Muzyczne podsumowanie roku 2013: Single

singleCzas na listę 20 najlepszych singli. W tym roku sporo dźwięków z pogranicza hip-hopu i r’nb, ale znalazło się także miejsce dla muzyki gitarowej. Generalnie nie przykładałem większej uwagi do kolejności. Przykładowo utwór numer 15 mógłby spokojnie być na liście 10 itd. Jednakże myślę, że udało mi się ułożyć całkiem niezłą playlistę.

eminem20. Eminem – Rap God. Ja wiem, że Eminem na „Marshall Mathers LP 2” ssie. I to strasznie. Niektórzy poczuli się oszukani, ale tak serio oczekiwał ktoś udanej kontynuacji genialnego „Marshall Mathers”? Z „Rap God” sytuacja wygląda troszkę inaczej. Em pokazuje, że jeszcze potrafi nagrać coś co nie jest totalną siarą i kompromitacją. Ten utwór się broni.

Posłuchaj

daft-punk-lucky-lead18. Daft Punk – Get Lucky. Ło matko, chyba najbardziej przehajpowana i ograna piosenka zeszłego roku. Szczerze? Rzygać mi się chce jak słyszę „Get Lucky„. No, ale doceniam siłę rażenia. Tą piosenkę słyszał chyba cały świat i wszystkim się podobała. I słusznie, bo to lekki i przyjemny w odbiorze hicior. Z resztą słyszeliście to wiecie.

Posłuchaj

blood orange18. Blood Orange – You’re Not Good Enoguh. Retromania trwa w najlepsze. Brytyjczyk Dev Hynes nie jest oczywiście pierwszym, który użył fajnych sampli i „bąknięć” basu by stworzyć utwór przywołujący w skojarzeniach rozpikselowane obrazki z Vice City. Jednak zrobił to na tyle w sprytny sposób, że nóżka sama tupie.

Posłuchaj

pusha-t-kendrick-lamar17. Pusha T (feat. Kendrick Lamar) – Nostalgia. Wspaniały storytelling w wykonaniu Pushy T i Kendricka Lamara. Pierwszy, nie młody już raper doświadczony przez życie opowiada o handlu dragami. Drugi, świeży i gorący Kendrick nawija o problemach spowodowanych przez narkotyki. A wszystko to na surowym beacie od Kanye Westa i Nottza. Props absolutny.

Posłuchaj

deerhunter216. Deerhunter – Monomania. Mało słuchałem w tamtym roku indje rocka. Nie, że nie lubię. Mało było do słuchania, pokazuje to ta lista gdzie rządzi rap z r’n’b. Jednak na Bradforda Coxa zawsze można liczyć. Jego „Monomania” (zarówno jako album i sama piosenka) podobała mi się na tyle, że mogę zarekomendować każdemu.

Posłuchaj

autre ne veut15. Autre Ne Veut – Play By Play. Opener „Anxiety” to majstersztyk. Zmiany tempa, popis wokalny Artura Ashina i wielowarstwowość brzmienia to tylko zalążek tego co by można napisać o tym utworze. Jeden z lepszych singli r’n’b zeszłego roku, który miażdży słuchacza. Jeżeli chodzi o mnie to przy tej piosence dostaje epilepsji (w pozytywnym sensie oczywiście).

Posłuchaj

Drake14. Drake – Hold On We’re Going Home. W wolnych chwilach od rapowania Drake lubi śpiewać i eksperymentować. Trzeba mu jednak przyznać, że zawsze mu to fajnie wychodzi. „Hold On We’re Going Home” to utwór osadzony w latach 80. mający w sobie coś z r’n’b, disco i popu. Od strony lirycznej nie ma żadnej niespodzianki, kolejna piosenka o miłości jakich wiele już słyszeliśmy. Jednakże utwór ten potrafi wciągnąć i czuć w tym zupełny luz.

Posłuchaj

bowie13. David Bowie – Valentines Day. Gdy jak grom z jasnego nieba pojawiła się wiadomość o nowej płycie Bowiego nie byłem tak mocno zdziwiony jaj ludzi z branży muzycznej. David Bowie to klasa sama w sobie i chociaż zdarzały mu się niejednokrotnie wpadki to „The Next Day” okazał się udanym albumem. A same „Valentine’s Day” to fajna, chwytliwa piosenka w sam raz na 14 lutego.

Posłuchaj

disclosure12. Disclosure – F For You. Ok na „Settle” jest pełen zestaw piosenek, które spokojnie mogłyby się znaleźć na tej liście. Jednakże postawiłem na „F For You” jako godnego reprezentanta gdyż ma to „coś” i jest pozbawiony odwracającego od braci Lawrence uwagi głośnego featuringu (tych nie brakowało na krążku). Najbardziej epicki komentarz do piosenki: „WE KNOW IT’S FROM FIFA 14, shut the fuck up man”.

Posłuchaj

Charli-XCX-True-Romance-web-725x38011. Charli XCX – You (ha ha ha). Jeden z lepszych singli na niezauważonym „True Romance”. Przyznaję, żeodkąd usłyszałem  „Stay Away” to jestem fanem twórczości młodej Brytyjki.  „You (ha ha ha)” to ten rodzaj popu na który czekałem. Fajne hooki, teksty z ironią i zdystansowany wokal Panny Charlotte Aitchison w połączeniu dały ciekawy efekt. Czekam jednak na prawdziwą bombę na nadchodzącym „SuperLove„.

Posłuchaj

kixnare110. Kixnare – Gucci Dough. O Kixnare i jego „Gucci Dough” powiedziano już chyba wszystko. Jednak warto powtórzyć. Minimalistyczny singiel producenta z Częstochowy to najlepszy polski utwór nie tylko z gatunków electro, ale muzyki w ogóle. Łukasz Maszczyński serwuje nam coś świeżego i jednocześnie wciągającego. Fajny motyw przewodni oraz sample wokalne powodują, że przybijam piątkę. Polska scena electro ma się dobrze dzięki takim utworom.

