Off Festival 2010

Jubileuszowa bo piąta edycja najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce odbyła się tym razem w Katowicach. Było więcej ludzi, więcej kiełbasy i więcej dobrej muzyki. Artur Rojek zadbał o to by każdy entuzjasta muzyki znalazł coś dla siebie każdego dnia podczas pobytu w Dolinie Trzech Stawów. Czas na podsumowanie muzycznego wydarzenia o którym trąbiłem na stronie od czerwca.

The Horrors

Off rozpoczął się już w czwartek, jednak nie posiadałem karnetu czterodniowego by zobaczyć klubowy występ ludzików z Matmos. Dla mnie festiwal zaczął się w piątek od występu Cieślaka z księżniczkami. Maciej Cieślak jest już żyjącą legendą polskiej muzyki offowej. Lider Ścianki, członek Lenny Valentino, poza tym takie muzyczne projekty jak Kings of Carmel, Wyjebani w Dobrej Wierze i teraz Cieśłak i Księżniczki. Muszę przyznać, że początek brzmiał bardzo uroczo. Trzy panie wspomagające Cieślaka grały lekko i nie nudziły a sam boss, który na Offie zbierał pokłony był w dobrej formie wokalnej. Troszkę przeszkadzał upał w namiocie i jęki Waglewskich w tle, które zagłuszały ekipę Cieślaka. Warto odnotować, że podczas tego koncertu miała premiera debiutanckiej płyty, której piosenki mieliśmy okazję usłyszeć na żywo. Następny występ to jedyna okazja by zobaczyć po raz pierwszy w Polsce człowieka o którym mówi się w kategorii zbawcy alternatywy. o 17:50 swoje 5 minut miał Toro y Moi. Chaz Bundick, który w ponad 40 minutowym gigu zmieścił najlepsze kawałki z Causers of This zachwycił Katowicką publikę. Przy akompaniamencie perkusji i basu brzmiał bardzo fajnie i tanecznie. Troszkę wokal gdzieś funkcjonował za muzyką, ale jak na debiutanta, który nagrywa niemal dziesiątkowe płyty było bardzo wesoło. Ludziom się podobało. W końcu pierwszy koncert na powietrzu pod gołym niebem. Na Scenie głównej mBank grał angielski zespół The Horrors. Wiązałem duże nadzieje z ich występem, gdyż spodobali mi się na płycie Primary Colours. I co by tu powiedzieć? Zawiedli troszkę. Początek mieli bardzo obiecujący, Mirror’s Image czy też Who Can Say zabrzmiało tak jakbym tego chciał, ale im dalej koncert trwał tym było nudniej. Kolesie straszyli jak na horrorsów wypada swoimi mega fujfuj obcisłymi gaciami a gitarzystwa wymachiwał nóżką jak nastoletnia fanka Green Day. Muszą się wiele jeszcze nauczyć.

Lenny Valentino

Następnie próbowałem obejrzeć występ Fennesza, który miał być jednym z tych występów które były zainspirowane twórczością Chopina. Wiadomo, rok Chopinowski. Niestety pomimo chęci i fajnych brzmień zachęcających nie udało mi się nawet wejść pod scenę eksperymentalną. Udałem się zatem sprawdzić Art Brut na Scenie Leśnej. Słuchałem ich wcześniej i przyznaje, że Anglicy to nie moja drużyna. Koncert mimo to był żywiołowy i śmiało można było poskakać. Rozrywkowo było jednak nie dla mnie, przerwa na piwo. O 21:40 miał rozpocząć się koncert dnia czyli powrót po 4 latach Lenny Valentino. Jednak opóźniający się występ i padający deszcz skierował mnie do namiotu by zobaczyć Duńczyków z Efterklang. Nie żałuję, koncert był na wysokim poziomie. Bardzo fajna setlista składająca się z samych hitów grupy. Wspomagał ich w paru utworach Czesław Mozil na akordeonie. Widać, że członkom Efterklang się podobało. Publiczności również. Z pewnością wrócą jeszcze kiedyś do Polski. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnią piosenkę Lenny’ego, który się spóźnił i nie zagrał bisu, mimo, że publika się domagała.

