie „Lux” w wykonaniu hiszpańskiej wokalistki Rosalii. Co tutaj dużo mówić? Album nagrany z ogromnym rozmachem. Wystarczy spojrzeć na listę osób, które brały udział przy tworzeniu tego albumu. Bjork, Pharrell Williams, Charlotte Gainsbourg, Daniel Wilson, The-Dream czy też Orkiestra Symfoniczna z Londynu. Album nagrywany w dziesięciu studiach muzycznych na obu kontynentach w dwunastu językach. Jednym zdaniem: „Mieli rozmach skur…„. Ale opłaciło się, bo album rozbił bank. Czołówka odtworzeń na Spotify, praktycznie wszędzie płyta roku i dużo rozgłosu w mediach… Nawet w tych polskich, za sprawą kręcenia teledysku w Warszawie do piosenki „Berghain„. A jakie są moje odczucia? Szczerze powiedziawszy, gdy pominie się tą całą otoczkę to są bardzo przeciętne. Nie wbił mi się w pamięć ten krążek, chyba jest jednak przerost formy nad treścią. Nie jest to też totalny niewypał, po prostu Rosalia mnie tutaj nie porwała. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Blood Orange – Essex Honey. Przyznam szczerze, że zapomniałem nieco o Brytyjskim artyście. Devonté Hynes ukrywający się pod szyldem Blood Orange ostatni swój longplay wydał w 2018 roku, czyli 7 lat temu. W obecnym świecie muzycznym jest to wieczność. Jednak warto było czekać, bo jego najnowszy, piąty w kolekcji długograj to album WYBITNY pod każdym względem. Przede wszystkim kompozycyjnym, gdzie każdy kolejny track skrada show. Trwający nieco ponad 46 minut „Essex Honey” to materiał poruszający się pomiędzy Alt Popem, jazzem a R’n’B. Jest Melancholinie, wręcz introwertycznie, retrospektywnie oraz intymnie. To duża zmiana w porównaniu do poprzednich płyt, gdzie Pan Hynes po prostu bawił się muzyką i kombinował z funkiem oraz soulem. Wrażenie robi bogata lista gości, gdzie znajdziemy takie nazwiska jak chociażby: Lorde, Caroline Polachek czy też Brendan Yates z zespołu Turnstile. Mam wrażenie, że to najlepszy materiał jaki nagrał Blood Orange do tej pory. Oczywiście cenię jego poprzednie dzieła, ale w tej odsłonie przemawia do mnie totalnie! Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Dystymia – Klatki. Pora na trochę lokalnego, despresyjnego grania gitarowego z Mikołowa. Dystymia to projekt muzyczny, który powstał w 2021 roku. Skład zespołu to Kamil Rykowski (wokal), Mateusz Palka (gitara), Patryk Brzęk (gitara basowa oraz wokal) oraz Paweł Jarczyk na bębnach. Po raz pierwszy o nich wspominałem w grudniu 2023 roku przy okazji wydania EP-ki „Wszystko zostało już powiedziane. Wtedy urzekli mnie inspirowaniem się moim ukochanym Kombajnejm Do Zbierania Kur Po Wioskach. Na tegorocznej EP-ce „Klatki” już tych inspiracji nie słychać tak wyraźnie. Całość zaczyna energiczny „Sen jak każdy inny„, gdzie gitara przywołuje mi na myśl inny legendarny polski zespół – Muchy (Zwłaszcza z okresu wydania „Notorycznych Debiutantów”). W pozostałych utworach, zwłaszcza „M.A.” te skojarzenia dalej ze mną pozostają. Najmniej „muchowe” wydaje mi się jedynie „Dystymia„, która uderza w nieco inne tony. Nowością jest śpiewnie jednego, ostatniego utworu w języku angielskim. Jednak nie bez powodu jest to chyba ostatni utwór na tym krótkim wydawnictwie, „Ask yourself” jest bowiem jego najsłabszym ogniwem. Doceniam inspirowanie się śmietanką polskiego niezalgrania, jednak wciąż mi tutaj brakuje tego czegoś, swojego. Ale jak to mówią, szukajcie, a znajdziecie. Wydaje mi się, że jest to już coraz bliżej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

It’s the season of change – recenzja „Pink Elephant” Arcade Fire

W jednym z utworów z najnowszej płyty kanadyjskiej grupy Arcade Fire pt. „The Year of Snake” Régine Chassagne śpiewa ” It’s the season of change / And if you you feel strange / It’s probably good„. Po takim stwierdzeniu, można by przypuszczać, że w twórczości Arcade Fire faktycznie nastała wielka zmiana, z którą ciężko się oswoić słuchaczowi. Niestety po bliższym poznaniu tego 42-minutowego materiału nie zauważyłem, żadnej wielkiej odmiany. Poza tym, że jest tutaj niemiłosiernie nudno w porównaniu do pierwszych płyty grupy.

