Albert Hammond, Jr. – ¿Como Te Llama?

Albert Hammond, Jr. – gitarzysta The Strokes. Syn Alberta Hammonda. Zalety? W kontekście jego płyt jest to jego przekleństwo. Albert wiecznie w cieniu. Como Te Llama? Jak Cię nazywają? Jak Cię nazywają Albert? No jak?

Od czasu przerwy w działalności The Strokes Albert Hammond Jr. wydał dwie płyty. Pierwsza pojawiła się zaraz po First Impressions Of Earth i nazywała się Yours To Keep. Ten album tak na prawdę większości umknął. Został zepchnięta na dalszy plan. Zasłonięty przez trzecie dziecko The Strokes. A szkoda bo płyta trzymająca poziom. Natomiast w 2008 roku, czyli w tym roku Alberto postanowił wydać swój drugi solowy album. I nikt o tym nie mówi. Mówi się o powrocie The Strokes, który ma nastąpić wkrótce. I jak w takich warunkach nagrywać? koncertować? sprzedawać? Wiecznie w cieniu swojego pierwszego bandu. Ojca raczej w mniejszym stopniu. Nie jest tak znany jak chociażby sir Elton John, ale zawsze miało to jakiś wpływ na twórczość młodego Hammonda.

Jeśli myślisz, że solowe płyty Hammonda Juniora to coś w stylu The Strokes to jesteś w błędzie. W zasadzie ciężko porównywać zespół Casablancasa do muzyki, którą sam sobie tworzy Hammond. Z pewnością Hammond Junior umie lepiej śpiewać bo o Casablancasie mówi się, że nie potrafi tego dobrze robić za co mu płacą. Jednak także nie można w ten sposób porównywać. The Strokes z grzecznym Hammondem na wokalu na pewno nie osiągnąłby takiej sławy jak z Julianem buntownikiem. Zaznaczam porównywanie obu nie ma zupełnie najmniejszego sensu. Dlatego przejdę dalej.

Gitarzysta nowojorskiego bandu nagrał płytę opierająca się na alternatywnym rocku. Pojawiają się także i inne odmiany, ale to rzadkość. Płyta bazuje na utworach w spokojnym tempie i chwytliwych melodiach. Osobiście uważam, że ta płyta jest mocno melodyjna. Być może jest to jej największa zaleta. Teksty nie są mocną stroną, ale melodyjność to nadrabia. Co do gitary. Hammond to w końcu gitarzysta. Nie ma jakiś wielkich rockowych solówek. Wszystko wprowadza słuchacza w łagodny i spokojny nastrój. Zdarzają sie momenty przyśpieszenia, zwolnienia, ale i tak wszystko idzie nadal swoim tempem. Brak napierdalania, brak przynudzania. Prawdę mówiąc jest dobrze, tak ma być. Przyjemnie się tego słucha. Ciężko także wyróżniać poszczególne utwory. Wszystkie są na podobnie jednakowym poziomie. Nie ma raczej słabszych, mocniejszych momentów. Są tylko bardziej lub mniej melodyjne. Nie uważam także, by cała płyta zlewała się w bezbarwną całość.

Posłuchajcie to co tworzy sobie gdzieś tam na uboczu Hammond Junior. Warto się zapoznać z tą muzyką, bo kto wie czy nie jest to zapowiedź rozpadu The Strokes? Ocena: 6\10. A tutaj jest teledysk do pierwszego singla z płyty.

MGMT – Oracular Spectacular

MGMT albo The Management (jak kto woli) wydali w tym roku płytę o rymującej się nazwie. Już w 2007 mówiono, że ten zespół może namieszać w 2008 roku. Czy namieszał? Czy odkrył coś nowego? Czy odświeżył zasyfioną półkę z napisem Indie Rock’nRoll?

Nie, ale warto i tak posłuchać tej płyty. Opowiem wam jak to było ze mną. To opowieść długa i smutna. Był to już rok 2008. Paweuu zirytowany po szkole siedział z nudów przed telewizorem. Zapodał sobie MTV2. Akurat leciał program z nową muzą. Spanking New Music. Nigdy nie lubił tego programu. Przez godzinę puszczanie beznadziejnych zespołów co chcą być fajne, chcą być indie, ale nie umią i śmierdzą pozerstwem. To go wkurzało, ale oglądał to bo wydawało mu się to lepsze od przebojowych pozerów na innych stacjach. W pewnym momencie puścili pierwszy singiel MGMT. Paweuu patrzy. Pierwsze co mu przyszło do głowy to Klaxons. Melodia fajna, ale to i tak kolejne lamusy co chcą być jak Klaxons. Nawet fryzura podobna. Potem jakiś czas później zobaczył ten teledysk na polskim kanale 4Fun.tv. Pomyślał sobie: „chyba jest gorzej niż myślałem..”. I od tego momentu Paweuu był utwierdzony w zdaniu, że MGMT to pozerzy. I trwał w tym przekonaniu jakiś czas aż nie trafił na recenzje płyty. Same dobre oceny. Przeczytał, że fajnie grają na koncertach. Dowiedział się, że warto posłuchać. Paweuu zdobył płytę, przesłuchał i zmienił zdanie. I żył długo i nieszczęśliwie. Fin