Posłuchaj

alunageorge9. AlunaGeorge – Attracting Files. Gdy tylko usłyszałem „Your Drums, Your Love” wiedziałem, że ten duet jest stworzony do tworzenia muzyki pop. George Francis ma zdolność produkowania przyjemnych melodii, co potwierdza wspominane „Attracting Files„. Mamy intrygujący motyw na samym początku, który przewija się przez resztę utworu oraz hooki. Idealnym dopełnieniem jest łagodny wokal panny Aluna Francis. Anglia zdecydowanie jest stolicą obiecującego popu.

Posłuchaj

asap-rocky-460x2508. A$AP Rocky – Fuckin Problems (feat. Drake, Kendrick Lamar, 2 Chainz). Oj śmigało się w zimę przy tej piosence. Konkretny przebój, który wywołuje dyskusje kto lepiej się zaprezentował? Towarzystwo jakie Rakim Mayers zapędził do tego utworu godne podziwu. A wszystko o tych złych kobietach i problemach z nimi związanymi. Pierwszy A$AP Rocky rzuca na przemian „nigga” i „bicz”, Drake buduje oddę do swojej kuśki a Kendrick Lamar rzuca ironią wspominając Halle Berry. A wszystko na fajnym beacie pełnym sampli (m.in. Aaliyah).

Posłuchaj

Yuck7. Yuck – Rebirth. Szczerze powiedziawszy podobało mi się Yuck z okolic debiutu, ale teraz jakby zyskali. Zmienił się wokalista, zmienił się styl. Ich zeszłoroczne „Glow & Behold” to jedno z lepszych dzieł shoegaze i jedna z nielicznych udanych prób odpowiedzi na twórczość My Bloody Valentine. „Rebirth” to potwierdza.

Posłuchaj

arctic monkeys6. Arctic Monkeys – R U Mine. Prawdopodobnie najlepsza piosenka arktycznych małp od czasu debiutu. Turner z ekipą zrzucają z siebie brytyjskie uniformy by wdziać na siebie szaty Black Sabbath i dać czasu. Kapitalne gitarowe riffy i wielka robota perkusisty. Jeden z nielicznych brytyjskich zespołów ery New Rock Revolution, który się rozwija. Dzięki Homme’owi z QOTSA wszystko idzie w dobrą stronę.

Posłuchaj

jt5. Justin Timberlake (feat. Jay-Z) – Suit & Tie. Po pierwszych odsłuchach zdania co do nowego singla Justina Timberlake były podzielone. Jedni od razu wkleili to na „walla”, inni odłożyli to na później. Być może oczekiwaliśmy czegoś innego od Timberleka, a być może dał nam TO co chcieliśmy? Ja „The 20/20 Experience” polubiłem z czasem, tak samo jak ten utwór. Jest to fajny popowy kawałek, który powinien spodobać się każdemu. Tylko ten Jay-Z odstaje pomimo tego, że jego zwrotka w tym utworze to najlepsza rzecz jaką zarapował w 2013 roku…

Posłuchaj

new-slaves4. Kanye West – New Slaves (feat. Frank Ocean). Według RapGeniusa był to najlepszy kawałek hip-hopowy zeszłego roku. Czy hip-hopowy nie wiem, na „Yeezusie” na pewno jedne z najbardziej wyróżniających się. Tak jak na całej płycie brzmienie jest noisowe i surowe. Zaczyna się dosyć ponuro a Yeezy nawija coś o nowych niewolnikach. Utwór mocno zabarwiony politycznie kończy się samplem zespołu Omega i jego „Gyöngyhajú lány” podczas którego pod nosem mamrocze coś Frank Ocean. Kanye West nie omieszkał też zrobić oryginalnej premiery tego singla wyświetlając go w 66 różnych miejscach na raz.

Posłuchaj

Drake-Girls-Love-Beyonce-James-Fauntelroy3. Drake – Girls Love Beyonce (feat. James Fauntleroy). Rok 2013 należał do kanadyjskiego rapera. Obok kapitalnego albumu „Nothing Was The Same” w zeszłym roku ukazał się szereg konkretnych singli. Między innymi chwytliwe „Girls Love Beyonce„. Całość jest oparta na fajnym beacie od Noach ‚czterdzieści’ Shebiba a w refrenie słyszymy Jamesa Fauntleroy’a wyśpiewującego „Say My Name” od Distiny’s Child. Sam Drake trochę śpiewa, trochę rapuje – jak to on. I rozkminia na temat kobiet, trudności w ich zdobywaniu bez konieczności brania udziału w „grze”. Szkoda, że nie znalazł się ten track na jego zeszłorocznym LP.

Posłuchaj

davidlynch2. David Lynch (feat. Lykke Li) – I’m Waiting Here. Utwór ten znalazł się jako bonus track na „The Big Dream” i szczerze powiedziawszy chciałbym by każdy bonus był taki jak ten. To zdecydowanie najlepsza piosenka jaką wymyślił Lynch. Generalnie wszystko opiera się na prostocie gitary i maszyny perkusyjnej. Jednak sporo robi głos modnej w ostatnim czasie szwedki Lykke Li. Piękna, klimatyczna i kojąca mój umysł piosenka.

Posłuchaj

jessie-ware1. Jessie Ware – Imagine It Was Us. Brytyjka zachwyciła mnie już w 2012 roku za sprawą albumu „Devotion„. Zeszłoroczny singiel „Imagine It Was Us” nadal pozostaje w estetyce zadymionego klubu, jednakże jest utworem bardziej tanecznym. Użyte syntezatory eksplorują modną w ostatnim czasie brytyjską scenę elektro-popwoą. Gitarowe wstawki i handclaping nawiązują do przeżywającego renesans disco. Utwór ten znalazł się na amerykańskim wydaniu „Devotion” i trzeba pozazdrościć jankesom takiego „Gold Edition”. Polskie radiostacje nie doceniły ogromnego potencjału tego kawałka (nie pierwszy raz), nie wiem też jak wyglądała sytuacja na parkietach (nie bywam). Jednak u mnie ten kawałek często śmigał, życzyłbym sobie więcej takich houseowo-popowych szlagierów w 2014 roku!