Raekwon

Wpadłem również na koncert legendy The Fall. Jednak Mark E Smith był mocno zmęczony życiem, zawiódł mnie ten występ. Troszkę czegoś innego oczekiwałem. Miało być jak to mówił Rojek „Niegrzecznie” a było mętnie i nijako. Sam zespół dobrze grał aczkolwiek poczciwy Mark E Smith snuł się po scenie nie wiedząc co robić. Równo o północy rozpoczął się występ Tindersticks. Słuchając ich płyt nie trafili zbytnio do mnie. Na koncercie jednak fajnie brzmieli jako tło muzyczne do rozmów gdzieś zdala od  tłumów pod sceną. Trzeba było oszczędzać siły na Raekwona, który w 100% miał dać czadu. Członek legendarnej grupy Wu Tang Clan spóżnił się o 10 minut, jednak w tym czasie urozmaiceniem było słuchanie krzyków wypitego „obrońcy krzyżów”, który krzyczał „precz z islamem”. W końcu pojawił się nasz czarny ziomek z swoim dj. Rapował nieźle, podoba mi się jego muzyka. Pomimo częstego nawijania „so yo” „ohhh shit” „for America” „What’s up Poland, make some noise” „I’m so fuckin drunk” i przerwy na… hmmm przyznał, że rzygał w tym momencie, ale my i tak wiemy, że robił kupkę „Good shit” to było całkiem fajnie. Można było się pobujać i pomachać ręką. No i przecież „Wu Tang Clan ain’t nuthin to fuck with”. Raekwon to stara szkoła rapu, warto było zobaczyć jak to się robi w NYC. Na koniec nasz fałdkowany murzynek zaprosił wszystkich do Nowego Jorku. Może jeszcze wróci do Polski. Zachwycał się naszymi górami jak i naszą polską vodką. Publika też nie była sztywna, wielu znało teksty MC z Nowego Jorku. The Chief mimo, że momentami oderwany od rzeczywistości „Don’t fuck with the policja” to dawał radę pobudzić widownie, która nie była jednak w spuści portach. Na tym zakończyłem pierwszy dzień OFF Festivalu.

Muchy

Drugi dzień rozpoczął się dla mnie nieco później. Sobotni dzień nie zapowiadał biegania od sceny do sceny, jednak perełki trzeba było zobaczyć. Muchy grające pod słońce niestety zaczęły trochę później przez rozmowy z przedstawicielami miasta Katowice. Poza tym nastąpiły problemy w trakcie drogi do Katowic. Cóż, występ sprzed dwóch lat na Offie bardziej mi się podobał. Trochę gwiazdy się z nich zrobiły, doszedł kolejny do grania. Nie wiem czy taka podwójna perkusja przełożyła się na jakość. Utwory brzmiały inaczej, zwłaszcza perkusja. Wcześniej bardziej mi się podobało. Rozumiem jednak chęć eksperymentowania. Skórka trochę irytował swoim gwiazdorzeniem, Wiraszko wyglądał wczorajszo, ale fajnie zmieniał tekst by było ciekawiej. Nie zabrakło jednak Zapachu Wrzątku, Przesilenia i Najważniejszego dnia także nie ma co narzekać. Kolejny event to Scena Leśna i angielska formacja folkowa Tunng. Przyznaje się, że nie słysząłem ich wcześniej przed koncertem. Zachęcony dobrymi opiniami postanowiłem sprawdzić i nie zawiodłem się. Zespół Tunng to moje odkrycie tego festiwalu. Na żywo zabrzmieli bardzo przyjemnie, sama radość dla ucha. Bez jakiegokolwiek hałasu. Grali głównie utwory z swojej najnowszej płyty …And Then We Saw Land, która wyszła w tym roku.

Mew

Po raz pierwszy Hey widziałem na Offie dwa lata temu, szczerze powiedziawszy to nie zachwycił mnie wtedy ten koncert. W tym roku było stanowczo lepiej. Nie słuchałem ich najnowszej płyty, ale podczas koncertu chyba zagrali całą, albo większość kawałków. Musze przyznać, że pomimo piskliwego głosu zawstydzonej Nosowskiej, która to dziękowała lub przepraszała, że nie jest wodzirejem to Hey brzmiał momentami ciekawie. Nie grali hitów, tylko swój nowy materiał. Na żywo brzmiało to fajnie, przez moment nawet chciałem sprawdzić na płycie, ale póki co to mi się nie chce. Duński Mew natomiast zagrali świetny koncert. Przyjemnie się słuchało najlepszych kawałków grupy i obserwowało murzynka na scenie, który tańczył w rytm muzyki Mew. Wyglądało to bardzo efektownie. Koleś miał lepsze ruchy od samego świętej pamięci Michaela Jacksona. Widać a przede wszystkim słychać, że zespół z Danii jest zarówno dobry na koncertach jak  i na płycie. Podobało mi się brzmienie, wokalista brzmiał idealnie tak jak na krążkach grupy. W tle śmigały różne wizualizacje, które idealnie komponowały się z muzyką i popieprzającym tańcerzem na scenie. Z pewnością jeden z lepszych występów Off, które udało mi się zobaczyć. Bo jak wiecie, nie idzie wszystkiego zobaczyć.