W końcu zespół grający alternatywny rock miał mocne wejście do świata muzyki. Recenzentów oraz słuchaczy zachwycili po raz pierwszy za sprawą „Arcade Fire EP” wydaną w 2003 roku. Pełny debiut „Funeral” ukazał się w 2004 roku i jest to wciąż opus magnum Kanadyjczyków. Aczkolwiek późniejsze albumy były równie wyśmienite. Wydany w 2007 roku „Neon Biblie” a także „The Suburbs” z 2010 wciąż goszczą często w moich słuchawkach. „Reflektor” a także „Everything Now” nie były może popisem ich umiejętności, ale trzymały wciąż dobry poziom. Ostatni ich krążek „WE” ukazał się trzy lata temu. Do tej pory wydali siedem długograjów, a dlaczego najnowszych „Pink Elephant” mnie nie zachwycił? O tym poniżej.

Kanadyjczycy dość sprawnie próbują nas oszukać, że oto mamy do czynienia z WIELKĄ PŁYTĄ. Całość zaczyna się od tajemniczego „Open Your Heart or Die Trying„, które stara się wprowadzić pompatyczny nastrój. Następnie przechodzimy do singli: „Pink Elephant” oraz „Year of the Snake„. Jednak nie są to tak mocne pozycje jak chociażby „Wake Up„, „Reflektor” czy też „Ready To Start„. Nieco nadzieje rozbudza „Circle of Trust„, który ma całkiem przyjemne wstawki gitarowe oraz nawiązuje tanecznym klimatem do „Everything Now„. Podobne uczucia towarzyszyły mi przy słuchaniu „Alien Nation„. Najlepszym na płycie utworem moim zdaniem jest „Ride or Die„, który znowu każe nam wybierać pomiędzy działaniem a śmiercią. Co w zasadzie jest śmieszne, bo ja tylko chciałem poczuć dawnego ducha płyty „Funeral” a nie od razu umierać. Nie teraz. I w tym momencie w zasadzie kończy się dobry moment płyty, bo następne utwory jak i kończący całość „Stuck in my Head” pokazują, że dawnego Arcade Fire tak na prawdę już nie ma.

Być może wyczerpała się pewna formuła, bo to co kiedyś się sprawdzało, dziś zupełnie zawodzi. Duet wokalno-małżeński Win Butler – Régine Chassagne już tak nie chwyta za serce, a w zasadzie nie wywołuje żadnych emocji. Z założenia momenty na płycie, które miały być podniosłe i epickie, są po prostu nudne. A muzyczne eksperymenty tutaj nie zostały stwierdzone. Grupa żongluje w ostatnim czasie producentami, szukając dla siebie drogi a w zasadzie najlepiej grali w czasach, kiedy byli sobie sami sterem, żeglarzem i okrętem. Za mało odkrywczy by słuchali ich fani alternatywy, za nudni na pop. Szkoda. Ocena: 4/10.

Ocena: 2 na 5.

15 Najlepszych płyt 2024 roku

Okazuje się, że rok 2024 był wybitnie obfity w muzyczne wydawnictwa, które przypadły mi do gustu. Oto moja subiektywna lista 15 najlepszych muzycznych krążków minionego roku, które najczęściej słuchałem.

15. Young Jesus – The Fool. Z całej indie rockowej paczki został jedynie John Rossitera, ale i tak jest bardzo dobrze. Koleś ogarnia sam już kolejną płytę i ponownie ląduje u mnie na liście podsumowującej. Tym razem uderza w dream-popowe tony i folkowe brzmienie. Kapitalny popis wokalny.