Posłuchaj

Zaległości z 2013

cometStandardowo nie zdążyłem ponownie napisać o wszystkim o czym bym chciał. Wynikało to z wielu powodów. Chociaż uważam, że w minionym roku się nie opierniczałem to było kilka dłuższych zastojów. Najdłuższy z okolic wakacji było spowodowany pisaniem pracy magisterskiej. Potem były przygotowania do obrony a i też w drugiej połowie 2013 nie spędzałem już tyle czasu przed komputerem co wcześniej. Chyba powinienem zainwestować w tablet czy coś? To nie istotne teraz. Ta jedna notka powinna zrekompensować dłuższe chwile ciszy z poprzedniego roku.

amokAtoms For Peace – Amok. Na tą recenzję miałem kilka pomysłów, które niestety nie wypaliły. Szkoda, może innym razem? Pozostaje jednak zwyczajna formuła składająca się z twardo postawionych zdań. Zacznę od tego, że dla mnie „Amok” jest niczym innym jak kontynuacją solowej płyty Thom’a Yorke’a „Eraser” z 2006 roku. Skojarzeń i podobieństw jest masa. Nie wiem czy to dobrze czy źle, jednak niektórzy chyba oczekiwali czegoś innego. W końcu od początku Atoms For Peace byli przedstawiani jako super grupa w której są MEGA GWIAZDY. Thome Yorke czy też Flea z Red Hot Chilli Peppers to głośne nazwiska. Płyta na szczęście nie okazała się albumem, który ma zbawiać rock ‚n roll (tak jakby było jeszcze co zbawiać?) a po prostu dobrym albumem, który mógłby nagrać Radiohead gdzieś pomiędzy 2007 a 2009 rokiem. Brzmienie „Amok” to duża ilość elektroniki z drobnymi elementami gitar. Krążek ten jest niezwykle klimatyczny w głównym stopniu dzięki charakterystycznemu wokalowi Yorke’a. Dobra odskocznia od Radiohead. Ocena: 7/10.

posłuchaj

anxietyAutre Ne Veut – Anxiety. O matko o tej płycie miałem napisać przed samym offem… Brakowało weny i jak zwykle „casu”. Autre Ne Veut to projekt tworzony przez Arthura Ashina a jego tegoroczny longplay jest drugim w dorobku  po debiucie z 2010 roku nazwanym po prostu „Autre Ne Veut„. „Anxiety” to album niezwykle przebojowy i taneczny. Już opener „Play by Play” zdradza u Amerykanina zapędy w stronę rozbudowanych utworów nagranych z rozmachem. Artur Ashin na swoim najnowszym LP wędruje pomiędzy r’n’b a lo-fi włączając w to wiele elementów popu i elektroniki. W trzecim „Promises” czuć na odległość inspiracje Cut Copy natomiast „Counting” momentami nawiązuje do Kanye Westa „My Beatiful Dark Twisted Fantasy” (początek) oraz zeszłorocznej płyty Twin Shadow’a. Nie wszystkim ten album przypadł do gustu, zwłaszcza dla osób, którym podobał się debiut. Wyciszone, melodyjne r’n’b na wzór How To Dress Well zostało zastąpione wyrazistymi hitami gdzie szególną rolę odgrywają refreny. Jak dla mnie jest to pop idealny, szkoda tylko, że nie było tego czuć na żywo podczas Off Festivalu. Ocena: 8/10.

acid rapChance The Rapper – Acid Rap. Chancelor Bennett swoim debiutanckim albumem podbił większość list podsumowujących. Co prawda już rok temu wydał mixtape „10 Day” jednak przeszedł on bez większego echa. Rok 2013 miał bardzo pracowity, gdyż znalazł się na wielu featuringach. Nagrywał m. in. z Jamesem Blake’em, Joey’em Badass’em, Childish’em Gambino i … Justinem Bieberem. „Acid Rap” to kolejny hip-hopowy album, który potwierdza tezę, że rok 2013 był mocno udany dla czarnego gatunku. Moje zdanie podziela wiele portali muzycznych w swoich listach podsumowujących o czym wspomniałem na początku tej krótkiej recenzji (a raczej notki). Chancelor Bennett co prawda nie nawija o niczym nowym. Mamy wspomnienia z dzieciństwa, obraz Chicago z którego pochodzi czy też opis dojścia do sławy. Jednak potrafi wciągnąć słuchaczem sposobem w jaki przedstawia swoje historie. Jest zabawny i nieźle operuje głosem. Ważnym aspektem „Acid Rap” jest warstwa muzyczna. Znajdziemy tutaj sporo wstawek soulowych i gospelowych a także odniesień do lat 80. Perełką pod względem podkładu dźwiękowego jest „Pusha Man„, które można podzielić na dwie części. Na „Acid Rap” mamy także sporo gościnnych występów, jednak nie są to tak głośne nazwiska jak u chociażby Kanye Westa czy też Eminema. Wśród osób udzielających się na featuringach najlepiej wypadli Ab-Soul oraz Childish Gambino. Generalnie jest to jedna z najciekawszych propozycji hip-hopowych zrobionych na kwasie poprzedniego roku. Propsuje. Ocena: 8/10.

