Deafheaven skończyli z przyjemnym śpiewaniem – recenzja „Lonely People With Power” Deafheaven

W ostatnim czasie byliśmy świadkami nieoczekiwanej zmiany kalifornijskiej grupy metalowej Deafheaven. Ich ostatni album „Infinite Granite” (o którym pisałem TUTAJ) po raz pierwszy było bardziej shoegazową płytą, aniżeli black metalową. Wokalista George Clarke po raz pierwszy dał się poznać jako utalentowany wokalista za sprawą delikatnych wokali, które mogliśmy usłyszeć m.in. na takich piosenkach jak: „In Blur” czy też „Great Mass of Colour„. Zespół natomiast postawił na bardziej melodyjne brzmienie gitar. To zaowocowało udaną płytą, co skłaniało do refleksji, czy tak teraz będzie brzmiał zespół z słonecznego San Francisco?

Okazuje się, że wydany w 2019 roku utwór „Black Brick” wcale nie był pożegnaniem grupy z mocnym, ciężkim brzmieniem. Ich najnowszy, szósty już album „Lonely People With Power” jest powrotem do korzeni. Najnowsze dzieło za sprawą mrocznego klimatu bardziej przypomina album „New Bermuda” aniżeli ostatnie, łagodniejsze dokonania. Generalnie po ich zeszłorocznym koncercie w Krakowie miałem takie przeczucie, że to nie koniec ciężkiego Deafheaven. Grupa na koncertach częściej grała utwory z pierwszych płyt, a George Clark zapuścił włosy do efektowniejszego kręcenia głową podczas występów na żywo. Jednak dla fanów tak zwanego black-gaze to wciąż dobra porcja muzyki, bo Deafheaven na swoim najnowszym krążku wciąż umiejętnie łączą piękne linie gitar z metalowym tłem.

Początek płyty pozbawia nas złudzeń co do dream-popowej wersji Deafheaven. Zaraz po zakończeniu intro jakim jest „Incidental I” grupa wchodzi z mocnym, metalowym brzmieniem za sprawą „Doberman” oraz singlem „Magnolia”. Jest charakterystyczny screamo wokal Clarka, podwójna stopa w perkusji i mocne gitarowe linie. Nikt tutaj się nie pierdzieli, jest ostro. Jednak im dłużej trwa płyta, tym częściej zespół przypomina sobie o swojej łagodniejszej stronie. „The Garden Route” rozpoczyna melodyjna linia gitary, która prowadzi nas przez cały utwór, aż do efektownego zakończenia. Natomiast na kolejnym „Heathen” pojawia się nawet przez moment łagodny wokal, jednak im dłużej trwa ten utwór, tym większy rozpierdol. I taki Deafheaven lubię najbardziej, zaczynający łagodnie, rozpędzający się i kończący istnym metalowym huraganem. Na „Amethyst” także pojawiają się łagodniejsze fragmenty, jednak na dłuższą metę Clark z spółką nie potrafią nie wejść z kopem w każdej piosence na płycie. Wisienką na torcie jest kończący całość „The Marvelous Orange Tree„, gdzie ponownie usłyszymy sporo z shoegaze (w idealnych proporcjach, oczywiście).

Nowością nie spotykaną do tej pory w twórczości Deafheven są występy gościnne. Jednak nie są one takie same jak na rapowych albumach. Pojawiający się tutaj Paul Banks z Interpolu, nie śpiewa a wygłasza monolog. Nieco inne zadanie ma Jae Matthews z Boy Harsher, który użycza delikatnego wokalu w „Incidental II„. W ogóle ten utwór to jakiś fenomen, gdyż brzmi jak soundtrack do American Horror Story. Widać, że wspólne koncerty Interpolu z Deafheaven (Dla mnie niesamowite muzyczne combo) z zeszłego roku przełożyły się na wydawnicze konkrety. Czekam na nową płytę Nowojorczyków z gościnnym wokalem Clarka – to będzie interesujące. Inną nowością jest format płyty. Jest więcej utworów (12), które rzadko przekraczają 6 minut. A trzeba wiedzieć, że amerykanie lubują się w długich utworach trwających nawet ponad 10 minut.

