Trupa Trupa – Headache

trupa trupaRecenzję nowej płyty trójmiejskiej formacji Trupa Trupa chciałem zacząć od stwierdzenia, że po raz kolejny uwierzyłem w siłę polskiej muzyki gitarowej. Jednak szybko zmieniłem zdanie przypominając sobie, że nasze rodzime brzmienie, mimo, że czerpie pełnymi garściami od zachodnich artystów już od paru wiosen stoi na całkiem przyzwoitym poziomie i nie ma czego tak na prawdę się wstydzić. Dlatego kolejne wyróżnienie polskiej płyty nie jest już taką niespodzianką, a normą. W prywatnych rozmowach z różnymi ludźmi, mocno mnie irytują opinie dzielące sztukę na dobrą zagraniczną i słabą polską. W obliczu ostatnich głośnych sukcesów medialnych (Ida, Małgorzata Szumowska, Włodek Pawlik hehe) oraz rosnącej z roku na rok liczby dobrej polskiej, niezależnej muzyki nie powinniśmy mieć problemu z wartościowaniem narodowej kultury. A mamy z tym problem. Po sukcesie „Idy” na gali Oscarów dało się słyszeć głosy, że to film antypolski. Polskie festiwale spychają dobre, polskie kapele w line-upie do pór obiadowych a lepsze miejsce czasowe przyznają głównie artystom zachodnim, niejednokrotnie gorszym od „naszych”. Dziennikarze natomiast podsumowując rok dzielą listy na kategorie Polska / Świat, tak jakby nasz kraj nie należał do tego świata?

Ok, ale ja chciałem kleić ze słów recenzję „Headache” a nie kolejny felieton z wątpliwą tezą. Trupa Trupa wydało dziś swój trzeci album. Dwa lata temu na łamach bloga recenzowałem krążek „++”. Co od tego czasu się zmieniło? Dużo i nic za razem. Na pewno słychać jest znaczący progres w aranżacji kompozycji. Nowy longplay wydaje się być bardziej przemyślany i rozbudowany. Materiał zgromadzony na „Headache” jest mniej teatralny oraz bardziej przystępny, jednak wciąż sporo na nim surowości znanej z wcześniejszych dokonań grupy. Dobrym przykładem tego stwierdzenia jest otwierający całość „Snow„, który pomimo ciężkiego, mrocznego niemalże surrealistycznego klimatu jest utworem dobrze „wchodzącym” w uszy. Poza tym wszystko po staremu. Grzegorz Kwiatkowski po raz kolejny urzeka zgrabnymi, literackimi tekstami a zespół zapędza się w psychodeliczne rejony muzyki z lat 60.

headache trupa trupaDużą rolę na albumie grają klawisze. To głównie ich brzmienie wpędza nas w dziwny stan umysłu. Druga część „Getting Older” dzięki połączonej linii klawiszów oraz ciężkich gitarowych riffów tworzy miażdżący efekt. Nie mniejsze ukłony należą się za transowy „Wasteland„, który stanowi jeden z najlepszych momentów na płycie. Poza tym podoba mi się leniwe, intymne, niemalże usypiające „Give’am All„, partia perkusji w „Sky Is Falling” oraz przypominające ostatnie dokonania Swans tytułowe „Headache„. Całość kończy kapitalne „Picture Yourself„.

Nowa płyta Trupa Trupy to materiał konkretny, dobrze zaaranżowany, równy, wypełniony intrygującymi melodiami oraz bardzo dobrze wyprodukowany. Nie jest może odkrywczy i nie wprowadza nic nowego, jednak bardzo dobrze się go słucha. Cieszę się, że zespół rozwinął skrzydła. Póki co płyta została ciepło przyjęta, całkowicie zasłużenie. Jeżeli jesteście fanami ciekawego, gitarowego grania i nie macie kompleksu polskości to gorąco zachęcam do przesłuchania „Headache„. Ocena: 7/10.

Weezer – Everything Will Be Alright In The End

Weezer-summer-2014Wydawać by się mogło, że ostatnim wpisem zrobiłem kreskę od 2014 roku i teraz będę spoglądać tylko w przyszłość. Otóż nie. Wciąż słucham płyt z zeszłego roku, na które zabrakło czasu w minionych 12 miesiącach. I spośród tych albumów największe wrażenie zrobił na mnie zespół Weezer.

