
W miniony weekend odbył się jubileuszowy, XX Tauron Nowa Muzyka Katowice. Jeżeli dobrze liczę, to był mój 9 raz na katowickim Tauronie. No i co tu dużo mówić? Ponownie było bardzo dobrze, pogoda dopisała, usłyszałem wiele świetnych koncertów i ogólnie przyjemnie spędziłem czas na terenie Muzeum Śląskiego w Katowicach. A jak to wyglądało szczegółowo? O tym w poniższym tekście.
Dzień I
Swoją przygodę z Tauronem rozpocząłem od wizyty pod sceną Amfiteatru gdzie występował raper Asthma. Był to przesunięty koncert, gdyż początkowo o tej porze miał występować zespół Brassers. Pochodzący z Bielska-Białej 25-letni raper, nie był chyba zbytnio zadowolony z tego obrotu sytuacji. Wiadomo, jak to wygląda zawsze na początku. Nie mniej, gdy występował dwa lata temu podczas Snowfest to sytuacja była podobna i dał radę. Tutaj także się sprawdził, nie był to może koncert życia nikogo z publiki, ani dla samego Mateusza Werdyńskiego, ale pięknie to się komponowało ze słońcem odbijającym się od budynku KTW Katowice. Po tym koncercie udałem się do budynku NOSPR na występ Ellen Arkbro. Podczas ostatnich edycji nie udało mi się zawitać do tej pięknej, ceglanej bryły, dlatego w tym roku postanowiłem się tam zjawić za wszelką cenę, nie zależnie od koncertu. Sala robi wrażenie i szczerze polecam, odwiedzić to miejsce, jeżeli będziecie mieli okazję. A występ Szwedki? No cóż… Totalnie do mnie nie trafił. Jak dla mnie ta muzyka miała za dużo monotonności i za grosz wyrazistości. Jednak byli tacy, którym się to podobało. Z tego miejsca pozdrawiam gościa z Końskich.
Pozytywnym zaskoczeniem i małym odkryciem tego dnia była dla mnie Ela Minus. Totalnie nie znałem jej twórczości, jednak gdy zobaczyłem ją na żywo to od razu zaskoczyło. Nawet, gdy teraz słucham utworów 35-letniej Kolumbijki to potrafią mnie wciągnąć. Wracając jednak do występu Eli Minus, to było tam mnóstwo pozytywnej energii, którą ograniczała tylko długość kabla od mikrofonu. Podobał mi się motyw z kamerką na artystkę i publikę. Praktyczny okazał się także zegar odliczający czas. Prawdziwe jednak show tego dnia, jak i całego festiwalu miało odbyć się na Scenie Metropolii GZM, gdzie o 23:00 miał rozpocząć swój występ TV On The Radio. Koncert nieco się opóźniał, ale skutecznie czas publiczności umilała muzyka ze sceny w klimacie oldschoolowego r’n’b i soulu (W ogóle ktoś może powiedzieć, jakie konkretnie kawałki tam leciały?). W końcu na scenie zjawiła się cała szóstka. Z czego pierwsze skrzypce grał duet Kyp Malone – Tunde Adebimpe. Pierwszy z nich zachwycał świetnymi, „zimnymi” liniami gitary elektrycznej i chórkami. Z kolei Pan Tunde Adebimpe wciąż jest w dobrej formie wokalnej. Poza nimi mieliśmy drugą gitarę, bas, perkusje oraz gościa wspomagającego, który grał na syntezatorach i instrumentach dętych. Sam występ TV On The Radio był dokładnie taki, jakiego oczekiwałem. Mnóstwo energii, trochę pogaduszek z widownią no i setlista zawierająca wszystkich ich najlepsze utwory. Publiczność Taurona usłyszała zatem takie kawałki jak: „Wolf Like Me„, „DLZ„, „Happy Idiot” czy też „Staring at the Sun„. Gdybym miał okazję usłyszeć ich ponownie, z całą pewnością poszedłbym ponownie na koncert Nowojorczyków!
W euforycznym nastroju udałem się ponownie pod scenę Amfitatru, gdzie miały występować duet Mermaid Chunky. Opis ich twórczości mówił coś o „jednej wielkiej imprezie”, niestety zamiast tego doświadczyłem mnóstwo nudy… Dlatego powędrowałem pod Club Stage, by poczuć klimat tanecznego Taurona. A ten trwał dzięki setowi Ø [Phase], który w technie siedzi już blisko 30 lat. Piątkowy dzień zakończyłem występem Floating Points na scenie głównej. Było OK, ale za mało porywająco bym został do końca. Zwłaszcza, że przede mną kolejny dzień wrażeń.