14. Mannequin Pussy – I Got Heaven. Nie będę ściemniał, że Mannequin Pussy znaleźli się tutaj głównie za wybitny track „Loud Bark„. Nie mniej na całym „I Got Heaven” nie brakuje dobrej, gitarowej muzyki. To była jedna z tych płyt, która pod koniec roku okazała się jedną z najczęściej przeze mnie odpalaną. Teraz, gdy do niej ponownie wróciłem odżyły znowu te emocje i wiem, że będzie to mój stały punkt muzycznych powrotów.

13. Coals – Sanatorium. Jedyna polska płyta na moim zestawieniu. W sumie i tak dobrze jak na wskaźnik rodzimych płyt, które przesłuchałem. Co prawda staram się sprawdzać polskie produkcje, jednak od czasów kiedy poumierały polskie niezal portale ciężko się dokopać jakiś polecajek w social mediach zalanych gównianymi rolkami o chłopie przebranym za babę albo innych pierdołach. „Sanatorium” to kawał dobrej muzyki, do czego węglowy duet już nas przyzwyczaił na poprzednich albumach. Jest trochę popowo, jak i hip-hopowo za sprawą duetu z Hubertem w „primabalerina”. Płyta powstała w studiu Łukasza Rozmysłowskiego, które zostało zniszczone w wybuchu cieszyńskiej kamienicy. Dlatego też zachęcam do wsparcia zrzutki.

12. Charli XCX – Brat. Chyba najbardziej hajpowana płyta w minionym roku. Charakterystyczna barwa okładki, tytuł, który stał się młodzieżowym sloganem czy też wielobarwne utwory przyczyniły się do tego, że Pani Charli XCX stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych wokalistek popowych. Płyta dobra, ale wiele starszych kompozycji od Brytyjki cenię bardziej niż „Brat„. Czas pokaże, na ile ta płyta jest innowacyjna.

11. Nilüfer Yanya – My Method Actor. Dla 29-letniej Brytyjki jest to już trzeci album, a energia i świeże pomysły zgromadzone na „My Method Actor” raczej wskazywałyby na artystyczny debiut. Ładne i zgrabne kompozycje łączą się tutaj z charakterystycznym wokalem Pani Nilüfer Yanya. Bardzo przyjemny album.

10. Jamie XX – In Waves. Doskonałą decyzją dla Pana Jamesa Thomasa Smitha (członek grupy The xx) okazała się solowa kariera, gdyż każda z jego płyt okazywała się wybitna. To samo można powiedzieć o jego już trzecim longplayu „In Waves„. Świetne wyczucie panujących trendów, zmysł kompozytorski i nieszablonowe pomysły stawiają go w jednej linii z Pandą Bearem czy też Danem Snaithem tworzącym Caribou.

9. Kendrick Lamar – GNX. Czy jest obecnie lepszy raper w Stanach od Kendricka, który w swojej dyskografii ma same perełki? Sprawa wątpliwa. Lata 90 miały NASA, TUPACA czy też Biggy’ego. Obecna dekada może pochwalić się raperem z Compton. Kolejna świetna płyta, która celebruje minione dekady i zwraca uwagę na problemy czarnoskórej społeczności. Nie jest tak singlowo jak na jego pierwszych wydawnictwach, ale to cholernie równa i mocna płyta.

8. Idles – TANGK. Obok Fountaines D.C. zespół z Bristolu to najlepsze obecnie granie z gatunku post punku, a może i samej muzyki gitarowej. „TANGK” to już ich piąty album, który daje ogromne ilości świeżości. Joe Talbot i spółka od 2009 roku nie zwalniają tempa i chwytają swoich słuchaczy za karmany, wrzeszcząc w twarz: „SIADAJ I SŁUCHAJ, BO TO ZAJEBISTA MUZA”. No i mają racje. Mimo, że początkowy „IDEA 01” daje sygnały, jakby mieli grać lżejszą muzyką. To jednak następny „Gift Horse” to prawdziwa energia, która stała się hymnem minionego roku.

7. Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Czy Pan Tyler Gregory Okonma nagrał kiedykolwiek słaby album? Wygląda na to, że nie. Co prawda nie pawam miłością do debiutanckiego „Goblina„, jednak od 2013 roku, czyli wydania płyty „Wolf” było już tylko lepiej. Potwierdza to także zeszłoroczna „CHROMAKOPIA„, która jest muzyczną jazdą bez trzymanki. Efekciarski mix gatunków łączy się tutaj z bezpardonową nawijką Tylera. Każdy następny jego utwór kupuje w ciemno, a Tyler to jakość sama w sobie.