Przyznam szczerze, że nie pokochałem tej płyty od pierwszego odsłuchu jak w przypadku „Ordinary Corrupt Human Love” czy też „Sunbather„. Jednak im dłużej słucham najnowszej pozycji od Deafheaven, to tym bardziej mi się ona podoba. Grupa z jednej strony nawiązuje do swoich korzeni, z drugiej jednak nie zapomina o swoich fanach, kochających ich za to w jak piękny sposób łączą ze sobą melodyjne gitary z metalem. Czekam teraz na jakąś europejską trasę uwzgledniającą Polskę, a póki co wałkuje dalej „Lonely People With Power„. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

10 Najlepszych płyt 2021 roku

Prawdę powiedziawszy nie słuchałem w minionym roku za wiele nowej muzyki. Pewien wewnętrzny obowiązek i wieloletnia tradycja nakazuje mi rozpocząć nowy rok klasycznym muzycznym podsumowaniem. Dlatego też zestawienie to będzie mocno subiektywnym zlepkiem płyt, które po prostu najwięcej mi towarzyszyły w minionych 12 miesiącach. A postanowienie na nowy rok? Takie jak zawsze. Więcej słuchać dobrej muzyki i więcej nią się dzielić na blogu. Mam nadzieję, że w 2022 roku spotkamy się tutaj jeszcze wiele razy.

10. Rysy – 4 Get. Rysy zachwycały mnie już w 2015 roku, jednak kolejny ich krążek ukazał się dopiero 6 lat po debiucie. Warto było czekać bo to porządna dawka muzyki elektronicznej. W tym roku sporo słuchałem techno, jednak to Rysy najbardziej mnie urzekły. Producencki duet z Warszawy ma talent to mieszania gatunków, gdyż za sprawą występów gościnnych otrzymujemy ciekawą mieszankę z pogranicza techno, popu i alternatywy.

9. Dry Cleaning: New Long Leg. Jeden z ciekawszych debiutów tego roku. Brytyjski band zabiera nas w podróż po historii post-punku, dodając wiele od siebie. Myślę, że warto dodać do ulubionych.

8. Playboi Carti – Whole Lotta Red. Tego typu rapsy coraz mniej mnie porywają. Ogólnie rap nie stał u mnie wysoko w tym roku, jako gatunek. Nie mniej propsuje. Bo to esencja, która zahacza o coraz szersze kręgi. A sam Playboi Carti może z czasem wyrosnąć na ciekawą postać na zachodniej scenie muzycznej.

7. Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Del Rey Lana musiała się zmierzyć z legendą swojej ostatniej płyty. Wciąż wracam do „Norman Fucking Rockwell!” bo to absolutny już klasyk Pop. Jej następczyni niestety nie przebija NFR, ale nie ma co się łudzić. To było zadanie nie do wykonania. Nie mniej wokalistka wciąż ma to coś.

6. Lost Girls – Menneskekollektivet. O norweskim duecie Jenny Hval – Håvard Volden nie było okazji wspomnieć na blogu. Mimo, że „Menneskekollektivet” to debiutancki krążek to słuchając go ma się wrażenie, że z Lost Girls znamy się już od lat. Niby tylko 5 utworów, ale całość trwa tyle co połowa piłkarskiego meczu. Jest psychodelicznie, nieco transowo, mrocznie, czasami dziwnie. Jak to na Skandynawii. Ja nie byłem, ale znam kogoś kto był i opowiedział to i owo. Dobra opcja na długie wieczory, dopasuje się, ale nie poprawi zimowej chandry.

5. The War on Drugs – I Don’t Live Here Anymore. Wydawało mi się, że zespól z Filadelfii pozostanie bandem jednej płyty. Szumu wokół „Lost in The Dream” było sporo, ale w końcu ustał. Zespołowi jednak udało się powrócić. I wiecie co? Ten nowy album wydaje mi się nawet lepszy niż, ten mocno hajpowany z 2014 roku…

4. Tyler, The Creator – Call Me If You Get Lost. Wydaje mi się, że Gregory Okonma nieco spuścił z tonu w tym roku. Jednak może mi się tylko wydawać, gdyż jego ostatnie albumy „Igor” czy też „Flower Boy” to zajebiście wysoko postawiona poprzeczka. Nie można wiecznie nagrywać najlepszych płyt, ale to, że wciąż jest w czołówce wiele o nim mówi.

3. Wczasy – To Wszystko Kiedyś Minie. Ładnie nam duet Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło rozwinął się w minionym czasie. Już ich wczesne utwory i cała płyta „Zawody” pokazywały, że chłopaki potrafią w dobre, proste melodie. Wciąż jest śmieszno-smutnie, czyli w sumie tak jak najbardziej lubię. Bo kto mieszka w Polsce to z cyrku się nie śmieje, ale już słuchając tekst „Polska (serce rośnie)” może lekko się uśmiechnąć. Albo może uronić łzę? Sam nie wiem. W 2021 też tylko rzucałem kamyki do jeziora i nie byłem na wyprawie katamaranem, także kumam te klimaty. No, ale chłopaki obiecują, że to wszystko kiedyś minie. Pozostaje zaufać, że tak będzie.

