Podsumowanie dekady. Najlepsze płyty z lat 2011-2020 część 1

Okazuje się, że w swojej ponad 10 letniej działalności blogerskiej, nigdy nie stworzyłem listy podsumowującej dekadę. Głównym powodem jest z pewnością fakt, że blog powstał w 2007 roku i ciężko byłoby się cofnąć o 7 lat, gdy było się jeszcze dzieckiem by pisać o takich płytach jak „Kid A„, „Verspertine” czy też „The Glow Pt.2„. Nie mniej nadrabiam teraz tą zaległość podsumowując minioną dekadą. Lata 2011-2020 to okres, który dość dobrze ogarnąłem pod kątem muzycznym. Jednak nie mam zamiaru bawić się w ustawianie płyt na poszczególnych miejscach. Szczerze to absolutnie nie wiem co miałoby być moim numerem jeden i boję się, że różnica pomiędzy podium a miejscami takimi jak chociażby 13, 27 czy 32 byłaby znikoma a może i zerowa. Dlatego postanowiłem na wyróżnienie 60 tytułów, które uważam za najlepsze z mijającej dekady. Ta lista to esencja muzyki z tego okresu, którą powinno się znać.

A$AP Rocky – AT.LONG.LAST.A$AP (2015). Rakim Nakache Mayers, znany szerzej jako A$AP Rocky przeszedł w minionej dekadzie ciekawą drogę rozwoju. Debiutował kapitalnym mixtape’em „Live. Love. A$AP” w 2011 roku. Dwa lata później ukazał się pełen hitów debiut „LONG.LIVE.A$AP„. Jednak dla mnie najlepszym jego krążkiem jest wydany w 2015 roku „AT.LONG.LAST.A$AP„, który dopełnia trylogię. To najbardziej dojrzały i przemyślany album w jego karierze. Pod względem produkcyjnym oraz zwrotek Rakima przewyższa resztę. Poza tym do współpracy zostali zaproszeni ciekawi goście w postaci Roda Stewarta, Miguela, Marka Ronsona, Lil Wayne’a czy też Kanye Westa.

Arctic Monkeys – AM (2013). Co prawda arktyczne małpy już od dłuższego czasu przechodził metamorfozę. Już w 2009 roku za sprawą Josha Homme’a nabrali cięższego brzmienia na albumie „Humbug„. Pewnego rodzaju kontynuacją było „Suck It and See” wydane dwa lata później. Doskonałość przyszła dopiero na „AM„. Brytyjczycy tutaj ładnie połączyli gatunki od black metalu po bardziej taneczne rytmy soulu czy też R’n’B. Melodie Velvet Underground połączyły się z riffami Black Sabbath, a całość została dopieszczona różnymi detalami jak choćby chórki Josha Homme’a, który stwierdził, że to „mocno taneczny i seksowny album”. Longplay z 2013 roku stał się nowym otwarciem dla grupy, który porzucił łatkę indie rockowej gwiazdy z epoki New Rock Revolution na rzecz ulizanych fryzur, motocykli i skórzanych kurtek oraz grania uwodzicielskiego rocka.

Beyonce – Lemonade (2016). Miniona dekada była mocno owocnym czasem dla żony Jaya Z. Zarówno „4” jak i „Beyonce” to fajne krążki, ja jednak postawiłem na „Lemonade” wydane w 2016 roku. Artystka ponownie śpiewa o czarnym feminizmie oraz o problemach Afroamerykanek. Muzycznie sampluje folk oraz łącząc ze sobą bluesa z r’n’b. Na płycie świetnie się odnaleźli zarówno Jack White jak i Kendrick Lamar oraz James Blake. Można prywatnie nie lubić małżeństwa Curtisów, lecz trzeba przyznać, że Beyonce jest jak wino. Im starsza, tym lepsza.

David Bowie – Black Star (2016). Ta płyta to niezwykłe i idealne pożegnanie się z Światem Davida Bowiego. No cóż, artysta nietuzinkowy, naznaczony przez kosmos zafundował niespotykane doznania swoim fanom i nie tylko. Nie jest to z pewnością jego najlepsza płyta w dyskografii, lecz trzeba zaznaczyć, że jedna z najważniejszych. 2 dni po premierze „Black Star” David Bowie nie umarł, lecz powrócił do swojego Świata. Oczywiście miało to największy wpływ na popularność krążka, ale dla mnie i tak byłby numerem jeden tamtego czasu. Ostatni materiał Bowiego zgromadzony na tym wydawnictwie potrafi sam się obronić.

Car Seat Headrest – Twin Fantasy (2018). W sumie ciekawa sprawa z tym albumem. Pierwotnie ukazał się w 2011 roku, jednak zespół dzięki niemu nie zrobił kariery a sam krążek zaginął w czeluściach internetu. W 2016 roku za sprawą „Teens of Denial” o grupie z Leesburg w stanie Virginia zrobiło się głośno. W zasadzie stali się nowymi gwiazdami indie rocka i ulubieńcami Pitchforka. Dlatego też przypomnieli sobie o zapomnianym już krążku „Twin Fantasy” i postanowili go odświeżyć. Był to oczywiście strzał w dziesiątkę, gdyż materiał na „Twin Fantasy” okazał się na tyle dobry, że o zespole ponownie zrobiło się głośno. Wspaniały, energiczny i wciągający indie rock zachwyca niczym Modest Mouse czy Pavement za swoich najlepszych lat.

Cloud Nothings – Attack On Memory (2012). Pozornie to tylko 8 utworów, ale ile w tym energii. Grupa z Cleveland w Ohio na wysokości swojego trzeciego albumu osiągnęła doskonałość. „Attack On Memory” to najlepsza rzecz jaka się przytrafiła muzyce gitarowej w minionej dekadzie. Mocne, punkujące brzmienie zahaczające momentami o screamo-hardcore to nie muzyka o którą można by ich podejrzewać, gdy zobaczymy jak chłopaki prezentują się na co dzień. Pozory mylą, bo kolesie ostro dają czadu. Dalsze ich albumy były również udane, ale nigdy więcej nie osiągneli tego samego poziomu co na krązku z 2012 roku. Dlatego też jest tak unikalny. Aha, wspominałem, że nagrali wspólną płytę z Wavves? Każdy kto ma sztamę z Nathanem Williamsem, ma ją też z ekipą Paweuu Alternativ Blog.