6. Vampire Weekend – Only God Was Above Us. Już pewnie to mówiłem, ale nie spodziewałem się po Nowojorczykach niczego wielkiego od czasu debiutu (który też nie był jakiś wybitny). Nie mniej potrafią zarazić miłością do tego swojego niewyobrażalnie ogromnego miasta. Świetny klimat, miłe dla ucha kompozycje. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu.

5. Kali Uchis – ORQUIDEAS. Orchidee to narodowy kwiat Kolumbii. Czyli kraju z którego pochodzi wokalistka Kali Uchis. Artystka postanowiła nawiązać do swojej ojczyzny poprzez przystrojenie swojej płyty ów kolorowym kwiatem. A co poza orchideą czuć na „ORQUIDEAS„? Kawał świetnego r’n’b. Już na zeszłorocznym „Red Moon Venus” wszystko u tej Pani brzmiało dobrze. Teraz jest jeszcze lepiej. Niesamowity progres. Zwłaszcza, że artystka postanowiła zaśpiewać w ojczystym, hiszpańskim języku.

4. Jessica Pratt – Here In The Pitch. Na swoim czwartym albumie Jessica Pratt nawet nie stara się ukryć jaka jest jest ulubiona epoka w muzyce. Lata 60 dominują na przestrzeni całego „Here In The Pitch„. Oczywiście uwielbiam ten okres za kapitalne filmy i jeszcze lepsze płyty, jednak nie jestem aż takim orędownikiem tej dekady jak chociażby lat 80 i 90. Nie mniej ów krążek amerykanki to jeden z tych, w których warto się zakochać.

3. The Smile – Wall of Eyes/Cutouts. Postanowiłem oba zeszłoroczne albumy The Smile umieścić na tej samej pozycji w rankingu. Zarówno „Wall of Eyes” wydane w pierwszym półroczu 2024 jak i późniejsze „Cutouts” uzyskało u mnie tą, samą, wysoką i w pełni zasłużoną ocenę. Cieszy niezmiernie płodność twórcza Thome’a Yorke’a i Johnny’ego Greenwooda, gdyż na nowy album Radiohead prędko się nie zanosi, a i też fani w ostatniej dekadzie nie byli zbytnio rozpieszczani przez Brytyjczyków z Oxfordu. Jednak wciąż czuć w tym ducha radiogłowych i jest to niezwykle kawał dobrej muzyki, do której zawsze można wrócić.

2. Magdalena Bay – Imaginal Disk. Wszyscy lubią Madzię, lubię i ja. W końcu ciężko nie uwielbiać tej płyty, gdy składa się ona z tylu świetnych tracków. Oczywiście nie ma w tym duecie żadnej Magdy, a jest wokalistka o niezwykle uroczym głosie – Mica Tenenbaum oraz Matthew Lewin – czyli facet, który zagra na wszystkim. Ich drugi album rozbił bank w 2024 roku i był najczęściej hajpowanym longplayem w blogosferze i social mediach. Jak najbardziej w pełni zasłużenie, bo takie piosenki jak: „That’s My Floor„, „Image” czy też „Killing Time” to już niemal klasyki indie-popu.

1. Fontaines D.C. – Romance. Ok nie będę się silił w tym miejscu by moją jedynką był wybór płyty najbardziej odkrywczej, nieoczywistej w wyborze i jakiejś zaskakującej. Wybrałem „Romance” bo blisko przez trzy dwa miesiące nie słuchałem w zasadzie niczego innego. Tak ta płyta do mnie trafiła. Irlandzka grupa Fontaines D.C. w piękny sposób muzycznie dojrzewa, gdyż każda ich kolejna płyta jest to coraz lepsza! „Romance” to nie tylko kapitalne single jak quasirapowy „Starbuster” czy też przyjazny radiu „Favourite„. To także wiele smaczków pomiędzy jak mój ulubiony, niemal punkowy „Death Kink” czy też shoegazowy „Sundowner„. Dla mnie płyta bezbłędna pod każdym względem i wciąż ją wałkuje. No i widzimy się oczywiście na Offie.