Dinosaur Jr

I właśnie o północy nastąpił taki problem. Grały dwie grupy, które chciałem sprawdzić. Wybór był jednak oczywisty. Dinosaur Jr mimo, że mieli problemy z sprzętem to zagrali dobry koncert. Grupa No Age użyczyła im gitar, gdyż ich sprzęt nie dotarł na czas do Katowic. Podczas strojenia instrumentów przed występem basista żalił się, że to nie jego bas. J Macis jednak powiedział, że postara się wyciągnąć z gitary na tyle ile się da. Widać, że chłopki są profesjonalistami. Pomimo wielu wiosen na koncie to potrafili odegrać świetnie najlepsze kawałki grupy zarówno z nowych płyt jak i tych klasycznych. I tak nie zabrakło Over It jak i Little Fury Things. Trójka indie legend przez godzinny występ dała czadu takiego jak wszyscy się spodziewali. Nie był to show, kontakt z publiką był wręcz zerowy. Dinosaur zagrał po prostu dobrą muzę przy której spora grupa ludzi skakała. Było rockowo. Perkusista walił ostro bębny, czego nie zdradza jego tatusiowaty wygląd. Grupa z Massachusetts była pewniakiem i z pewnością nikt nie czuł się zawiedziony ich występem. Zaraz po koncercie tłum ludzi rzucił się na koszulki z wielką krową i napisem Dinosaur. W tym czasie występował Radio Dept. Podobno jednak występ był średni, także nie żałowałem swojego wyboru. Zdążyłem jeszcze zobaczyć początek Lali Puny. I gdyby nie to, że noce w Katowicach nie są ciepłe jak w Los Angeles i zmęczenie to chętnie bym został zobaczyć do końca. Bo niemiecki zespół grał na prawdę ślicznie. Było słodko. William Basinski o 2:50 to już tylko dla hardkorów. Rok temu jeszcze bym wytrwał, tym razem chciałem jak najszybciej pod kołderkę.

O.S.T.R.

Dzień trzeci rozpocząłem od wizyty Sceny Eksperymentalnej. Znowu niestety nie udało mi się wejść, ale nie tylko mi. Spora rzesza ludzi czatowała przed namiotem. W środku występował The Tallest Man On Earth. Na płycie nie podobał mi się za bardzo najwyższy człowiek świata jednak live brzmiał o niebo lepiej. Koleś supportował Bon Iver i teraz wiem dlaczego. Było fajnie, żartował o dużej ilości gitar, które jeszcze ma w zanadrzu. Gdyby nie fakt, że scena główna zagłuszała mi ten akustyczny występ Szweda to zostałbym do końca. W sumie przed namiotem ludzie narzekali, że takie fajne koncert muszą się odbywać na takich małych scenach. A Ludzi były masy. Na scenie głównej występował O.S.T.R. po raz drugi na Offie. Nasz najbardziej indie raper rapował z żywym zespołem. Nie znam jego dyskografii, ale poleciały kawałki z najnowszej płyty ostrego Tylko dla Dorosłych. Zatem nie zabrakło np Spij Spokojnie. Nie jest on złym raperem. Rapuje na poziomie, czasem nie zrozumiale, ale koleś podobno jest najlepszy w freestylu. Trochę czasami już irytował swoimi gadkami między utworami, trochę za dużo nawijał o swoim synu. Ogólnie było spoko, fajnie się siedziało na trawce w słońcu, słuchało ostrego i obserwowało samoloty na niebie.