Chcę wam powiedzieć, że ta płyta mimo głupkowatych i kiczowatych teledysków jest na prawdę w porządku. Chcę powiedzieć, że Time to Pretend to niekoniecznie najlepsza piosenka na płycie. Chcę powiedzieć, żebyście spróbowali zanim wyrobicie sobie zdanie. Pierwsza część płyty powinna się spodobać każdemu. Bardzo melodyjna, wesołe nutki. Mi najbardziej przypadł do gustu „Kids” oraz „The Youth”. Pierwszy wpada w ucho z powodu banalnej melodyjki a w drugim podoba mi się wokal. Generalnie mocno hiciarska jest ta pierwsza część płyty. Dalej jest mniej przebojowo, ale to nie oznacza, że gorzej. Całość prezentuje się dobrze i fajnie się tego słucha. Szybko leci czas przy tej płycie, naprawdę. Płyta ma swój niepowtarzalny klimacik.

Dla zachęty dodam, że oni są z New York City. Z miasta The Strokes, Interpolu, LCD Soundsystem i innych wymiataczy na rynku. Być może w niedługim odstępie czasu MGMT także znajdzie się na tej liście. Debiut mieli mocny i są jak na razie jednym z faworytów do Paweuu Alternativ Blog Awards w kategorii zagraniczne odkrycie. Ocena: 7\10. Enjoy!

P.S. Od tej pory do każdej recenzji będę zapodawał link do najlepszego moim zdaniem utworu na płycie. Pojawiły się glosy, że tak by było dobrze. Tak więc zapraszam do przesłuchania utworu Kids.

Clinic – Do It

Rok 2008. Liczba parzysta czyli Clinic wydaje płytę. I tak od 2000. słucham tej nowej płyty od jakiegoś czasu, ale nigdy nie miał natchnienia by napisać recenzji. Nawet jak przyszła pora przedstawiać gwiazdy Off Festival to napisałem o ich pierwszej kompilacji „Clinic”. Aż w końcu powiedziałem sobie „Do It!”, no i właśnie jest ten czas na tak zwane „do”.

Patrząc na dorobek Clinic stwierdzam, że nie wiele się zmieniło w ich muzyce. W 1999 wydali zajebistą kompilacje. W 2000 pierwsza płyta długogrająca Internal Wrangler uznawana za najlepszą płytę zespołu. Dwa lata później Walking with Thee, także bardzo fajne. Jednak dalej ciężko rozróżnić muzykę. Można powiedzieć, że popadli w małą monotonnie. Albumy wydawane co dwa lata. Utwory podobne nawet co do długości. Ich płyty trwają po 30-40 minut. Jednak trzeba przyznać jedno. Nigdy nie zeszli poniżej niż dobry poziom. Ciągle mnie intrygują. Nie nudzą mi się. Ciągle ich słucham.

Jeżeli chodzi o Do It. To przyznaje, że nadal trzymają swój poziom. Clinic to Clinic. Nadal jest mrocznie, nastrojowo. W dodatku ich piosenki są nie przewidywalne. Taki Free Not Free. Zaczyna się ostro by nagle przejść w sielankowy nastrój i na odwrót. Tak jak na każdej poprzedniej płycie znajdziemy tutaj żwawsze utwory choćby Shopping Bag jak i bardziej łagodne jak Emotions. Kompozycje tradycyjnie po dwie – trzy minuty. Nie ma możliwości by się dłużyło. I to jest także intrygujące. Pojawiają się na dwie minuty, napierdalają ciekawą melodię i znikają w cieniu następnej piosenki. Oczywiście przez te dwie-trzy minuty potrafią wprowadzić w trans, który kończy się wstrząsem kiedy utwór się kończy. Poza tym mnóstwo różnorakich efektów dźwiękowych jak fale morza, odgłos statku czy dzwony kościelne.

Lubię Clinic. Mam jednak nadzieję, że nie będą co dwa lata wydawać coraz to gorszy album. Utwory na Do It są na prawdę fajne, ale nic więcej. Ciężko mi rozróżnić na tym albumie najgorszy kawałek i najlepszy. Brakuje tutaj pewnej świeżości, która była na pierwszych albumach. Wydaje się jakby zamknęli się w swojej formule, którą obrali na początku i nie chcą z niej wyjść. Ich muzykę poznam wszędzie. Mają swój styl, ale z kolejnym albumami robi się to nudne. Panowie z Liverpoolu! Oczarujcie nas w Mysłowicach! Następnie nagrajcie coś wyjątkowego albo się rozpadnijcie. Nie chcę patrzeć jak upadać w takim stylu! Za bardzo was lubię. Ocena: 5\10. Jak na taki zespół to za mało!