david lynch - the big dreamDavid Lynch – The Big Dream. Flirt Davida Lyncha z muzyką trwa dalej. Jakiś czas temu TVN nie rozumiał dlaczego David Lynch chciał tworzyć w Łodzi nowe projekty filmowe. Jego ostatni obraz „Inland Empire” powstał częściowo w Polsce, grali w nim nasi rodzimi aktorzy jednak na tym się skończyło. Czy powstanie jeszcze jakiś film Lyncha w Polsce? Raczej nie. A czy jakikolwiek powstanie? Mam nadzieje, że tak. Na razie musi nam wystarczać to co hollywodzki artysta nagrywa u siebie w domu. Z muzyką idzie mu nie gorzej niż z obrazami. Psychodeliczna atmosfera tym razem udziela nam się przez uszy. Już w 2011 roku chwaliłem jego „Crazy Clown Time” za specyficzny klimat. Podobnie jest na „The Big Dream„, które nie jest tak mroczne, ale nadrabia w inny sposób. Jest to na pewno album bardziej przystępny dla słuchacza i melodyjny! Ma nawet jedną radiową piosenkę „I’m Waiting Here” nagraną z Lykke Li, która jest bonustrackiem w sieci iTunes. Brzmieniowo album nawiązuje do muzyki lat 60. Sporo usłyszymy gitar i samego Davida Lyncha. Pozycja godna uwagi w czasie oczekiwania na nowy film. Ocena: 7/10.

disclosure-settle-lessthan3Disclosure – Settle. Chyba najbardziej hajpowana płyta poprzedniego roku. Bracia Guy i Howard Lawrence stworzyli album majstersztyk. „Settle” to najlepsza z możliwych opcji jaka mogła nastąpić w rozwoju muzyki klubowej. Kwestie rytmiki, czerpanie z dupstepu pełnymi dłońmi oraz przebojowość to jedno. Po drugie kapitalny dobór featuringów. Mamy ciekawe nazwiska ostatnich lat takie jak: Jassie Ware, Jamie Woon czy też Aluna Francis. W zasadzie trudno się doczepić czegokolwiek, każdy track na płycie zachwyca porównywalnie. Może tylko tego, że za małe zróżnicowanie, ale to nie jest najważniejsze. Warto również zwrócić uwagę na to, że ta muzyka przypada do gustu każdemu słuchaczowi, nawet mniej wyrafinowanemu i osłuchanemu. Podbicie mainstreamu i podziemia to zawsze sprawa wielka, a w tym przypadku w jakimś tak stopniu się to udało. Można by napisać o tym albumie wiele, ale mało rzeczy nowych o któryś już ktoś, gdzieś nie wspominał. Jeżeli jakimś cudem jeszcze nie słyszałeś/-łaś tej płyty to nadrób tą zaległość jak najszybciej. Ocena: 8/10

the 20 20 experience timberlakeJustin Timberlake – The 20/20 Experience. Nienapisanie o najnowszym krążku Justina Timberlake to grzech. Ostatnio miałem nawet do czynienia z absurdalną dyskusją czy „The 20/20 Experience” należy umieścić na liście najlepszych płyt zeszłego roku, spośród której miało być wybrane top10. Niestety album nie przeszedł ze względu na swoją radiowość… Natomiast na liście natomiast znalazło się miejsce dla takich tuzów jak Biffy Clyro, Bastille, Moby itd. Jeżeli płyta jest dobra to dlaczego ją ignorować ze względu na komercyjność wykonawcy? Bo trzeba przyznać byłej gwieździe N’Sync, że nagrał album bardzo dobry. Jego trzeci solowy longplay to zbiór długich (najkrótszy track na płycie trwa 4 minuty 47 sekund), rozbudowanych kompozycji nagranych z niemal hollywodzkim rozmachem. Być może single nie mają takiej siły jak te z „Justiefield” czy też „FutureSex/LoveSounds” jednak całościowo album prezentuje się solidnie. Za produkcje krążka odpowiada trio: Timbaland, Timberlake i Harmon i to tego pierwszego czuć w większości utworów. Znajdziemy tutaj chwytliwe przeboje takie jak „Suit & Tie” oraz spokojne ballady r’n’b takie jak: „Blue Ocean Floor” czy też „Strawberry Bubblegum„. Dla Justina Timberlake’a jest to kolejny krok do przodu. Ocena: 7/10.

Posłuchaj

mia matangiM.I.A. – Matangi. Mathangi „Maya” Arulpragasam najnowszym albumem postanowiła napisać nowy rozdział w swojej karierze. Jej najnowsze „Matangi” różni się od pozostałych albumów a sama artystka pragnie tworzyć rzeczy nowe. Na zeszłorocznym krążku łączy zachodnie trendy muzyki mainstremowej z kulturą wschodu. Brzmi to banalnie, ale trzeba posłuchać jak ona to robi. Przykład? Y.A.L.A to wschodnia odpowiedź na popularne w ostatnim czasie YOLO, gdzie to pierwsze oznacza You Always Live Again i odnosi się do reinkarnacji. Poza tym utwory są przesiąknięte różnymi dźwiękami wschodnimi. Na albumie mamy dobrze już znane „Bad Girls” oraz zdrowo kopnięte „Bring The Noize” gdzie Maya pokazuje swoje raperskie zdolności. Natomiast w „Double Bubble Trouble” mamy elementy muzyki reagge i techno. Na pewno na plus „Matangi” trzeba zaznaczyć jego globalność, kwestie społeczne jakie porusza oraz różnorodność brzmienia gdzie wschodnia tradycja spotyka zachodni postęp. Jednakże jest to dla mnie krążek nierówny i nie każdy utwór po prostu działa na mnie tak samo. Ocena: 6/10.