Chance The Rapper – Coloring Book (2016). Chancelor Johnathan Bennett znany jako Chance The Rapper może uznać za minioną dekadę za udaną. Od momentu ukazania się jego pierwszego mixtape’u „10 Day” w 2012 roku u rapera słychać był nieustanny wzrost formy. Wydany rok później „Acid Rap” zwrócił wszystkie oczy środowiska na jego osobę, jednak to „Coloring Book” z 2016 wydaje mi się jego najbardziej kompletnym materiałem. Jak sugeruje nazwa jest tutaj kolorowo, zwłaszcza od zestawu gości, którzy się udzielają: Kanye West, Lil Wayne, 2 Chainz, Young Thug, Future czy też Justin Bieber. Jednak na to, że widzimy różne barwy słuchając tego krążka miał  największy wpływ dźwięk podkładów. A te są świetne. Umiejętne samplowanie plus rozbudowana produkcja tworzą wysokiej jakości produkt, który został doceniony przez krytyków i fanów.

Chromatics – Kill For Love (2012). Zespół z Portland w minionym wieku to ulubiona pożywka dla twórców filmowych i serialowych. Piosenki Chromatics usłyszeliśmy m.in. w „Drive„, „Taken 2„, „Bates Motel„, „Mr. Robot„, „Gossip Girl” czy też „13 Reasons Why„. David Lynch poszedł nawet o krok dalej i w nowym sezonie Twin Peaks, Ruth Redelet z ekipą występowała na żywo na scenie The Bang Bang Bar. Słuchając „Kill For Love” nie mam żadnych wątpliwości dlaczego tak się dzieje. Hipnotyczna, momentami psychodeliczna a zarazem melodyjna muzyka zespołu idealnie pasuje do klimatycznych ujęć filmowych. Album z 2012 roku to idealny soundtrack zarówno do samotnych, nocnych przejażdżek samochodem jak i spotkań przy piwie. Zespół zgrabnie tutaj miesza elektroniczny synth-pop z elementami dream popu i indie rocka. Nikt w minionej dekadzie nie grał tak klimatycznie muzykę electro od przedstawicieli wytwórni Italians Do It Better.

D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah (2014). Michael Eugene Archer nie rozpieszcza swoich fanów. Jego muzyczne wydawnictwa ukazują się raz na dekadę, jednak jak już się ukażą to są to SZTOS ALBUMY. „Black Messiah” w mojej ocenie był najlepszym longplayem 2014 roku. Pulsujące rytmy R’n’B łączą się z niesamowitym wokalem D’Angelo. Już pierwsze dźwięki „Ain’t That Easy” sugerują, że mamy do czynienia z czymś wielkim. I tak jest w rzeczywistości bo „Black Messiah” to płyta wybitna i ważna dla gatunku. Mam nadzieję, że na kolejny krążek artysta nie będzie kazał czekać 14 lat! Jednak jeśli miałby być takim samym złotem, to mogę czekać kolejną dekadę.

Deafheaven – Ordinary Corrupt Human Love (2018). Nikt tak nie grał w minionej dekadzie blackgaze jak właśnie grupa z San Francisco. Co prawda na pomysł połączenia black metalu i shoegaze był Neige, jednak to amerykanie udoskonalili gatunek do perfekcji. Równie dobrze w tym miejscu mógł się znaleźć krążek „Sunbather” czy też „New Bermuda„, ja jednak postawiłem na OCHL z prostego powodu – żadnej innej płyty grupy nie wałkowałem tak często jak właśnie tej z 2018 roku. George Clark i epika na omawianym longplayu raz rozpierdzielają głośniki za sprawą takich utworów jak „Honeycomb” czy też „Canary Yellow„, a raz wprowadzają w błogi stan przy pomocy „Worthless Animal” czy też „Near„. Dla mnie to idealna mieszanka emocji, dzięki której otrzymujemy blisko godzinny seans gitarowej poezji.

Destroyer – Kaputt (2011). Na wysokości dziewiątego krążka Dan Bejar i ekipa osiągnęli swoje opus magnum. Krążek „Kaputt” dziesięć lat temu był jednym z najmocniej hajpowanych dzieł w świecie muzycznego niezalu i indie rocka. Hajp właściwy, gdyż jak widzimy po upływie dekady płyta jest dalej ceniona. Co prawda kanadyjska grupa za sprawą „Have We Met” z 2020 roku ponownie potwierdziła, że w rejonie robienia indie-popowych produkcji, jednak to „Kaputt” było kamieniem milowym w ich twórczości.

Drake – Take Care (2011). To była zdecydowanie dekada Aubreya Grahama. 5 długograjów, 2 kompilacje, 2 EP-ki i 4 mixtape’y – robi wrażenie, prawda? Niestety ilość nie zawsze idzie z jakością. Na szczęście teza ta nie tyczy się drugiego albumu rapera, który uważam za jego opus magnum. Raper z Kanady daje tutaj popis przede wszystkim dzięki swoim raperskim smętom, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Wystarczy się wsłuchać w te emocje w „Marvins Room” czy też „Shot For Me„. To także zdecydowanie najlepsza płyta Grahama pod względem podkładów muzycznych. Świetne, wciągające i klimatyczne beaty robię robotę.

Drake – Nothing Was The Same (2013). To prawdopodobnie najbardziej singlowa i hiciarska płyta rapera z Toronto. Wystarczy rzucić okiem jakie klasyki tutaj się znalazły: „Started From the Bottom„, „Hold On, We Are Going Home” czy też „Worst Behavior„. Album Drizzego robi wrażenie. W 2013 roku był to mój numer 1 jeżeli chodzi o wydane krążki. Teraz bym płytę umieścił nieco niżej, ale wciąż na tyle wysoko by o niej wspomnieć w moim podsumowaniu dekady. Ta muzyka po prostu na to zasługuje.