The Raveonettes

Po piwkowej przerwie wróciłem pod scenę Leśną, gdzie miał grać No Age. I co by tu rzec o tym występie? Zagrali bardzo energicznie, żywiołowo i hałaśliwie. Wokal był nieco zagłuszony przez natłok dźwięków perkusji, gitary i syntezatora. Był to chyba pierwszy mój koncert gdzie wokalistą był perkusista. Zawsze byłem ciekaw jak to wygląda na żywo. Chłopaki nagrali dobrą płytę i to właśnie z Nouns leciały głównie utwory, ale muszę jeszcze wiele razem zagrać koncertów. Mimo, że hardkorom skaczącym pod sceną z pewnością się podobało to miłośnikom muzyki stojącym z tyłu nie koniecznie. Nie do końca mi się podobało brzmienie na żywo, jednak No Age to był jeden z tych koncertów na którym trzeba było być. Zaraz po nich występował duński duet The Raveonettes. Zastanawiałem się jak będzie wyglądał ich występ. Było bardzo prosto perkusja składająca się z werbla, toma i talerza. Dwie gitary, bas. Wystarczyło na tyle by zabrzmieć bardzo przyjemnie. Nie zawiedli. Był to udany koncert, nie zabrakło utworów z legendarnego już niemal Whip It On jak i tych nowszych piosenek, które pasowały do siebie. Momentami było energicznie, momentami grali urocze gitarowe ballady. Słuchając ich obiecałem sobie przesłuchać ich całą dyskografię. Także mogę stwierdzić, że było lepiej niż dobrze.

The Flaming Lips

I ostatni występ na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie tylko ja. Już długo przed koncertem pod sceną zgromadziła się chmara ludzi. Mowa o The Flaming Lips. Największej gwieździe tegorocznego Offa i chyba w ogóle Offa. Już przed samym występem była świetna zabawa pod sceną gdy jedna strona odbijała balonem (mi się odbił od głowy) a druga strona skandowała „lewa strona daj balona”. Na scenie snuł już się Wayne Coyne, widać było, że też chciałby już zacząć. I zaczęło się. Musze przyznać, że to był chyba największe show na jakim byłem. Porównywalne do występów Muse, z tym, że tutaj było bardziej widowiskowo. Już od samego początku kiedy to członkowie zespołu wychodzili z wielkiego błyszczącego ekranu a lider grupy przebrnął po tłumie w wielkiej dmuchanej bańce. Następnie poleciał deszcz konfetti a wszędzie było widać kolorowe balony. The Flaming Lips już przyzwyczaili swoich fanów do takich występów. Ekipa wspomagająca ubrana w pomarańczowe dresy i tańcząca po bokach również fajnie się prezentowała. Było kolorowo. Dominował pomarańczowy i żółty kolor. Nie zabrakło wielkiego niedźwiedzia na którym siedział mistrz ceremonii. Jak i wielkiego „Grzybka z Mario” i smoka. Były również lasery z wielkich łap lidera flamingów. Jeżeli chodzi o show, spetaktl, widowisko to muszę wystawić ocenę celującą. Ale przecież to nie wszystko. A muzyka? Muzyka nie odstawała od show ani o krok. Nie zabrakło największych hitów grupy. Zagrali najlepsze piosenki z Embryonic. Nawet moje ulubione See The Leaves. Nie zapomnieli zagrać She Don’t Use Jelly czy też odśpiewane z tłumem Yoshimi Battles The Pink Robots. Na sam koniec zostawili największy przebój Do You Realize, które odegrane wraz z sypiącym się konfettim z nieba było wymarzonym zakończeniem koncertu jak i samego OFF Festivalu. Jak na gwiazdę przystało był to najlepszy gig festiwalu.

Czas na krótkie podsumowanie. OFF już raczej pozostanie w Katowicach. Przynajmniej do 2016 roku. Było z pewnością lepiej niż rok temu. Nie zabrakło gwiazd jak i dobrych, porządnych alternatywnych projektów. Sama Dolina Trzech Stawów była stanowczo za mała by pomieścić takie tłumy ludzi. Wydaje mi się, że było więcej ludzi niż w 2008 roku kiedy Rojek zaprosił Mogwai, of Montreal, CLinic itd. Sceny zagłuszały się nawzajem. Ten problem musi zostać rozwiązany jeżeli sam festiwal ma się rozrastać. Strefa gastronomiczna również nie była w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi, zwłaszcza godziną wieczorową. Nad takimi podstawowymi sprawami trzeba jeszcze popracować. Rozumiem, że to pierwszy raz w Katowicach. Z pewnością sytuacja się ta poprawi. Jednak na muzykę nie mogę narzekać, a ona była tam najważniejsza. Warto było być.

