Radiohead jak wino, czyli słów kilka o „A Moon Shaped Pool”

radiohead-top-10-albums-770Sevilla FC zdobyła po raz trzeci z rzędu Puchar Ligi Europy, a Radiohead po raz kolejny nagrał wyśmienity album. „A Moon Shaped Pool” to 9 w dorobku longplay Thoma Yorke’a i spółki. Stanowi on wartość dodatnią, tak samo jak wszystkie inne płyty, dlatego śmiało można go porównać do kolejnego trofea ułożonego na półce zespołu. Brytyjczycy są jak wino. Wciąż dobrzy, wciąż dają kopa.

Szczerze powiedziawszy to miałem wątpliwości by recenzować ten album. Przy tak wybitnych dziełach czuje, że brakuje mi kompetencji i odpowiedniej zgody na rozkładanie na czynniki pierwsze tak dopracowanej muzyki. Dlatego umówmy się, że po prostu z dziennikarskiego obowiązku i zamiłowania do muzyki Radiohead wspomnę na blogu, że „A Moon Shaped Pool” to płyta, której wstyd nie znać.

moon-shaped-pool-radioheadJuż od pierwszego „Burn The Witch” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Świetnie zaaranżowany utwór wywołuje mocne w nas emocje, a genialnie nakręcony teledysk, tylko je umacnia. Kolejny w zestawie „Daydreaming” jak sama nazwa wskazuje brzmi jak sen na jawie. Przy takich dźwiękach tracimy poczucie czasu. Trzeci w zestawie „Decks Dark” przywołuje mi Radiohead z okresu „Hail To The Thief” – jednej z najbardziej niedocenionych płyt zespołu (niesłusznie!).

Kolejne w zestawie utwory to oniryczny „Desert Island Disk„, transowy i zarazem mroczny „Ful Stop” i filmowy „Glass Eyes„. W „Identikit” zespół ładnie bawi się z elektroniką a w „The Numbers” zadziwia bogactwem brzmienia. Najlepsze jednak dostajemy na koniec. Przedostatni  „Tinker Tailor Soldier Sailor Rich Man Poor Man Beggar Man Thief” zabiera nas w podróż w czasie do roku 2000, gdzie ponownie słyszymy zespołu z okresu „Kid A„. Natomiast na koniec otrzymujemy odświeżony „True Love Waits„, czyli jedną z najpiękniejszych ballad napisanych przez Yorke’a. Takie zwrotki jak: „I’m not living. I’m just killing time” wciąż chwytają za serce.

Radiohead tą płytą po raz kolejny potwierdził swój geniusz. Nagrać 9 wyśmienitych albumów to nie lada wyczyn, Brytyjczycy tego dokonali. Dobre oceny, które zebrali w prasie i mediach są całkowicie słuszne i uzasadnione. Podpisuje się pod tym obiema rękoma. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead – Lost Songs

Teksańczycy nie tracą pędu. Po nagraniu „Tao of The Dead” i wskoczeniu na właściwy tor, Trail of Dead oddaje w wasze ręce kolejny przyzwoity album.

Zabawa z prog rockiem dała wymierny efekt. „Tao of Dead” okazał się tym albumem, który w końcu nie budził niedosytu. A niedosyt to słowo klucz biorąc pod uwagę wszystko TO co się wydarzyło po „Source & Codes”. W końcu zaskoczyło. Dlatego też nie chcąc tracić wiatru w żaglach, po troszkę ponad roku pojawił się kolejny krążek. Zagubione piosenki odnalazły swoje miejsce.

Już od samego początku słychać, że będzie dobrze. „Open Door Standard” to jeden z najlepszych (a może nawet najlepszy) openerów jakie było dane mi usłyszeć na przestrzeni ostatnich 2-3 lat. Pierwsze sekundy tej piosenki to istny miód w budowaniu atmosfery oczekiwania na przysłowiowe pierdolnięcie. I szczerze powiedziawszy jest ono na początku mocne, szkoda tylko, że zespół nie spróbował troszkę bardziej rozbudować końcówki tego utworu. Dalsze kompozycje nie odstają. Szczególną uwagę zwraca „Up To Infinity„, które brzmi jak najlepsze piosenki Japandroids. Poza tym piosenka porusza ważną kwestię wojny domowej w Syrii, której świat przygląda się z obojętnością podobną do tej z twarzy mojego kota, kiedy patrzy mi prosto w oczy.