Drake – If You’re Reading This, It’s Too Late (2015). Każde nowe wydawnictwo od Drake’a to wydarzenie, wiadomo. Jednak jak popatrzę na sprawę szerzej, to ostatni raz tyle sprzecznych emocji oraz uzasadnionych zachwytów wywołał w 2015 roku za sprawą tego mixtape’u. Świetne beaty, jeszcze świetne wersy Grahama. To wszystko na tym 17-trackowym wydawnictwie. W pewnym sensie była to nowa, świeża odsłona rapera, która w tej skali już nigdy się nie powtórzyła.

Frank Ocean – channel ORANGE (2012). Wielu uważa, że to „Blonde” jest albumem ważniejszym i lepszym. Niestety nie mogę się z tym zgodzić z prostego powodu. Bo o ile „Blonde” podobało mi się, to jednak na przestrzeni czasu częściej wracał do „pomarańczowego kanału”. Frank Ocean na tym krążku na nowo zdefiniował muzykę r’n’b i nagrał longplay wyśmienity, ważny i wpływowy. Każda sekunda tego wydawnictwa to miód na moje uszy. Ocean wzrusza, bawi, cieszy serducho i ucho zarazem. Co więcej, gdy go słucham to przypominają mi się pamiętne kawalerskie wakacje 2012 w ŁEBIE, także wiecie – album z podwójnym dnem.

Grizzly Bear – Painted Ruins (2017). Nowojorski zespół indie-rockowy to gwarancja jakości. Moje uwielbienie dla bandu ciągnie się od „Veckatimest„. Wtedy zachwycili mnie po raz pierwszy i robią to za każdym razem, gdy wydają nową płytę. Album z 2017 roku to idealna mieszanka ładnych melodii i ambitnych kompozycji. Ulubiony track z „Painted Ruins„? Zdecydowanie „Three Rings” – tyle fajnych rzeczy tutaj się dzieje. Jednak gdy wsłuchamy się w całość również wyłapiemy wiele różnorodności.

Grimes – Visions (2012). Żona Elona Muska – najbogatszego człowieka Świata miała udaną dekadę. I nie chodzi mi głównie o związek z amerykańskim dżilionerem, próby podbijania kosmosu oraz zakładanie rodziny. Kanadyjka wydała w mijającym dziesięcioleciu sporo dobrej muzyki. Mimo, że więcej czasu spędzałem z „Miss Anthropocene” a wiele kręgów ubóstwia jej „Art Angels” czy też „Halfaxa” to postawiłem na „Visions” od których moja przygoda z tą artystką zaczęła się na dobre. Krążek z 2012 roku cechuje się wyśmienitym doborem singli („Oblivion” czy też „Genesis„), różnorodnością materiału oraz licznymi eksperymentami (standard dla artystki) a także retromanią. Wiecie, że Grimes na tym albumie przeciera szlaki powrotu mody na lata 90? Poza tym lubię sobie wrócić do tego krążka, tak po prostu.

Grooms – Comb The Feelings Through Your Hair (2015). Nowojorski band 6 lat temu udowodnił, że indie rock ma wciąż wiele do zaoferowania. Gatunek ten jest mi bliski, gdyż to od niego wszystko się zaczęło na tym blogu. Dlatego wciąż śledzę muzyczne wydawnictwa, które starają się coś dodać od siebie do tej układanki alternatywnego gitarowego grania. Takie jest właśnie „Comb The Feelings Through Your Hair” od Grooms. Muzyka na płycie jest świeża, ciekawa i wciągająca. Fakt, prochu nie odkrywają, ale też nie jest to odgrzewany po raz któryś kotlet. Brookliński kwintet ładnie tutaj łączy dream-popowe zapędy z rozciągniętym, nieco shoegaze’owym brzmieniem gitar. Jednak z lepszych indie rockowych płyt minionej dekady, to wiem na pewno. Szkoda tylko, że ucichli.

The Horrors – Luminous (2014). Brytyjski band na przestrzeni minionej dekady mocno się rozwinął i pokazał swoją prawdziwą muzyczną wartość. Chłopaki w przyciasnych spodniach wydawali się kolejnym indie rockowym tworzywem, które po nagraniu góra trzech albumów, zawinie się do robienia czegoś innego. Okazało się, że solidnie odrobili lekcje przerabiając tony starej muzyki by nagrać bardzo dobre „Skying„. Jednak to co mieli najlepsze do przekazania ukazało się trzy lata później. „Luminous” to album kompletny, pełen wielu świetnych rozwiązań oraz nawiązujący do różnorakiej klasyki. Chłopaki ładnie poskładali te klocki tworząc album czerpiący pełnymi garściami za równo z popu jak i rocka. Taka też jest ta płyta. Z jednej strony melodyjna, taneczna opata na syntezatorach. Z drugiej natomiast nieco psychodeliczna, gitarowa, transowa.

Iceage – Beyondless (2018). Punkowi nihiliści z Danii zaczynali od mocnego, gitarowego punk rocka na „New Brigade”. Jednak każda ich następna płyta była już znacznie łagodniejsza, dostępniejsza i czerpiąc z różnych wzorów, nie tylko ostrego gitarowego grania. W ten o to sposób dochodzimy do „Beyondless” – najbardziej kompletnej i najlepszej płyty grupy. Czuć tutaj dojrzałość zespołu, który postawił na gatunkową mieszankę nie rezygnując jednak w pełni z punk rockowego podejścia. Generalnie wszystkie ich płyty mi się podobają, z tymże każda w inny sposób. Dlatego warto zapoznać się z ich całą dyskografią.