Off Festival 2009

Czwarta edycja Off Festival tradycyjnie już w Mysłowicach, mieście Artura Rojka. Więcej artystów, więcej dni muzyki, więcej sztuki, ale mniej ludzi. Zabrakło odpowiednich zespołów od dużej czcionki. Moim zdaniem jak już przyciągać ludzi na festiwal to na zespoły docenione np. tak jak rok temu Mogwai. Plotki mówiły o Super Furry Animals, Wilco czy też My Bloody Valentine.Rojas jednak zaprosił ciekawych artystów, jednak po raz kolejny nie potrzebnie przyciągał woodstockową młodzież zespołami wyrwanymi z trasy po juwenaliach całej Polski.

Mniejsza z brudasami. Cierpi na tym troszkę klimat, ale nie bądźmy samolubni. Nawet „Terror” poddał się komercjalizacji. Sam Rojek jednak pozostaje ten sam. Lubujący się w dobrej muzie niekoniecznie o dużym rozgłosie, ale rekomendacje Rojasa godne uwagi. Nie może być co roku Mogwai nie?

Tyle tytułem wstępu. Jako, że dysponowałem biletem dwudniowym nie uraczę was relacją z These New Puritans, Kozelka czy Wire. Trochę mam żal, że lider Myslovitz rozbija ciekawe koncerty po restauracjach i kościołach gdzie jest ograniczona liczba miejsc. O ile młodziaki z TNP i weterani z Wire daliby radę na dużej scenie to taki Olafur czy Kozelek bardziej pasują do małych miejsc o dobrej akustyce.

pains

The Pains of Being Pure At Heart

Piątkowe koncerty rozpocząłem od wizyty w namiocie Trójki. Kumka Olik miała zachwycać. Trochę śmieszny występ, bez jednego członka (tego w garniturze). Chłopaki przez dwie piosenki, które widziałem nie zrobili niczego by mnie zainteresować na tyle bym został do końca gigu. Tak samo kiepsko jak na płycie zaprezentowali się w namiocie. Ogromna nagonka dodatkowo im nie sprzyja. Następnie The Thermals na scenie głównej. Idąc na koncert nie spodziewałem się niczego ciekawego. Mając w pamięci słabiznę na Now We Can See po prostu stałem by jakoś przestać i odhaczyć „byłem, widziałem”. Jak się jednak okazało koncert okazał się dość fajny. Sporo energii i spontaniczności. Pani basistka skacząca tu i tam. Ogólnie słabe piosenki zabrzmiały na tyle ciekawie, że dobra zabawa nie opuszczała Main Stage przez całość występu trio z Portland. Następnie zawędrowałem pod Scenę Leśną (najlepszą). Tam już rozpoczynał się występ mocno oczekiwanej Micachu and The Shapes. Początek koncertu nie okazał się zbytnio fascynujący, jednak jak się później dowiedziałem rozkręcili się (podejrzewałem, że tak się stanie). Jednak ja już w tym czasie zahaczyłem o Komety. Co ja tam robiłem? W namiocie zrobiły się mini Juwenalia. Czas na Piwo. Tylko jedno bo zaraz mieli pojawić się na Głównej Scenie debiutanci roku. Mowa o The Pains of Being Pure at Heart. Oczekiwania duże. Oni mieli mi zastąpić brak My bloody Valentine do, których nie tylko ja ich porównywałem w swojej recenzji.Koncert dał radę. Widać było, że są młodzi. Wczesna pora także im nie sprzyjała, ale koncert godny uwagi. Zaczarowali tak samo jak na płycie. Przez 50 minut zdążyli odegrać najlepsze części swojej debiutanckiej płyty. Indie ma się dobrze dzięki takim artystom.