Dzień II
Niestety sobotnie południe rozpoczęło się od złej wiadomości o odwołanym koncercie CocoRosie… Chyba nie muszę mówić, jak bardzo czekałem na ten koncert… No, ale cóż. Takie rzeczy się zdarzają. Sobotni dzień rozpocząłem od wizyty pod Amfiteatrem, gdzie grał polski zespół Javva. Całkiem ciekawy projekt, w którym odnajdywałem inspiracje Les Savy Fav (A to już dobrze). Grali z akompaniamentem dwóch perkusji, gdzie za jedną z nich zasiadał sam Macio Moretti, który swego czasu często gościł na Tauronie. Pozytywne wrażenie wywarli na mnie Oxford Drama. Całkiem przyjemne granie, którego nie miałem okazji sprawdzić wcześniej. Aż ciężko mi uwierzyć, że ten zespół z Wrocławia ma cztery albumy na koncie i jest na rynku muzycznym dekadę. Na scenie wyglądali tak nieśmiało, młodo, grzecznie jakby dopiero przyjechali z pobliskiego liceum. Nie mniej muzycznie, bardzo dobry zestaw utworów. Wydaje mi się, że ta duża scena była dla nich w tym momencie trochę za duża. Poza tym tego typu muzyka chyba lepiej by zabrzmiała pod chmurką.
Ciekawym przeżyciem był występ Alvy Noto. Ten pochodzący z Niemiec muzyk, to mistrz minimalistycznej muzyki elektronicznej. I tak faktycznie było, to jeden z tych koncertów, który jest bardziej doświadczeniem i przeżyciem aniżeli widowiskiem. Ponownie udałem się do NOSPRu, gdzie występowała Kali Malone. Nie spodziewałem się jednak, że będzie to podobny występ do tego, który widziałem dzień wcześniej Ellen Arkbro. Co prawda było tutaj więcej melodii i momentami przypominał soundtrack do „Miasteczka Twin Peaks”, jednak nie zamierzałem sprawdzać tego występu do końca. Dużo lepszym wyborem był HVOB, przez niektórych nazywany Hiobem. Nie był to zwykły set, a dopieszczony pięknymi światłami, żywą perkusją oraz wokalem Anny Muller koncert pełną parą. Jeden z ciekawszych występów tego dnia, szkoda, że nie udało mi się go zobaczyć od początku.
Grający na scenie Tauron Music Hall Actress ponownie nie skradł mojego serca. Nie mam po drodze z tym artystą. Widziałem go już kilka razy, i za każdym razem nie potrafił mnie przyciągnąć na dłużej niż dwa-trzy utwory. Dużo lepiej sprawdził się KABEAUSHE, grający w Amfiteatrze. Ten pochodzący z Kenii raper występował przy akompaniamencie kolegi grającym na syntezatorze. Jeżeli chodzi o kontakt z publiką, to Pan Kabochi Gitau jest zdecydowanym zwycięzcą tej edycji Taurona. Pierwsze utwory jechały jeszcze w marynarce i na siedząco. Jednak nie na długo, gdyż sam artysta stwierdził, że to kurewsko dziwne grać dla siedzących ludzi. Nie było innego wyjścia jak się bawić! W ogóle Kenijczyk o bujnej blond czuprynie mocno przypomina mi na pewien sposób Tylera, The Creatora. Może kiedyś jakiś wspólny kawałek? A sam koncert? Absolutny TOP tej edycji. Tak samo jak Underworld, który trwał już na scenie głównej. Mieli wystąpić pięć lat temu… Jednak co się odwlecze, to nie uciecze. Było świetnie, całe mnóstwo energii i piękne wizualizacje. No i odegrany na sam koniec „Born Slippy” dopełnił ten świetny występ. Energii pozostawało wciąż sporo, dlatego udałem się na plenerowy występ grupy TAIGA. Ten mongolski duet świetnie łączył muzykę elektroniczną z folkowym brzmieniem mongolskich stepów. Był niesamowity klimat, zwłaszcza, gdy słońce zaczęło już świtać.
Podsumowując, XX-edycja Tauron Nowa Muzyka Katowice okazała się niesamowitym przeżyciem. Pomimo odwołanego koncertu CocoRosie, spędziłem w Katowicach bardzo owocny czas. Usłyszałem wiele dobrej muzyki, poznałem ciekawych artystów no i udało mi się usłyszeć TV On The Radio i Underworld na żywo! Tauronie, jeszcze raz życzę ci 100 lat i do zobaczenia za rok!

