Idles Joy as an Act of Resistance (2018). Najprawdziwszy punk rock zmartwychwstał! John Talabot ze spółką nagrał jeden z najlepszych albumów gitarowych w 2018 roku. Brytyjczycy z Bristolu idealnie połączyli stary dobry protest song z nutą ironii i angielskiego humoru. Jeżeli chodzi o teksty to podejrzewam, że Idles nie mieli sobie równych w zeszłym roku tamtym czasie. Co więcej jest w tym tyle szczerości, charyzmy i świeżości, że nie pamiętam kiedy ostatni raz zachwycałem się tego typu muzyką. Idles dali mi dużo radości tym albumem i chyba o to w tym wszystkim najbardziej chodziło.

Iza Lach – Krzyk (2011). Do tej pory głowie się, co do cholery stało się z Izą Lach?!? Po wydaniu fenomenalnego albumu „Krzyk„, głośnej współpracy ze samym Snoop Doggiem (Zastanówcie się teraz, który polski artysta współpracował z tego typu gwiazdą) oraz zebraniu wielu nagród dziewczyna po prostu przepadła. Nagrała jeszcze potem innowacyjny album „Painkiller” i …. Słuch o niej zaginął. Nie wydała już nic więcej, a szkoda. Potencjał był ogromny, słychać to zwłaszcza na krążku „Krzyk„. Delikatny głos Izy łączy się tutaj z niezwykłymi kompozycjami popowymi opartymi o brzmienie syntezatorów. Urocze i sentymentalne teksty o niespełnionej miłości są jednymi z lepszych jakie ukazały się na polskim popowym rynku muzycznym w minionej dekadzie. Jednym słowem płyta świetna. Szkoda, że nie doczekaliśmy się kontynuacji…

James Blake – Overgrown (2013). Angielski producent i wokalista tworzył w minionej dekadzie najbardziej innowacyjną muzykę. Już jego debiut z 2011 roku „James Blake” robił furorę w niezalowym świecie. Jednak gdy dwa lata później zaczął podbijać także świat hip-hopu i r’n’b to wiedziałem, że coś się święci. I rzeczywiście tak było. Blake zrewolucjonizował podejście do czarnej muzy a jego śladem poszło wielu artystów. „Overgrown” okazało się kamieniem milowym dla gatunku, a mieszanie rapu z ambitniejszymi dźwiękami nabrało szerszego wydźwięku. Generalnie, miniona dekada była dobra dla hip-hopu, i to głównie dzięki takim płytom jak ta od Jamesa Blake’a.

Jessie Ware – What’s Your Pleasure? (2020). Brytyjska wokalistka już wcześniej wkupiła się w moje łaski dzięki albumowi „Devotion” z 2012 roku. I gdy wydało mi się, że artystka nie nagra już nic więcej wartego na uwagę to odpaliła petardę. „What’s Your Pleasure?” to pop idealny. Taneczny, melodyjny a zarazem ładnie łączący kropki muzycznych nawiązań. Niezwykle istotnie jest uderzenie w rytmy DISCO lat 70, co staje się coraz bardziej popularnym zabiegiem. Ware udowadnia, że można nagrywać ambitnie nie porzucając jednocześnie tej całej kiczowatej otoczki spod znaku Abby i podobnych klimatów.

Kamasi Washington: The Epic (2015). Amerykańskiego saksofonistę można śmiało określić odkryciem dekady. Nim ukazało się omawiane „The Epic” Kamasi Washington wydał swoim własnym nakładem dwa krążki: „The Proclemation” z 2007 i wydane rok później „Light of The World”. Wspomniane płyty nie przyniosły sławy artyście, dlatego też przyjęło się mówić, że „The Epic” jest debiutem artysty. Z całą pewnością jest to najlepsza rzecz jaka wydarzyła się w muzyce jazzowej ostatnich dziesięciu lat. Jest dziko, energicznie, nie przewidywalnie i z pasją. Kamasi Washington wypluwa płuca grając na saksofonie, a to wszystko przy akompaniamencie żwawej perkusji i przyjemnych dźwięków gitary. Wydawnictwo składa się aż z 3 krążków i jest to potężna dawka muzyki, którą można chłonąć bez końca.

King Krule – The Ooz (2017). Kolejna płyta w zestawieniu i kolejny potężny debiut. Archy Marshall, który ukrył się pod pseudonimem King Krule nagrał jedną z najbardziej klimatycznych płyt dekady. „The Ooz” to wędrówka po zamglonych zakamarkach Londynu w porze mocno już nieprzyzwoitej. Longplay z 2017 roku to także nie oczywista mieszanka gatunkowa, gdzie post-punk miesza się z trip-hopem, indie rockiem i punkowym jazzem. Pisząc recenzję tej płyty w czasie premiery, zakładałem, że odciśnie ono swoje piętno w historii muzyki. Tak też było, dlatego czapki z głów przed rudowłosym królem!

Kanye West – Yeezus (2013). Przyznam szczerze, że nie po drodze było mi z Kanye w minionej dekadzie. O ile jest wielkim fanem jego płyt z jeszcze wcześniejszego czasu: „Late Registration”, „808s & Heartbreak” czy też „My Beautiful Dark Twisted Fantasy” to późniejsze wydawnictwa nie urywały dupy. Jednocześnie stwierdziłem, że nie może zabraknąć tak charakterystycznej postaci w moim podsumowaniu. Generalnie wszystkie jego płyty z minionej dekady oceniałem dość podobnie, dlatego postanowiłem wyróżnić tylko jedno dzieło i padło na „Yeezusa” z 2013 roku. Wydaje mi się, że to jego najbardziej innowacyjny i najoryginalniejszy krążek z tego czasu. West rapuje tutaj do surowych, okrojonych w brzmieniu i jednocześnie agresywnych beatów opartych na elektronice. Patrząc na rozmach MBDTF to decyzja by iść w tą stronę nieco zaskakuje. Jednakże gdy zdamy sobie sprawę z tego jaką postacią jest Kanye West to dochodzi do nas to, że w zasadzie to posunięcie było zupełnie naturalne.

Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city (2012). Od tej płyty wszystko się zaczęło. Kendrick Lamar wkroczył dzięki niej do elity hip-hopowego świata, gdzie zajmuje miejsce do tej pory. Genialne linijki opowiadające o życiu w Compton – legendarnej dzielnicy Los Angeles łączą się tutaj z świeżym podejście do beatów. Co prawda ciemną stronę miasta aniołów znamy już z innych płyt jak chociażby „Straight Outta Compton„, jednak czy te historię mogą się znudzić? Nie przesadzę jeśli powiem, że to hip-hopowa czołówka nie tylko zachodniego wybrzeża, ale sięgająca o wiele dalej.

Kendrick Lamar – To Pimp a Butterfly (2015). Udany sequel to rzecz arcy ciężka. Nie wielu ta rzecz się udała. Do nielicznego grona na pewno można wpisać rapera z Compton. Lamar kontynuuje historię rozpoczęte na „good kid, m.A.A.D city” dodając im szerszej perspektywy i rozciągając omawiane problemy szerzej. Muzycznie także rozwinął brzmienie płyty. Sporo tutaj jazzowych klimatów, ale znajdzie się także soul, gospel czy też funk. Pod tym względem Lamar osiągnął perfekcje. Czasami złota zasada sequelu: „Wszystkiego więcej” popłaca, w tym przypadku Kendrick Lamar dał przykład jak robić to idealnie.

Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – Karmelki i Gruz (2011). Ostatnia jak do tej pory płyta zespołu z Świebodzina to rzecz wielka. Owszem, nie jest to krążek wybitny, który zmienia polską muzykę alternatywną na zawsze. Lecz, nie było w minionym innej polskiej płyty, której słuchałbym częściej. Nazwa albumu idealnie go opisuje. Z jednej strony mamy szorstkie, ciężkie brzmienie gitarowe i dość mroczny klimat z drugiej znajdziemy tutaj wiele smacznych cukierków. Zagański i spółka potrafili tutaj zaciekawić i zaintrygować. Szkoda tylko, że tak szybko dopadło ich ŻYCIE i nie nagrali już nic nowego od tamtego czasu. Ja wciąż czekam, jakby co.

 

10 najbardziej pominiętych recenzji płyt na Paweuu Alternativ

1Przez 10 lat mojej blogowej działalności pominąłem oczywiście znacznie więcej wartościowych muzycznych albumów. Gdy tak przeglądałem rok po roku płyty o których śmiało mógłbym napisać, to zauważyłem pewną zależność: Im odleglejszy rok, tym więcej miałem takich zaległości. Wiąże się to oczywiście z faktem, że wiele wspaniałych płyt poznałem dużo później po premierze. I co gorsza ta lista ciągle się poszerza. Niemniej udało mi się wybrać zestaw 10 albumów z każdego roku mojej twórczości o których należałoby wspomnieć.

tigercity2_2Tigercity – Pretend Not To Love (2007). Album ten śmiało można określić esencjonalnym. Każdy utwór z tej EPki to rzecz zjawiskowa i charakterystyczna. „Other Girls” czy też „Solitary Man” to popowe hymny roku 2007. Może i dobrze, że w tamtym czasie nie podjąłem się recenzji tego krążka, gdyż moje wpisy o muzyce z tamtego czasu… nie stały na najwyższym poziomie. Niemniej szkoda, że pokrótce przypominam ten szlachetny i wspaniały materiał. Grupa z Northampton w stanie Massachuttes wspięli się na wyżyny swoich umiejętności. Na „Pretend Not To Love” z daleka wyczuwa się lata 80 i wspaniałe inspiracje Princem czy też Roxy Music, jednak nie one są najważniejsze. Tigercity złapali za serce. Tak po prostu.

lil-wayne-34Lil Wayne – The Carter III (2008). Długo się broniłem przed Lil Waynem. Wydawał mi się wtórny i  zbyt pretensjonalny. Nie rozumiałem fenomenu Pana Dwayne’a Michaela Cartera Juniora. Wiecie, w 2008 roku zasłuchiwałem się w Indie Rocku i nie dopuszczałem do siebie zbyt wiele innej muzyki, zwłaszcza rapsów. Po czasie otworzyłem się na inne gatunki muzyki i zrozumiałem w czym tkwi sekret sukcesu Pana Cartera. W sumie do tej pory uważam go za jednego z lepszych raperów. W pewien sposób to od tej płyty zmienił się kierunek hip-hopu. Twardy, gangsteski rap spod znaku The Game’a czy też X-Zibita został wyparty przez innowacyjny i elastyczny rap Lil Wayne’a. Tą drogą poszli A$AP Rocky, Drake, Future i cała masa raperów, których aktualnie się słucha. Naszpikowane elektroniką beaty mieszają się z charakterystycznym stylem rapu. „The Carter III” jest opus magnum Lil Wayne’a i kamieniem milowym dla współczesnego rapu, dlatego warto wspomnieć o tym krążku.

wladekWładek – MySpace EP (2009).Zbyszek wypił chyba ze dwudziesty kieliszek, Coś mu odjebało i zaczął krzyczeć, strzelił focha i na miasto wyszedł, i zakłócał ludziom nocną ciiiiiiiszę” – Gdy takie coś słychać na tle funku, to musi być to dobre! Do tej pory nie wiadomo kto stoi za projektem Władek. Władek pojawił się nagle w 2009 roku na MySpace (pamięta ktoś ten serwis?) i natychmiast zrobił furorę. Świetne, zabawne teksty z takimi imionami jak Zbyszek, Danuta, Władek, Żaklina czy też Stefan w rolach głównych łączyły się z tanecznymi rytmami funku. Wyjątek stanowił utwór „Kac„, który był o… kacu. Piękna sprawa. Niby dla jaj, ale cała realizacja stoi na wysokim poziomie i słucha się tego wciąż wybornie!