Z tym Weezerem to dość niespotykana sprawa. Amerykański zespół, którego najlepszy okres przypada na lata 90 już od dłuższego czasu był przekreślony. Gdy się jest młodym, gra piosenki o liceum i robi się to dobrze to jest się cool. Inaczej sprawa wygląda, kiedy jest się przed czterdziestką i nadal śpiewa o licealnych sprawach. Tak było z ekipą Riversa Cuomo. Nie byli cool, ani wystarczająco blisko cool by ich wciąż namiętnie słuchać. Mimo, że to jeden z tych bandów, które wzbudzają sympatię. Tendencja ta jednak odmieniła się za sprawą ich zeszłorocznego albumu „Everything Will Be Alright In The End„.

weezer everything will be alrightNowy materiał raz, że brzmi wyjątkowo dobrze to po drugie w udany sposób nawiązuje do najlepszych dzieł spod ręki Cuomo. Całość zaczyna mocno energetyczne „Ain’t Got Noboty„. Następny, singlowy „Back To The Shack” nie spuszcza z tonu. Aczkolwiek w doborze singla wybrałbym inne utwory. Do moich faworytów należy „Da Vinci” z świetnym refrenem oraz „Foolish Father„. Nieźle też zaczyna się „Cleopatra” oraz żwawe „Lonely Girl„. Ładnie komponuje się duet wokalny Cuomo – Bethany Cosentino w utworze „Go Away„. Nie należy także zapominać o klimatycznym „The British Are Coming„. Całość kończy The Futurescope Trilogy, które jest najmniej atrakcyjnym momentem albumu.

Generalnie utwory na płycie są energiczne, słoneczne, szybkie i po prostu dobre. Płyty słucha się szybko i przyjemnie, co stanowi atut. Dobrze brzmi głos wokalisty i lidera grupy, który momentami w ciekawy sposób zmienia barwę wokalną. Muzyczne tło to ciepłe, gitarowe granie prosto z Kalifornii. No i najważniejsze jest to, że Weezer brzmi jak ten dobry Weezer. Grupa gra już tyle lat i wypracowała swój styl, który słuchać również na „Everything Will Be Alright In The End„. Cieszy mnie fakt, że Amerykanie nagrali dobrą płytę. Lubię ten zespół i fajnie jest coś posłuchać od nich dobrego i jednocześnie nowego. Ocena: 8/10.

The Horrors – Luminous

the HorrorsPostęp – to słowo, które jako pierwsze przychodzi mi do głowy gdy spoglądam na dyskografię grupy The Horrors. Przy okazji wydania debiutanckiego albumu „Strange House” w 2007 roku zespół wydawał się kolejnym brytyjskim bandem z nazwą zaczynającą się na The coś tam, który większy nacisk kładzie na stylówę niż muzykę. Dwa lata później pojawiło się „Primary Colours„, które eksplorowało w dokonaniach takich grup jak Joy Division, Bauhaus czy też Ramones. Jednak na pełne „wystrzelenie” Horrorsów trzeba było poczekać kolejne dwa lata. Wtedy pojawiło się „Skying„. Pamiętam, że nie specjalnie byłem zainteresowany tym wydawnictwem. W końcu, co ci kolesie w zaciasnych gaciach mogą jeszcze dobrego nagrać? Jednak gdy przyszedł czas na podsumowania roczne, odkryłem, że pominąłem bardzo ważny album, który łączy w sobie wszystko to co dobre z shoegaze, post-rocka, krautrocka, psychodelii i jeszcze wielu, wielu innych gatunków. Brzmi to teraz trochę banalnie, ale to był bardzo dobry album, do którego jeszcze czasami wracam.

Brytyjczycy jednak nie spoczęli na laurach. Po raz kolejny odświeżyli stare, wyspiarskie brzmienie i zrobili to jeszcze lepiej niż na „Skying„. Ich najnowszy krążek „Luminous” to kawał dobrej muzy, gdzie usłyszymy sporo transowych gitarowych odjazdów. Płyta wydaje się być bardziej melodyjna za sprawą większej ilości syntezatorów, muzycy także postarali się o dopracowanie wszelkich drobnych detali. Efekt? Ja mówię super. Już otwierający całość „Chasing Shadows” zdumiewa precyzją i starannością wykonania. Singlowe „So Now You Know” wprowadza sporo przejrzystości a także buja linią basu. Na płycie pojawiają się także taneczne propozycje takie jak napełniony dyskotekowymi synthami „In And Out of Sight” czy też ponad 7 minutowy „I See You”. Utwór „Jealouse Sun” to godna propozycja dla fanów topornych, jazgotliwych gitar a „Change Your Mind” to lekka i przyjemna gitarowa ballada, która szczególnie przypadła mi do gustu. Całość kończy się fajerwerkami w postaci epickiego „Sleepwalk„.

luminousSłabe momenty? Szczerze powiedziawszy to nie ma czego się czepiać w przypadku „Luminous„. Chłopaki słuchają sporo ciekawej muzy (śledzicie ich profil na fejsie? Zerknijcie. Wrzucają duże ilości dobrej i NIE SWOJEJ muzy) i też takową nagrywają. „Luminous” to wycieczka w przeszłość, w lata 70. i 80. z naciskiem na tą drugą dekadę. Faris Badwan z chłopakami poluzował trochę spodnie i przygotował dla nas revival tego co najlepsze z brytyjskiej muzyki. I zrobił to w bardzo przystępny dla ucha sposób. Ocena: 8/10.

Posłuchaj