fuck

Fucked Up

Scena Leśna po raz kolejny wzywała. Grupa Health była jednym z licznych hardkorowych przedstawicieli na tegorocznej edycji festiwalu. Reklamowani w telewizyjnym spocie, ciekawie brzmiące single. Zaintrygowali mnie na tyle by sprawdzić jak teoria ma się w praktyce. No cóż do pewnego momentu byli do zaakceptowania przez mój mózg. Później trochę brak spójności i jakiegoś ładu drażniła. Sorry chyba nie jestem jednak hardkorem. Nie jestem? Chyba jednak jestem! Nie no sorry. Wiedziałem, że Fucked Up sprawi, że będę zachowywał się jak zwierzę. Już na sam widok Pink Eyes’a dostawałem ciarek. Wiedziałem, że za chwilę będzie tuż obok mnie, spocony bez swojej czerwonej koszulki. Czapki też się pozbył, ale nie z własnej woli. Polska mentalność. Pierwsze dźwięki. Son of The Father. Najlepszy Opener. Już wchodził we mnie wariat. Pink Eyes jeszcze na scenie, ale już przezywałem orgazm. Kilkadziesiąt sekund a Pink Eyes już na dole. Do końca koncertu już nas nie opuścił. Co mogę powiedzieć na temat tego występu? Najwięcej energii, najbardziej wulgarny, esencja punka. Nie zgodzę się, że muzycznie słabo. Fucked Up to nie tylko gruby wokalista, który stanowi bardziej hardkorową wersję Tima Harringtona z Les Savy Favs. Zespół bardzo konkretny. Łączenie psychodelii z hardkorem. Wysoki poziom. Oczywiście mało szło zrozumieć z tego co krzyczy nam do twarzy wokalista, ale koleś bardzo sympatyczny. Z dużym dystansem do swojego brzuszka i na dodatek lubiąc sobie potańczyć. Brawo.

Monotonix

Monotonix

Fucked Up w połączeniu z dużą ilością piwa wykańcza. Piątkowy wieczór to jeszcze trzy występy obejrzane powierzchownie. The Week That Was raczył indie młodzież swoja obecnością w Namiocie Offensywy. Byłem tylko przez fragment koncertu, ale urzekli mnie swoją melodyjnością. Było na prawdę ciekawie przez tą część koncertu, którą widziałem. Szkoda, że nie widziałem całości. Z pewnością nie była to strata czasu. W tym czasie występował także Monotonix na scenie Miasta Muzyki. Jakoś dziwnie to wszystko wyglądało z mojej perspektywy. Zgraja ludzi na scenie, słychać muzykę, ale gdzie ci kolesie z Izraela? Muzycznie niezbyt ciekawie. Jak później pokazał mi youtube show był nie mniejszy niż na Fucked Up. Na scenie głównej już zbliżał się koncert gwiazdy wieczoru. Za chwilę miała pojawić się grupa Spiritualized. Konferansjer wyglądający jak Andrzej Krzywy chciał pobudzić publikę, jednak dało się tylko usłyszeć rozpaczliwe: „Nie ma ludzi”. Widziałem tylko trzy pierwsze kawałki (zmęczenie), ale wdarło się trochę magii w te kilka minut obcowania z Jasonem Pierce. światła, gitary, murzynki z chóru ubrane w białe stroje. Miażdżenie mózgów dźwiękami niczym Mogwai rok temu. Szkoda, że nie wystałem dłużej i przegapiłem Final Fantasy.

Handsome Furs

Handsome Furs

Sobota na papierze zapowiadała się ciekawiej. Jednak to sprawa dość problematyczna. Tym razem trochę później rozpocząłem koncertową pielgrzymkę po Kąpielisku Słupna. 17:30 Casiotone for Painfully Alone na scenie leśnej. Z jednej strony cieszyłem się, że w namiocie, z drugiej ubolewałem, że tak wcześnie. Zabrakło klimatu, nie było magii przez duszności w namiocie i słońce mocno grzejące. Owen starał się jak mógł, ale nic na to nie mógł poradzić. Mimo wszystko podobało mi się. Brzmiało to dość wiarygodnie. Jeden człowiek obsługujący syntezatory, klawisze, automaty itd. Na dodatek wokalnie przekonywał. Plus. Na scenie Leśnej miał już odbywać się chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ tego dnia. Handsome Furs po raz kolejny w naszym kraju. Dan i Alexei mocno zadowoleni, że goszczą w swoim ulubionym wschodnim regionie. To było 50 minut świetnej zabawy. Najlepsze kawałki ze swoich dotychczasowych płyt. Nie zabrakło I’m Confused, Nyet Spasiba czy też Legal Tender. Dan (ten z Wolf Parade) w przerwach między utworami zbawiał publikę anegdotami. Ta o Terminatorze była chyba najlepsza. Natomiast jego żona Alexei Perry raczyła publikę małpimi skokami i fikuśnymi pozycjami. Bisowali, ale i tak było mi mało. Czekamy na Wolf Parade.