caveNick Cave And The Bad Seeds – Push The Sky Away. Australijski zawadiaka powraca po 5 latach przerwy z bardzo udanym materiałem. Nastąpiła jednak istotna zmiana w zespole Cave’a – odszedł Mick Harvey. Brak multiinstrumentalisty, jednego z założycieli zespołu nie wypłynął jednak diametralnie na wydźwięk całości. „Push The Sky Away” to piękna, poetycka płyta. Nick Cave mało tutaj śpiewa, raczej melorecytuje. Po raz kolejny zachwyca swoich fanów kapitalnymi tekstami, które spokojnie można by wydać jako tomik poetycki. Natomiast same melodie są powolne, momentami usypiające. Są jednak na płycie chwile, gdy Cave porywa tak jak w podniosłym „Higgs Boson Blues” czy też w „Jubilee Street„. Australijczyk nie traci tempa i dodaje do swojej dyskografii kolejną pozycję, którą warto znać. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

rasmentalism_zamlodziRasmentalism – Za Młodzi Na Heroda.ogarnij płytę Rasmentalism, najlepsze polskie rapsy w tym roku” od tego zdania rozpocząłem swoją przygodę z najnowszym LP od Rasmentalismu. W odróżnieniu od drugiej najlepszej polskiej rap płyty, czyli „Czarnej Białej Magii” krążek nagrany przez lublinian jest bardziej kolorowy i radosny. Już od pierwszego kontaktu z „Za Młodzi na Heroda” zachwyca nas produkcja na wysokim poziomie. Beaty od Menta są nowoczesne i porywają. Większość mc rapuje do podkładów nagranych na „jedno kopyto”. Tutaj każdy beat ma swoje cechy charakterystyczne. Natomiast użyty keyboard przywołuje na myśl ostatnie produkcje od El-P. Z drugiej strony jest Ras, który odpowiada za stronę liryczną. Propsuje kapitalne teksty z „Niebomby” czy też „Umarł Król, Niech Żyje„. Ulubiona linijka to chyba: „W ogóle rap to jakiś nordic walking, nikt nie wie o co chodzi, ale wszyscy idą w to”. Jednakże trafiają się słabsze momenty jak „Buty z Betonu” w którym swoją zwrotkę ma Eldo. Generalnie jest to jedna z najlepszych polskich płyt 2013 roku. Mimo, że w internecie przelała się fala hejtów mówiąca, że jest to muzyka dla studentów to uważam, że polski rap mocno potrzebował takiego albumu. Ocena: 7/10.

Sky-Ferreira-Night-Time-My-TimeSky Ferreira – Night Time, My Time. Z Sky Tonią Ferreirą wiązałem ogromne nadzieje. Już w 2010 roku zasłuchiwałem się w jej „One„. Co roku dopieszczała swoich fanów fajnymi EP-kami i kapitalnymi singlami. Co prawda zeszłoroczna była taka sobie, ale miała „Everything is Embarrassing„. Natomiast debiutancki album jednak nie porywa tak jak to sobie wyobrażałem i przyznam, że troszkę jestem rozczarowany. Oczekiwałem prawdziwej indie-popowej bomby z kapitalnymi syntezatorami i innymi bajerami. Otrzymałem natomiast krążek, który w maksymalnym stopniu eksploruje lata 80. Jest gitarowo, jest sporo syntezatorów i czuć w tym wszystkim przetarte dżinsy i zapach starej tenisówki. Jednak poprzednie single Sky miały ten urok, potrafiła urzec. Tutaj tego nie potrafi zrobić. A szkoda bo potencjał jest spory a w momencie kiedy Uffie pasuje pojawia się ogromna dziura do zapełnienia. Ok narzekam, ale tak na prawdę nie pisałbym o tym LP gdyby było totalnie do bani. Jest to dobra płyta, ma swoje momenty takie jak: „24 hours” czy też „Love In Stereo„. Jednak Sky Ferreirę stać na więcej i wcale nie musi pokazywać cycka by to udowodnić. Ocena: 6/10.

Posłuchaj

OFF Festival 2013

offKolejna edycja OFFa już za nami a co za tym idzie pora podsumowań. Dla mnie to była już szósta przygoda z festiwalem organizowanym przez Artura Rojka lecz dopiero pierwsza w pełnym czterodniowym wymiarze. Jak było tym razem?

Before Party:

Na Before Party udałem się do Katowickiego Centrum Kultury. Wybrałem opcję najbardziej optymalną, ze względu na to, że w tym roku niestety Artur Rojek nie wcisnął w czwartkowe imprezy żadnej perełki, której nieobejrzenie zrywałoby mi sen z powiek jak miało to miejsce w latach wcześniejszych. Początkowo myślałem, że impreza odbędzie się na scenie przed budynkiem jednak po chwili odkryłem, że blisko dwu godzinny spektakl będzie miał miejsce w środku w sali z miejscami siedzącymi. Taka sceneria była odpowiednia do kameralnych i akustycznych występów A Band of Buriers i Patricka Wolfa. Poza tym możliwość oglądania na siedząco pozwoliło mi na większe skupienie po mocno męczącym i zabieganym dniu. A Band of Buriers zaprezentowali się całkiem przyzwoicie. Byłem zaciekawiony jak zabrzmi na żywo mieszanina angielskiego folkloru z poetycznymi, rapowanymi tekstami wokalisty. Zespół składający się z gitarzysty, perkusisty, skrzypaczki, klawiszowca oraz dwu-osobowego żeńskiego chóru pomimo widocznej niskiej średniej wiekowej zaprezentował się mocno dojrzale i profesjonalnie. Jednakże punktem centralnym był James P. Honey, który momentami pozwalał sobie na mały freestyle. Utwory z zeszłorocznego „Flith” brzmiały znacznie ciekawiej, zwłaszcza „Slides by”. Czekam na dalsze wieści o tym zespole.

Niecałą godzinę później zaprezentował się „gwiazdor” dnia, czyli Patrick Wolf. Koleś o nieokreślonej płci, ubrany w dziwne sukienko-spodnie ma całkiem sporą grupkę fanów w Polsce, która widoczna była również na koncercie. Towarzyszyła mu skrzypaczka oraz akordeonista, którzy momentami opuszczali scenę by Wolf mógł błyszczeć pełną mocą. Niestety nie było czuć chemii pomiędzy nimi. Sam występ był nudny jak flaki z olejem a ciekawie zrobiło się dopiero gdy Wolf zapomniał tekstu piosenki (specjalnie?). Pod koniec zrobiło się nawet śmiesznie, gdy pozwolił jednej z fanek śpiewać swoją piosenkę a chwile później czteroosobowa grupka robiła chórek. Było to show, którego niestety nie jestem odbiorcą.