caribouCaribou – Swim (2010). Dan Snaith, kanadyjski matematyk i muzyk to chyba najbardziej pominięta osoba na moim blogu. Zarówno legendarna „Andorra” nie doczekała się recenzji jak i jego następne albumy. Jedynie o „Our Love” udało mi się wspomnieć podczas nadrabiana zaległości z 2014 roku. Co więc mogę powiedzieć o „Swim„? Z pewnością nie był to tak melodyjny i singlowy album jak „Andorra„. Sporo tutaj schematyczności, mroku i transowych odjazdów. Chwytające za serce piosenki zostały zastąpione brudnymi, chaotycznymi odjazdami. Oczywiście już na wcześniejszych krążkach Pan Snaith bawił się z elektroniką. Jednak nigdy wcześniej tak daleko nie odjeżdżał. Należy także zwrócić uwagę na jeden z najlepszych openerów EVER jakim jest „Odessa„. To chyba najmniej przystępny album w dorobku artysty, jednak mimo upływu 7 lat od premiery wciąż do niego wracam.

iza-lachIza Lach – Krzyk (2011). Fenomenalny album łódzkiej wokalistki nie był tak do końca pominięty. W końcu zajął honorowe trzecie miejsce w moim podsumowaniu z roku 2011. Niemniej tak się niefortunnie złożyło, że osobnej recenzji nigdy się nie doczekał. A szkoda, bo słuchałem tego krążka na przełomie 2011/2012 na okrągło. Co można powiedzieć o „Krzyku„? Piękne teksty o niespełnionej miłości mieszają się tutaj z melodyjnymi, elektronicznymi podkładami. Ulubione kawałki? „Futro” – prawdopodobnie najlepszy polski opener ostatnich lat, „Chociaż Raz” – definicja singla idealnego oraz „Nic Więcej” – za refren! Jednak nie sposób nie wspomnieć o poruszającym „Boję się” czy też chwytliwym „Tylko Mój„. Szkoda tylko, że Iza już nie nagrywa takich piosenek!

mykki-blanco-reveals-he-is-hiv-positive-990x650-jpg_1-1Mykki Blanco – Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss (2012). Barwna postać Mykki Blanco gdzieś tam umknęła mi na blogu. Może dlatego, że sam album „Cosmic Angel: The illuminati Prince/ss” nie porywał? Jednak dla samego Pana/Pani Blanco i singli z tego krążka warto wspomnieć o tym wydawnictwie. W końcu swego czasu słuchał tego każdy, nawet katowiccy metale. Nieodżałowane wypady do stolicy województwa i OFF Festiwal 2013 to momenty, które przywołują mi na myśl Mykki Blanco. Bądźmy szczerzy, w domu nie dało się tego słuchać. Jednak jako soundtrack do mocno zakrapianej imprezy? Idealna sprawa! Ma ta płyta swoje momenty a sam Blanco nawet nieźle rapuje, jednak na dłuższą metę (i to na trzeźwo) to nie jest album do słuchania bez końca.

Kurt Vile – Wakin On A Pretty Daze (2013). Niegdyś, gdy byłem młodszy. Trochę bardziej szalony i spoglądający na Świat przez aspekt muzyki to zasłuchiwałem się w indie rocku bardziej energicznym. Niemal punkowym. W stylu Cloud Nothings, Wavves itd. Musiało być tak zwane „pierdolnięcie”. Oczywiście nie chodzi mi o podwójną stopę ani nic z tych rzeczy. Ale musiało być nieco dekadencko, nihilistycznie i z pazurem. Z czasem jednak odkryłem w sobie uwielbienie do spokojniejszych utworów. Takich, które przygrywa Kurt Vile w swoich długich i porywających utworach. Ta stylistyka i ten sposób prowadzenia muzycznej narracji przypadł mi do gustu. Nie wiem czy to kolejny etap w mojej ewolucji czy chwilowe odejście od normy? Jednak nie czuje się muzycznym tatusiem-kapciem, bo Wavves i Cloud Nothings dalej słucham i szanuje \m/

dangeloD’Angelo And The Vanguard – Black Messiah (2014). Jak to się stało, że mój numer 1 roku 2014 nie doczekał się osobnej recenzji. Ba, nie doczekał się żadnej wspominki do momentu podsumowania całorocznego. Trochę wstyd bo „Black Messiah” to nie jedynie najfajniejszy album roku 2014. To krążek już podczas premiery LEGENDARNY. D’Angelo raczej nie rozpieszcza swoich fanów wydawnictwami muzycznymi.  Od momentu debiutu w 1995 roku wydał 3 pełne longplaye, z tym, że na najnowszy trzeba było czekać 14 lat. Na szczęście dla muzyka bardziej od ilości liczy się jakość. I „Black Messiah” to całkowicie potwierdza. Krążek ten to kapitalna mieszanina muzyki R’n’b z wpływami popu i hip-hopu. Świetna, innowacyjna, świeża muzyka łączy się tutaj z wokalnym geniuszem D’Angelo, który po prostu czaruje.

jamie-xx-webJamie XX – In Colour (2015). Jamie XX, czyli członek grupy The XX w całkiem udany sposób nagrywa również solo. O jego bandzie pisałem przy okazji każdej nowej płyty. Jednak o samym Jamiem – nigdy. Co prawda debiut „We’re New Here” nie porwał mnie, jednak „In Colour” zdecydowanie powinien zostać dostrzeżony. W końcu artysta nagrywał ten materiał przez 5 lat! Uwierzcie, że słychać to. Jamie XX skrupulatnie zadbał o każdy szczegół tego krążka. I wiecie co? Opłaciło mu się to, gdyż recenzje miał dobre a i nawet nominacja do Grammy się pojawiła. Dobry kawał elektronicznych dźwięków. Może nie dla każdego, ale warto dać szanse tej płycie.

anohniAnohni – Hopelessness (2016). Z Anohni zetknąłem się już dawno temu, gdy jeszcze śpiewał jako Anthony And The Johnsons. Pamiętny jest zwłaszcza album „I’m A Bird Now„, gdzie artysta wyjawiał swoje intymne problemy w takich tekstach jak ten: „One day I’ll grow up, I’ll be a beautiful woman / But for today I am a child, for today I am a boy„. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Zwłaszcza płeć artysty. Jednak jedna rzecz pozostała niezmiennie wspaniała – muzyka. „Hopelessness” to album zawierający sporo elektroniki. Brzmienie stało się lżejsze i łatwiejsze w odbiorze, jednak powaga pozostała ta sama. Patosu na tym krążku jest, aż nadmiar. Anohni porzuciła problemy osobiste na rzecz problemów globalnych. Brzmi to trochę naiwnie, ale nie przeszkadza zbytnio w pozytywnym odbiorze całości. P.S. Okładka jest okrutnie ZŁA.