Cool Kids of Death

Cool Kids of Death

Na Scenie Głównej Cool Kids of Death. Byli już dwa lata temu. Tym razem mieli odegrać materiał z pierwszej płyty. Rozczarowali. Nie dlatego, że nie zagrali w końcu całej płyty, ale jakoś wydali mi się mało przekonywujący. Chyba w Katowicach było lepiej. Pomysł z odgrywaniem jednej płyty chyba nie sprawdza się na tego typu festiwalach. Chociaż niektóre utwory miały lepszą aranżację niż na płycie no i trzeba przyznać, że płyta CKOD o wiele wiele lepiej brzmi z żywą perkusją niż automatem perkusyjnym. O 21:35 w namiocie trójki zaczynał się koncert chyba najlepszego polskiego bandu na festiwalu. The Car is On Fire. Widziałem ich ostatnio w Katowiach i spodziewałem się dobrego koncertu. Zwłaszcza, że nowa płyta nawet mi się podoba. Mimo, że pod koniec były problemy z basem to koncert mocno udany. Nie zabrakło hitów z drugiej płyty takich jak Oh Joe czy Can’t Cook. Dużo pozytywnej energii.

The National

The National

Szybki powrót do namiotu po ubrania i po raz kolejny pod scenę główną. Lada chwila ma wystąpić The National. Ludzi chyba więcej niż na Spiritualized. W sumie to amerykanie byli największym killerem jeżeli chodzi o popularność. Ja osobiście nie wiele oczekiwałem po tym koncercie. Sądziłem, że przestoje godzinę bez większych emocji. Od czasu do czasu ziewając. Jak ja się myliłem? Koncert ten był największa dla mnie niespodzianką. Kolesie z piosenki na piosenkę się rozkręcali. Nie pewny, krzyczący, chodzący wszędzie, robiący dziwne miny, pijący wino Matt Beringer dawał tyle radości oku i sercu. Ogromne brawa. I ten bis. Mr. November. Matt w końcu wylądował na dole. Zawędrował wśród publiki. On chyba na prawdę przeżywał ten koncert. Wyglądało to tak prawdziwie. Ogromny plusior dla The National. Oczywiście Alligator królował w setliście plus jedna nowa piosenka.

The Field

The Field

Oczekiwanie na ostatni koncert mojego Offa czyli The Field. Po posłuchaniu końcówki Frightened Rabbit, która nie zrobiła na mnie większego wrażenia poszedłem sprawdzić Miłość. Cały czas słyszałem, że to legenda. Nawet jedna z moich koleżanek, która generalnie nie ma pojęcia o muzyce pytała się mnie o Miłość. Ja zbytnio nie rajcuje się takimi klimatami, ale wiem jedno. Lepiej by to brzmiało w zadymionym klubie. W końcu nie mogło zabraknąć Leszka Możdżera i Tymona Tymańskiego na Offie. Doczekałem jednak The Field. Już bardzo późno, albo mocno wcześnie. Opóźniony, ale wystartował. The Field. Czyli człowiek z wąsem schowany za ogromnym sprzętem plus perkusista i koleś z basem. Godzina żywiołowego transu. Spodobało się nawet ochroniarzom, którzy generalnie śpią na koncertach. Widać ich klimaty. Mimo, że im dłużej koncert trwał to miękłem a ludzie znikali to wytrwałem. Warto było. Było ciekawiej niż zwykle, czyli sam Axel Willner ze swoim legendarnym laptopem. Perkusja i bas dodały żywiołowości koncertowi. Zmęczony, ale zadowolony udałem się do namiotu.

Ciężko mi powiedzieć, czy w tamtym roku było lepiej bo jestem świeżo po Offie. Z pewnością w tamtym roku było więcej ludzi przez co mniej na oczy rzucali się osoby nie wiedzące dokładnie co robią na tej imprezie. Musimy się nauczyć, że nie do wszystkiego należy pogować. Poza tym jak sam Rojek mówi tutaj przyjeżdża się poznawać dobrą muzykę także nie ma co liczyć na wielkie gwiazdy. W tym roku Off Festival poświęcony był obchodom 70 rocznicy wybuchu II Wojny Światowej. Stoisko z gadżetami związanymi z tymi obchodami było oblegane cały czas. Poza tym dużo osobowości. Jerzy Buzek pokazał się ponownie. Ludzie z wytwórni Sub Pop między innymi Jonathan Poneman, wszędobylski Lala, Marcin Meller.