Dzień I

Pierwszy dzień plenerowych zmagań rozpocząłem od koncertu wyczekiwanego przeze mnie Mikala Cronina. Niestety wczesna, jeszcze gorąca pora nie pozwalała mi wejść do dusznego namiotu Trójki. Mimo to sam koncert odbieram pozytywnie, było rockowo i po kalifornijsku. Cronin grał głównie piosenki z ostatniego albumu „MCII” dlatego nie zabrakło jego największych hiciorów takich jak „Weight” czy też „Change”. O 19:40 dotarłem pod scenę główną by zobaczyć Cloud Nothings. Autorzy chyba najlepszej indie rockowej płyty zeszłego roku dali występ pełen energii. Zagrane na żywo „Stay Useless” czy też „Fall In” zabrzmiały równie dobrze jak na płycie. Nie jestem pewien czy pojawiły się starsze piosenki gdyż setlista wydawała się mocno krótka. Trochę więcej się spodziewałem po kończącym koncert „Wasted Days”, który został rozciągnięty do granic możliwości byle tylko wypełnić do końca czas zaplanowany na występ grupy z Cleveland. Straciła przez to ta niezwykła piosenka swoją dynamikę i pazur.

wodeckiO 21:50 miał się zacząć koncert dnia i chyba całego Offa. Zbigniew Wodecki i grupa Mitch&Mitch odkurzyli materiał sprzed 37 lat. Chodzi o debiutancką płytę Wodeckiego o której sam autor nawet zapomniał, a szkoda bo to kawał dobrej muzyki, która przy mitchach dostała nowych kolorów. Sam Wodecki był w dobrej formie, jego wygląd nie zmienia się od lat a postawa wzbudzała tylko sympatię. W tłumie można było usłyszeć podśpiewki dwóch największych szlagrów Wodeckiego jednak po tym historycznym koncercie ludzie zapamiętają kolejną, odegraną na bis „Rzuć to wszystko co złe” z sielankowym na na na na na. Sprawdziłem również w jakiej formie utrzymują się Brytyjczycy z The Pop Group. Niestety zarówno jak na płycie tak i na żywo nie przekonali mnie do siebie. Dzień zakończyłem z gwiazdą dnia, czyli The Smashing Pumpkins. Grupa co prawa swoje lata świetności ma za sobą, jednak w ostatnim czasie odżyli za sprawą albumu „Ocenia”. I to z najnowszego krążka piosenki brzmiały najlepiej, zwłaszcza „Panopticon” czy też „Violet Rays”. Niestety sami muzycy nie porwali ogromnego tłumu a klasyczne utwory takie jak „Tonight, Tonight” nie były tak epickie jak by mogły być.

Dzień II

Drugi dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem nieco później niż chciałbym. Niestety przez afrykańską temperaturę odpuściłem występ Trupa Trupa i załapałem się jedynie na końcówkę występu Bisza. Po szybkim ogarnięciu tematu spostrzegłem się, że załapałem się na ich najlepsze piosenki, które zostawili na koniec. O 17:00 na scenie leśnej rozpoczął się koncert jednej z najciekawszych rodzimych formacji – Ul/KR. Niestety to nie była właściwa pora i właściwa scena dla tego typu koncertu. Ludzie szukali cienia a cała psychodela znana z ich debiutanckiej płyty gdzieś się rozproszyła w suchym powietrzu. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało wieczorową porą w jednej z namiotowych scen, które mogłyby stanowić imitację zadymionego klubu. O 17:50 stawiłem się pod sceną główną, gdzie swój wystąp miało nowe oczko w głowie Sub Popu – Metz. Na każdej edycji Rojas stara się zaserwować nam coś hardkorowego i pod tym względem grupa nie zawiodła. Dla tych, którym było mało obiecali wrócić na jesień do Polski. Następnie udałem się na długo oczekiwanego w Polsce Jensa Lekmana. Niestety pojawił się ten sam problem, zła pora, zła scena. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej, przy zachodzącym słońcu i pełnym akompaniamencie muzycznym. A tak dostaliśmy uroczy acz odegrany w połowie z kasety występ Lekmana w dusznym namiocie w piknikowej atmosferze (co akurat nie było takie złe). Szwed zaserwował nam mieszankę nowych utworów i tych z „Oh You’re so silent Jens”. Fanki nie czuły się zawiedzione. Kolejny występ tego dnia to The Walkmen grający na głównie. Po ich ostatniej, nudnej płycie spodziewałem się, że nie za wiele się wydarzy na scenie. I nie zawiodłem się. Kulminacyjny moment to odegrany gdzieś w środku „The Rat” a reszta koncertu była mocno przewidywalna aczkolwiek na swój sposób wciągająca za sprawą frontmana. Dla fanów zimnego i eleganckiego grania koncert mógł być nie lada gratką, niestety ja takiej muzyki słucham już coraz mniej.

walkmenGrający zaraz po amerykanach Skalpel był jedynym zespołem, którego wcześniej nie słuchałem. W tym miejscu muszę się wyspowiadać przed wami, że moja tegoroczna forma jest fatalna. Chodziłem na koncerty tylko tych, których wcześniej znałem. Przez cały festiwal nie poznałem niczego nowego oprócz wspomnianego Skalpela. Shame on me. Wracając jednak do polskiej grupy grającej psychodeliczną elektronikę to muszę przyznać, że był to występ miły zarówno dla oka jak i ucha. Wspaniałe wizualizacje z fragmentami filmów i teledysków grupy ciekawiły i dodawały kolorystyki, natomiast muzyka wprowadzała w trans. Był to spektakl nie gorszy od koncertów Kraftwerk. Ostatni koncert dnia to Godspeed You! Black Emperor. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że co roku reprezentanci post-rocku stanowią najważniejsze ogniwo line-up, jednak osobiście wolałbym więcej różnorodności przy doborze gwiazd dnia. Koncert GY!BE z pewności nie należał do najładniejszych do oka. Liczna grupka muzyków skryła się w ciemności sceny a do fanów dochodziły jedynie, potężne dźwięki z ich najnowszej płyty. Nie mam pojęcia ile zagrali utworów (ciężko było ogarnąć kiedy kończy się jeden a zaczyna drugi), ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Mimo, że jak dla mnie brzmiało to zbyt cicho (wiadomo rekord głośności zarezerwowany był dla MBV) to mocno podobał mi się ten występ, który był idealnym zwieńczeniem tego gorącego i męczącego dnia.