Pisząc recenzję tej płyty gafą byłoby pominięcie dwóch utworów, które szczególnie przypadły mi do gustu. „A Place To Rest” w niespotykany do tej pory sposób nawiązuje do starych, dobrych czasów w wykonaniu tego zespołu. W końcu w tym roku mija 10 lat od wydania „Source & Codes”. Drugą piosenką jest „Catatonic”, które prezentuje to co najbardziej lubię w amerykańskim hardkorze. Poza tym w związku z moim wykształceniem każde niezbyt rażące zabarwienie polityczne jest pewnego rodzaju dodatkowym smaczkiem. Tutaj takich smaczków jest całkiem sporo. Sam wcześniej wspomniany „Catatonic” jest taką wisienką na torcie. Chciałbym przy tym kawałku zostać troszkę dłużej, dlatego przyjrzyjmy się tekstowi. Jest on bardzo prawdziwy i depresyjny. Rozbijmy poszczególne wersy.

There’s a matrix” – Chyba każdy z nas ma czasem takie myśli, że to co widzimy nie jest prawdziwe. Już nawet nie chcę przywoływać ostatnich głupot z naszego polskiego życia politycznego, bo każdy kraj ma swoje absurdy.

„What will we gonna say? /When were we good to go? /What are we going to do?” –  podstawowe pytania egzystencjalne trapiące człowieka współczesnego.

„Well nothing to the chill” – apokalipsa dla współczesnego licealisty.

„I feel the death is near” – apokalipsa dla ludzi w ogóle.

„Looking for something new” – chyba mówi samo za siebie.

„Where did all my brothers go?” – gdzie są wszyscy moi przyjaciele, ele ele ele?

„We’re catatonic” – smutna diagnoza współczesnego społeczeństwa globalnego.

A to tylko mała próbka, bo jest tego znacznie więcej. Oczywiście dla kogoś, kto ma świat w dupie i generalnie chwyta chwilę niczym Szymon Wydra, tekst będzie tylko dodatkiem dla energicznej muzyki. I będzie miała rację taka osoba, bo przecież najważniejsze w muzyce jest brzmienie i związane z nim emocje. Jednakże mam nadzieje, że nastaną kiedyś czasy, gdy Trail of Dead wyda równie mocną płytę gdzie Reece i Keely wykrzyczą „We found it”. Ocena: 8/10.

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead – Tao Of The Dead

Trail of Dead wraca z nowym albumem, który udanie nawiązuje do legendarnego krążka Source Tags & Codes

…And You Will Know Us By The Trail Of Dead, czyli „Trail of Dead” zawsze należał do grona moich ulubionych wykonawców, którzy mówiąc dość kolokwialnie nie pier**** się z gitarami i grają zacnie, konkretnie, energicznie i jest to świetna muza. Jednak punktem odniesienia zawsze był album Source Tags & Codes, ponieważ nigdy przed 2002 rokiem ani też po roku mundialu w Korei i Japonii nie nagrali w miarę  dobrej płyty, która by chociaż momentami dorównywała temu niemal doskonałemu albumowi. Aż do teraz. Najnowszy album Tao of The Dead jest płytą, która zdecydowanie się sprawdza i w sumie nie wiele ustępuje swojej poprzedniczce z 2002 roku.

Kompozycje na niej zawarte pasują do siebie, są to energiczne kawałki, pełne świetnych riffów a co na plus Trail of Dead stali się bardziej melodyjnym zespołem. Perkusja nie szwankuje, nie brakuje chórków, wokal to nie tylko wyłącznie wykrzyczane hasła, ale i zaśpiewane teksty. Świetnie potrafią przechodzić z melodyjnego grania w ostre walenie. Taki The Westeland idealnie to obrazuje zmianami rytmicznymi jakie zachodzą podczas tych 2 minut i 33 sekund. A jest takich przykładów zdecydowanie więcej. Utwory nie są za długie, jednak na koniec dostajemy ponad 16-miuntowego kolosa z równie potwornym długim tytułem: Strange News From Another Planet: Know Your honor / Rule by Being Just / The Ship Impossible / Strange Epiphany / Racing and Hunting. Zespół nie dość, że bawi się ze słuchaczem swoją długą i jakby wyrwaną z kontekstu nazwą zespołu to jeszcze dopieszcza takimi utworami. Fajnie.

Mimo, że ledwie się kończy luty to już mogę stwierdzić, że ta płyta jest mocniejszym punktem 2011 roku. W kontekście muzyki hardkorowej czy też noise’owej przebijają zdecydowanie Japandroids czy też No Age. Jeżeli nudzi wam się w domu to zapodajcie ten miły albumik i trochę poszalejcie. Ocena: 8/10

posłuchaj

P.S. Okładka w klimatach pośmiertnego MJ, jakoś nigdy nie umieli trafić fajnie z tymi obrazkami na CD. yoo