Jestem rozczarowany wprowadzonymi talonami. Trochę wkurzająca sprawa. Poza tym wybór koszulek w tym roku nie powalał. KSU, Happysad, Kult. No ja proszę… z czym na Off Festival? W tamtym roku bez problemu można było kupić koszulkę Mogwai czy Menomena. Z płytami było lepiej. Duży, fajny wybór tylko te ceny… no ale nigdzie indziej tego nie kupisz. Pogoda dopisała nawet za bardzo. Z pewnością wybiorę się znowu za rok. Off Festival 2010: 80 zespołów na 90 scenach. lol

Myslovitz – Happiness is Easy

mysloPrzed chwilą miałem niezłą jazdę. Nie wiem czy to przez ten alkohol, który nie chce zejść od wczoraj (a w zasadzie dzisiaj) czy jest to inny wymiar świadomości. Przeżywam delikatne momenty tak jak mawia ostatnio Ancelotti o formie swoich prawie, że rówieśników z boiska. Nieważne. Chodzi o to, że wspomniało mi się to cholerne liceum.

Czemu teraz? Rok myślenia o wszystkim i o niczym, ale nie o przeszłości. Aż tu nagle… Zacznijmy od początku. Chciałem urozmaicić sobie grę w najnowszego fm-a (mam już 2014 rok) muzyczką. Dźwiękami z płyty by było bardziej klimatycznie. I tak się akurat złożyło, że zapodałem HiE bo Pablo Honey mi ścinało (przypadek?). Na stole Żubr – przysmak mojej młodości. I stało się. Przypomniałem sobie te smutne lata liceum o których tak bardzo chciałoby się zapomnieć. Głównie przez płytę Rojka.

W ogóle Myslovitz to muza mojej młodości. W podstawówce nuciłem sobie Długość Dźwięku Samotności, w gimnazjum dojrzewałem przy Zamianie a w liceum doznawałem podczas odpalania Korovy. Podczas trzyletniego oczekiwania na państwowy egzamin dojrzałości skumałem się z Rojkiem i ekipą. Ich muzyka łączyła się z moim dość zagmatwanym stanem równowagi psychicznej. HiE wyszła w momencie kulminacyjnym mojej miłości do Myslovitz. Tuż przed zauroczeniem zagranicznymi indie gwiazdami.

Słuchając tej płyty wspominały mi się fragmenty z przeszłości. Generalnie smutno się zrobiło. Smutna płyta. Nie przepadam za nią. Nie chodzi głównie o to, że przypomina mi tą nudę związaną z lekcjami fizyki czy chemii. Razem z Sun Machine to najsłabsza płyta rockowej dumy Śląska. Jeżeli chodzi o poziom produkcji to jest to wysoki level. Wiadomo Cieślak i te sprawy. Jednak płyta nierówna. Są dobre momenty, są też mniej dobre momenty (tu akurat przewaga). Powiem wprost, wieje z lekksza nudą na tej płycie. Brakiem pomysłu co dalej? Można było sądzić, że po wydaniu eksperymentalnych Skalarów zespół obierze jeszcze inną, ciekawszą drogę. A tak powstał co najwyżej przeciętny album. I jeszcze ta trasa koncertowa. Oni chyba przez rok byli na każdym zadupiu, na każdym festiwalu piwnym i na każdym dniu emeryta w miejscowościach uzdrowiskowych.

Reasumując Myslovitz zbrzydł mi totalnie. Chętnie posłuchałbym Rojka solo bądź zobaczył Les Savy Fav na Offie. Nowa płyta Myslovitz nie byłaby wielkim, oczekiwanym wydarzeniem dla mnie. Ocena: 5/10

P.S. Kilka ciekawych odnośników:

skumajcie jeden z lepszych utworów z płyty. Teledysk daje rade

Istny wehikuł czasu. Moja pierwsza muzyczna recenzja, jeżeli można tak określić notkę składającą się z listy utworów i fragmentu wklejonego z jakiegoś onetu.

Na płyciej pojawia się też Maria Peszek. Głos ma spoko, ale dla mnie to gwiazda ala Czesław Śpiewa itd

Okładka zaprojektowana przez Krzyśka Ostrowkiego