Dzień III

Ostatni dzień offa zapowiadał się najbardziej hardkorowo pod względem must see. Maraton rozpocząłem od występu grupy Gówno na scenie Głównej. Wcześniejszy trening przed offem dużo pomógł punk-rockowcom, gdyż zagrali bardzo dobry koncert. Pod sceną zebrała się wierna grupa ultrasów Gówna a muzycy natomiast zrewanżowali się czystym punkiem. Maciej Salamon utrzymywał dobry kontakt z widownią a jego ironiczne wstawki wzbudzały uśmiech. Nie zabrakło mgły smoleńskiej, ale i uwag o polskiej młodzieży, która potrafi tylko pisać posty na facebooku. Grupa zagrała materiał z debiutu oraz ostatniej płyty „Czarne Rodeo”, szkoda tylko, że zabrakło rodeo punka na koniec. Aha wokalista wystąpił w koszulce The Kurws, Rojas wiesz co robić. Pięć minut po Gównie występował kolejny ciekawy polski projekt o nazwie Rebeka. Muszę przyznać, że utwory z „Hellady” znacznie lepiej zabrzmiały na żywo niż na albumie. Co prawda każdy w tym momencie szukał cienia w drzewach mimo to był to jeden z najlepszych występów, które widziałem na scenie leśnej. Kolejny występ to spore rozczarowanie. Mowa o Autre Ne Veut. Czekałem na ten koncert szczególnie, gdyż dobrego r’n’b jak i hip-hopu na offie wiecznie nie wiele. Niestety było tak sobie pomimo, że leciały same hity z „Anxiety”. Artur Ashin co prawda dał popis wokalny jednakże nie potrafił rozruszać widowni do tańca. Poza tym na minus wpłynęły: zerowy kontakt z publiką, zaduch namiotu no i muzyka w 90% puszczona z taśmy, oj nie podoba mi się to. Zdecydowanie lepiej by to wyglądało na leśnej wieczorem przy pełnym zespole i efektownych światłach.

Molesta_OFF_Festival_bede_6205921Po Autre Ne Veut powróciłem na Scenę Leśną gdzie miał wystąpić zespół, który uratował muzykę gitarową. Oczywiście chodzi o kanadyjski duet Japandroids dla którego był to ostatni koncert na europejskiej trasie. Chłopaki udowodnili, że przy akompaniamencie samej gitary, perkusji i dwóch ryczących ryjów można zrobić niezłe rockowy rozpiździel. Setlista złożona z kawałków z ostatniej płyty i kilku starszych urozmaicona została pod koniec wstawką „Enter Sandman”. Nie zabrakło potu, pogo, gitarowych i perkusyjnych solówek. Ogólnie czad, gdybym był młodszy pewnie bym skakał pod barierkami. Po Kanadyjczykach na Scenie Głównej wystąpiła grupa Molesta, która miała odegrać swój debiutancki album „Skandal”. Warszawiacy dali jeden z najlepszych występów całego festiwalu. Album zagrany został w całkowicie nowej aranżacji przy pełnym zespole (była nawet trąbka!). Natomiast Pele, Włodi i Vienio rozbujali widownie i nawet mieli przy jednym utworze pogo. Próbowali zaśpiewać „Długość Dźwięku Samotności”, utrzymywali ciągły kontakt z publiką i byli w ciągłym ruchu. Przy odgrywaniu „Sztuki” w stronę sceny poleciały staniki (Pierwsze od 17 lat!). Nie jetem pewien czy zagrali wszystkie utwory ze „Skandalu„, gdyż grali je w innej kolejności niż ta na albumie. Pojawiły się natomiast inne utwory takie jak „Muzyka Miasta” czy też „Wszystko wporzo”. Po ciągłym machaniu ręką nie miałem sił by tłoczyć się na scenie eksperymentalnej podczas występu Thee Oh Sees. Jednakże nie mogłem odpuścić tego koncertu dlatego też przybrałem wygodną pozycję w oddali przed namiotem. Zaczęli mocno od utworów z ostatniego LP, było głośno i energicznie, czyli tak jak miało być. Zespół miał grać równą godzinę, jednak opuścił scenę po około 40 minutach (pomyłka czy celowo?). Wrócili jednak by dograć resztę czasu ja jednak już myślami byłem przy kolejnym występie na scenie głównej. Deerhunter zaczął mało ciekawie, mrocznie. Na szczęście rozkręcili się a Bradford Cox nabrał smiałości i nawet się rozgadał. Zdissował ruskich nas natomiast pochwalił za otwartość. Cieszymy się bardzo i zapraszamy ponownie! Setlista zawierała wszystko to co chciałem usłyszeć. Nie zabrakło genialnego „Desire Lines”, pocieszającego „Don’t Cry” czy też utworów z ostatniego longplaya „Monomonia”. Najlepsze jednak było na końcu, gdzie zaserwowali istny muzyczny szał. Po tym występie pomimo ogromnego zmęczenia chciało się więcej.