 

 

Z grubej rury: Podsumowanie roku 2014

taylor-swift-dancing-3Rok 2014, jak każdy poprzedni rok chciałem zwieńczyć notką zawierającą krótkie recenzje płyt pominiętych acz wartych odnotowania. Jednak szkoda mi było klawiatury i palców na stukanie na temat krążków, które ponownie będę prześwietlał przy okazji podsumowania. Stąd pomysł na zręczne przejście do notki podsumowującej. Rok 2014 był dla mnie rokiem złym. Niechętnie do niego wracam, dlatego też standardowe rozwlekłe podsumowanie chce zawęzić do jednej notki. Nie będzie wydarzeń, teledysków, list gości oraz podsumowania polskiej muzyki. Pojawi się klasyczna lista płyt i singli. Wszystko to znajdziecie poniżej.

TOP 10 Płyt roku 2014:

Swans_To_Be_Kind10. Swans – To Be Kind. Szczerze powiedziawszy nowe albumy Swans podobają mi się bardziej niż te stare. A „To Be Kind” uważam za ich opus magnum. Płyta trudna, rozciągnięta i mocna. Posiada jednak to „coś” co karze mi słuchać tych rozciągniętych do granic możliwości gitarowych riffów. Dobra pozycja na surrealistyczne podróże pociągiem.

luminous9. The Horrors – Luminous. Przy okazji recenzowania tej płyty wspominałem o postępie jakim dokonała grupa The Horrors. Progres w przypadku tego krążka to słowo klucz. Czuć go zwłaszcza za sprawą zgrabnego przemycania motywów z lat 70 i 80 do współczesnego podejścia do muzyki gitarowej. Jest trans, psychodelia i melodyjność w jednym. Muzyka tego zespołu wciąż ewoluuje, a horrorsi idą w dobrym kierunku.

lp1 fka8. FKA Twigs – LP1. Najlepsza zeszłoroczna płyta z pogranicza popu i r’n’b. Osiągnięcie duże, tym bardziej, że reszta stawki nie była taka słaba (Tinashe, Liz). Pani Tahliah Debrett Barnett wyprzedziła wszystkich ze względu na emocje zawarte na swoim albumie. Intymne teksty łączą się tutaj z warstwą muzyczną cofającą nas w lata 90.

here-and-nowhere-else7. Cloud Nothings – Here And Nowhere Else. Już ich debiutanckie „Attack On Memory” mnie zachwyciło. Przed wydaniem zeszłorocznego albumu miałem lekkie obawy, gdyż myślałem, że spuszczą z tonu i dopadnie ich syndrom drugiej płyty. Na szczęście Baldi udowodnił, że nadal potrafi pisać dobre piosenki a zespół z Cleveland dalej umiejętnie łączy indie rocka z mocniejszym, punkowym brzmieniem.

spoon6. Spoon – They Want My Soul. Jeżeli chodzi o grupę Spoon to prawdziwa jest teza, że tylko co drugi album im wychodzi. Tym razem na plus wypadło zeszłoroczne „They Want My Soul„, które uraczyło mnie dobrym, przyjemnym i nieco przebojowym brzmieniem. Dobra muzyka na okres wakacyjno – jesienny.

the war on drugs lost in the dream5. The War on Drugs – Lost In The Dream. Lubię takie amerykańskie, gitarowe granie. Podczas pisania recenzji odwoływałem się do takich artystów jak Bruce Springsteen, Bob Dylan czy też Destroyer. „Lost In The Dream” podoba mi się z trzech prostych powodów. Po pierwsze ma wciągający, narkotyczny klimat. Po drugie usłyszymy na nim szeroki wachlarz inspiracji wpisujących się w moje gusta. I po trzecie nie jest to płyta na jeden raz, mimo, że momentami może się dłużyć.

RunTheJewelsRTJ24. Run The Jewels – Run The Jewels 2. Według wielu najlepszy album roku, jednak moim zdaniem przed wcześnie ogłoszony tym mianem. „RTJ2” to album przede wszystkim równy, mocny (teksty!) i mający wiele do zaoferowania. El-P ponownie stworzył dobre beaty a Killer Mike zadbał o to by historie na płycie nie nudziły. Czekam na kocią wersję.

salad days3. Mac DeMarco – Salad Days. Nieco zabawny a przede wszystkim pretensjonalny Marc DeMarco wydał w tym roku nie dość, że najlepszy album z pogranicza lo-fi i indie rocka to najprzyjemniej słuchający się materiał. „Salad Days” mówiąc potocznie samo „wchodzi”. Utwory są lekkie, przyjemne, wpadające w ucho. Jednak nie ma w tym typowej dla muzyki letniej banalności bo wszystko jest całkiem serio. Nie jestem fanem stylówy DeMarco (nie kupiłbym na aukcji jego dziurawych butów), ale jego muzyka całkiem mnie zahipnotyzowała.

problem2. PRO8L3M – Art Brut. O PRO8L3Mie napisano już chyba wszystko. Ja swoje trzy grosze rzuciłem w październiku. Jak dla mnie jest to polski album roku. „Art Brut” to przede wszystkim fenomenalne podkłady składające się z mniej lub bardziej znanych polskich przebojów z lat 70 i 80, autentyczne, osiedlowe historie opowiedziane zachrypniętym głosem rapera Oskara oraz wstawki dialogów z klasycznych polskich filmów („Sztos„, „Wielki Szu„). Mixtape ten to materiał wciągający i łączący interesy młokosów słuchających blokerskich rap płyt z wszystkimi odmianami współczesnych hipsterów. Podobno na nowy rok ma wyjść długogrający album PRO8L3M, czekam!