2. Deafheaven – Infinite Granite. W minionym roku grupa z San Francisco często u mnie gościła w głośnikach. A ich rodzime miasto nadal jest w mojej czołówce miast za oceanu, które chciałbym odwiedzić. Można więc powiedzieć, że z Deafheaven mam sztamę. Pomijając jednak całą moją sympatię do chłopaków to uważa, że obrali właściwy kierunek na „Infinite Granite„. Ich blackgaze to coraz więcej shoegaze i post rock niż black metal i screamo hardcore. Co prawda lubię jak grają „ostro”, darcie ryja, podwójna stopa i te klimaty są dla mnie OK, jednak skoro mają potencjał w ładne melodie, to czemu nie?

1. Slowthai – TYRON. Pierwsze półrocze należało do angielskiego rapera. Singiel „Feel Away” wałkowałem na okrągło. Aż żona mi ciągle mówiła: „Znowu oglądasz ten teledysk, gdzie zjadają bobo z ciasta?” No, ale jak tu nie słuchać jak to taka piękna i zajebista piosenka za razem? Pozostałe też nie są gorsze, zwłaszcza te nagrane ze Skeptą i Rakimem Mayersem, znanym szerzej jako A$AP Rocky. Generalnie, za sprawą „TYRONA” doceniłem mocniej Slowthaia i zapoznałem się lepiej z jego wcześniejszą twórczością. Warto, gdyż facet ciągle się rozwija. No i mimo, że jest bardzo bezpośredni, to chyba nie da się go nie lubić.

Ostateczna transformacja Deafheaven – recenzja „Infinite Granite”

O romansach mniejszych i większych z dream popem i shoegaze grupy Deafheaven wiedzieliśmy od zawsze. Już na „Sunbather” zespół dawał znaki, że muzyka spod znaku My Bloody Valentine im się podoba. Jednak do tej pory to wszystko było zasłonięte grupą warstwą black metalu. Przy okazji wydania „Ordinary Corrupt Human Love” grupa z San Francisco pokusiła się o większą dawkę „lajtowych” utworów i wydawało się, że całkowite odejście od ciężkiego brzmienia to kwestia czasu. I tak też się stało, gdyż ich najnowsza propozycja „Infinite Granite” ma z metalem tyle samo do czynienia co „Sunbather” z muzyką Slowdive.

Są ostrzejsze momenty, jednak gdyby ująć to w matematycznych proporcjach to wynik by oscylował w granicy 90-10 na korzyść shoegaze. George Clark zaczął „normalnie” śpiewać, Kerry McCoy łaskotać nasze uszy spokojnymi riffami a podwójna stopa została zdemontowana z zestawu perkusyjnego i schowana na strychu w domu Daniela Tracy’ego. Kompozycję wciąż pozostały rozbudowane, gdyż utwory trwają w granicy 6-8 minut. Jednak największą zmianą jest gatunek muzyczny. Teraz można już oficjalnie nazwać Deafheaven zespołem z pogranicza dream popu i shoegaze. Całkiem możliwe, że na serwisach metalowych już nie znajdziecie informacji o ich koncertach w Polsce 😉

Czy zespół zrobił dobrze obierając tą drogę? Oczywiście, że tak. Już od dawna obserwowaliśmy ich podążanie w tym kierunku, dlatego też nie jest to wielkie zaskoczenie. Co więcej grupa z zachodniego wybrzeża USA idealnie się w tych klimatach odnajduje. Co w dobry sposób udowadnia opisywany album. „Infinite Granite” to płyta wyśmienita. Już od pierwszych dźwięków „Shellstar” czujemy, że mamy do czynienia z czymś wielkim. Dalej tylko nas Deafheaven w tym utwierdzają. „In Blur” to podróż w modne w ostatnim czasie lata 90 a „Great Mass of Colour” pięknie buduje napięcie. Pociesze fanów metalowej strony grupy, że ostrzejsze momenty znajdą na „The Gnashing” oraz „Villain„. „Other Language” ładnie się rozkręca z każdą sekundą trwania a całość dopełnia nieco senne „Mombasa”, które przy końcu potrafi nas jeszcze kopnąć.

Podsumowując, najnowszy krążek grupy Deafheaven to oczekiwane przejście na lżejszą stronę muzyki. Grupa pomału odcina się od metalowego dziedzictwa na rzecz wpływów grup shoegazowych z lat 90 i wychodzi na tym bardzo dobrze. „Infinite Granite” to płyta melodyjna, dbająca o detale brzmienia, czerpiąca pełnymi garściami z osiągnięć takich bandów jak chociażby Slowdive czy My Bloody Valentine. Co prawda lubiłem, gdy Clark i spółka zagrali z „pierdolnięciem” i takie momenty jeszcze tutaj znajdziemy, jednak nowe oblicze grupy bardziej do nich pasuje. Ode mnie 9/10, trochę na zachętę by nie tracili werwy i dalej robili swoje.