mykki blancoPo jedynej w tym dniu przerwie udałem się pod namiot gdzie miał wystąpić Mykki Blanco. W zamiarze miało być jedynie 20 minut by zdążyć przynajmniej na godzinę z gwiazdą całego festiwalu – My Bloody Valentine. W namiocie spędziłem jednak więcej czasu i były to najdziwniejsze minuty mego życia. Pierwsze dwa utwory odegrane przez innego rapera (również o niepewnej płci) miały rozgrzać przed występem Blanco. Nim to jednak nastąpiło na scenie pojawiła się dziwna czarnoskóra postać o niezidentyfikowanej płci ubrana w białą szatę i umalowana na biało. DJ w tym momencie puścił jakieś dwie przeróbki starych hitów? Nie jestem pewien. Postać ta natomiast świeciła dziwnym jasnym światłem prosto z jamy ustnej i dłoni! Wyglądała przerażająco niczym zombie i jednocześnie było w tym coś pasjonującego. Po tym pokazie pokazał się Mykki Blanco. Rapował, fristajlował, zagadywał, biegał w scenie w dziwnych białych majtach z podwiązkami? Co chwilę poprawiał długie, czarne rozpuszczone włosy. Koleś jest nie przewidywalny jednak przy jego „Wavvy” czy też „HazeBoogie” wszyscy dobrze się bawili. A zainteresowanie było ogromne, namiot wypełnił się po brzegi (Czego się nie spodziewałem ze względu na równocześnie grające MBV). Nie obejrzałem tego występu do końca gdyż chciałem zobaczyć druga połowę występu Irlandczyków. Na My Bloody Valentine faktycznie było głośno. W odróżnieniu do GY!BE Kevin Shields i ekipa postawili na światła i wizualizacje, szkoda tylko, że okazali się drętwiakami zakazując robienia zdjęć. Nie można odmówić im profesjonalizmu, na scenie wyglądali dobrze i energicznie. Odegrali najlepsze kawałki z legendarnego „Loveless” z „Only Shallow” na czele. Nie zabrakło także piosenek z ostatniej, nowej płyty „M B V”. Mimo to nie powalili mnie na kolana i zacząłem trochę żałować, że nie zostałem na Mykkim Blanco do końca. Zwłaszcza, że ten pod koniec występu rzucił się w tłum i stracił swoją cenną perukę! Z resztą raper został w
Polsce na dłużej, gdyż na jego profilu Facebook’owym można zobaczyć jak świetnie się bawił w stolicy. W ten sposób zakończyłem swoją przygodą z kolejną edycją Off Festiwalu.

Podsumowanie

Podsumowując Offa należy na pewno wyróżnić ogromną różnorodność występujących artystów i fakt, że festiwal ten jako jedyny w Polsce i nieliczny na świecie dyktuje pewne trendy w muzyce. Dzięki tej edycji poznaliśmy kapitalny debiut Zbigniewa Wodeckiego, który nie jest dla większości z nas jedynie kolesiem od Tańca z Gwiazdami i Pszczółki Mai. Na duży plus zasługuje pomysł organizacji spotkań z artystami w strefie Converse. Były one ciekawe i dodają festiwalowi uroku, gdyż nie jest to już tylko wyłącznie impreza gdzie pije się piwo i słucha muzyki. Kolejny mega plus za dobór filmów. Dzięki offowi poznałem zapomniany polski film z 1929 roku „Mocny Człowiek”. Poza tym na „plaży” można było także zobaczyć „Nóż w Wodzie” Polańskiego. Filmy były także wyświetlane na scenie leśnej, jednakże nie miałem okazji tego zobaczyć ze względu na późną porę pokazów. Po raz kolejny Kawiarnia Literacka kusiła dobrym doborem pisarzy i poetów a cała Dolina była obwieszona różnymi plakatami, które przykuwały uwagę na dłużej niż 2 sekundy. Na koniec pochwał chciałbym pochwalić Rojka za lepszy dobór polskich artystów. Pojawiły się ciekawe, rodzime debiuty takie jak: Trupa Trupa, Drekoty, Gówno, Rebeka czy też wyjadacze tacy jak wspomniany Wodecki, Skaplel i Molesta. Kiedyś był z tym problem bo notorycznie widziano te same polskie twarze z CKOD, Hey, Janerką na czele. Jest jeszcze wiele ciekawej polskiej muzyki, która zasługuje na pokazanie światu.

Teraz trochę zażaleń. Na początku chwaliłem festiwal za różnorodność, jednakże boli mnie nacisk na muzykę gitarową z post rockiem na czele. Scena główna przeważnie zarezerwowana jest na rockowych wyjadaczy a w moim odczuciu należałoby dać szansę więcej ilości młodym kapelom, które coś aktualnie wnoszą.  Poza tym za mało hip-hopu i r’n’b. Koncert Molesty i Mykki Blanco pokazał, że zainteresowanie tą muzyką jest coraz większe. Ogromny minus za nagłośnienie. To co działo się na Deerhunterze i Moleście nazwałbym Skandalem. Sprzęgało, szumiało, nie działały mikrofony. Na GY!BE było cichutko,  na innych scenach też ten dźwięk nie raz brzmiał nie tak jak powinien. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale skoro taki nagłośnieniowy laik jak ja słyszy, że nie jest dobrze to znaczy, że chyba coś zawiodło. Poza tym kwestie organizacyjne, pierwszy dzień to był jakiś koszmar. Kolejki po odbiór internetowego biletu, zacinające się karty zbliżeniowe, problemy na polu namiotowym (nie byłem, ale słyszałem narzekania) czy też problem z dostaniem się do jedzenia to najpoważniejsze przeszkody. Poza tym czy w tak upalne dni ta butelka z wodą jest tak ogromny niebezpieczeństwem dla uczestników? Dobrze chociaż, że strażak polewał wodę z hydrantu, dawało to ulgę. Mimo ogromnego zmęczenia festiwalem jestem zadowolony. To świetna okazja by poznać ciekawych ludzi, posłuchać dobrej muzyki i mile spędzić czas z najbliższymi. Za rok na pewno będę też.