"Black Messiah"1. D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah. Michael Eugene Archer wydając swój nowy album w połowie grudnia pokazał środkowy palec wszystkim frajerom robiącym muzyczne podsumowania już w listopadzie. Ludzie, ogarnijcie się. Rok kończy się 31 grudnia, a święta Bożego Narodzenia są w grudniu a nie na przełomie października i listopada. Wróćmy jednak do płyty numer 1. Po 14 latach !!! przerwy D’Angelo udowodnił, że dalej trzyma formę. „Black Messiah” to album może nie kompletny pod każdym względem, ale najlepszy jaki miałem okazję usłyszeć w zeszłym roku. Krążek ten już w momencie swojej premiery stał się klasykiem. D’Angelo momentami przybiera maskę Prince’a, słyszymy sporo gitar, chwilami przypomina to utwory The Roots. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, ale mająca wiele smacznych detali, które połączone w całość dają wyśmienity rezultat.

TOP 10 Singli 2014:

zastary-kes10. ZaStary – Kęs. Za sprawą tego kawałka z niecierpliwością czekam na coś więcej od Jakuby Sikory, wokalisty Crab Invasion. „Kęs” to ciekawe połączenie lo-fi z elementami chillwave’u, czyli gatunków, które zawsze będą na propsie. Czuć sporo świeżości w tym kawałku i to jest jego największą zaletą.

Posłuchaj

againstthemooniceage9. Iceage – Against The Moon. Duńczycy porzucili w pewnym sensie nihilistyczny punk rock i zaczęli grać muzykę bardziej melodyjną i łagodną. To spore wyzwanie. Z własnego muzycznego doświadczenia wiem, że łatwiej jest nagrać hałaśliwą, szybką rockową piosenkę aniżeli wolniejszy utwór oparty na melodii. Im się to udało a wisienką na „Plowing Into the Field of Love” jest omawiany indeks numer 10. „Against The Moon” swoją strukturą i brzmieniem mocno mi przypomina The Field z ich ostatniej płyty, a chyba nie muszę powtarzać, że to genialna muzyka była.

Posłuchaj

cloudnothingsimnotpartofme8. Cloud Nothings – I’m Not Part Of Me. Dylan Baldi w tym roku dorósł do miana naczelnego kompozytora indie szlagierów. „I’m Not Part Of Me” za sprawą fajnego tekstu i warstwy muzycznej z pazurem jest właśnie tego dobrym przykładem. Za sprawą Cloud Nothings dalej wierzę w muzykę gitarową.

Posłuchaj

caribou cant do without you7. Caribou – Can’t Do Without You. Dan Snaith na każdym swoim albumie udowadnia, że posiada wysokie zdolności kompozycyjne. Płyty spod jego ręki przeważnie nie są równe, ale na każdej znajdzie się perełka. Na zeszłorocznym „Our Love” taką perełką jest „Can’t Do Without You„, które uwodzi niezwykłymi synthami.

Posłuchaj

macd_pass6. Mac DeMarco – Passing Out Pieces. Piosenka ta świetnie udowadnia dziwaczność Pepperoni Playboya – zobaczcie teledysk! Pod względem lirycznym zgrabnie ułożona kompozycja. Natomiast warstwa muzyczna to K-A-P-I-T-A-L-N-Y główny motyw. Oczywiście na „Salad Days” jest więcej tego typu perełek, tą jednak wyróżniłem ze względu na to, że w pełni wyraża osobowość Kanadyjczyka.

Posłuchaj

john and mary todd terje5. Todd Terje – Johnny And Mary (feat. Bryan Ferry).Johnny And Mary” w wykonaniu duetu Todd Terje – Bryan Ferry to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Utwór jest nastrojowy, melancholijny i łapiący za serce. Trochę mało pasuje do „It’s Album Time” Szweda i też nie jest najlepszym utworem na płycie. No, ale zachwycać się Inspektorem Norsem na przełomie 2014\2015 jest bez sensowene, zwłaszcza, że utwór ten śmiga już od jakiś trzech lat.

Posłuchaj

SOHN-Artifice4. SOHN – Artifice. Christopher Taylor w poszukiwaniu spokoju zaszył się w Wiedniu, gdzie nagrywa swoje spokojne ballady. Jednak utwór „Artifice” udowadnia, że w Angliku pozostało jeszcze trochę z tanecznego, głośnego Londynu.

Posłuchaj

Tinashe-2-On-608x6083. Tinashe feat. SchoolBoy Q – 2 On. Tinashe to jedno z odkryć roku. Współpracują z nią popularni w ostatnim czasie raperzy, występuje w znanych programach telewizyjnych, podkochują się w niej recenzenci, uwielbiają fani. „Aquarius” to dobra płyta, jednak mająca parę „ale”. Co do singla „2 On” takich wątpliwości już nie mam.

Posłuchaj

Taylor-Swift-Shake-It-Off2. Taylor Swift – Shake It Off. Mówcie co chcecie, ale „Shake It Off” jest dla mnie esencją nośnego, popowego i przyjemnego w odbiorze singla. Taka Taylor Swift całkowicie mi pasuje, szkoda tylko, że całe „1989” nie jest tak dobre jak ten utwór.

Posłuchaj

Kendrick-Lamar-i1. Kendrick Lamar – I. Na początku byłem w szoku. To jest nowy Kendrick? Nie może być. Jednak z czasem (dość krótkim), odkryłem, że to jest to! Nowa odsłona rapera całkowicie zaskakuje i całkowicie jest dobra. Nagrywanie drugiej części „good kid, MAD City” czy też podobnego koncept albumu minęłoby się z celem. Lamar postanowił pójść dalej, co udowadnia radiowym, gitarowym „I„. Ciekaw jestem jak będzie wyglądał jego nowy longplay. Póki co mocny props i numer jeden na mojej liście.

Posłuchaj