Z grubej rury: Podsumowanie roku 2014

taylor-swift-dancing-3Rok 2014, jak każdy poprzedni rok chciałem zwieńczyć notką zawierającą krótkie recenzje płyt pominiętych acz wartych odnotowania. Jednak szkoda mi było klawiatury i palców na stukanie na temat krążków, które ponownie będę prześwietlał przy okazji podsumowania. Stąd pomysł na zręczne przejście do notki podsumowującej. Rok 2014 był dla mnie rokiem złym. Niechętnie do niego wracam, dlatego też standardowe rozwlekłe podsumowanie chce zawęzić do jednej notki. Nie będzie wydarzeń, teledysków, list gości oraz podsumowania polskiej muzyki. Pojawi się klasyczna lista płyt i singli. Wszystko to znajdziecie poniżej.

TOP 10 Płyt roku 2014:

Swans_To_Be_Kind10. Swans – To Be Kind. Szczerze powiedziawszy nowe albumy Swans podobają mi się bardziej niż te stare. A „To Be Kind” uważam za ich opus magnum. Płyta trudna, rozciągnięta i mocna. Posiada jednak to „coś” co karze mi słuchać tych rozciągniętych do granic możliwości gitarowych riffów. Dobra pozycja na surrealistyczne podróże pociągiem.

luminous9. The Horrors – Luminous. Przy okazji recenzowania tej płyty wspominałem o postępie jakim dokonała grupa The Horrors. Progres w przypadku tego krążka to słowo klucz. Czuć go zwłaszcza za sprawą zgrabnego przemycania motywów z lat 70 i 80 do współczesnego podejścia do muzyki gitarowej. Jest trans, psychodelia i melodyjność w jednym. Muzyka tego zespołu wciąż ewoluuje, a horrorsi idą w dobrym kierunku.

lp1 fka8. FKA Twigs – LP1. Najlepsza zeszłoroczna płyta z pogranicza popu i r’n’b. Osiągnięcie duże, tym bardziej, że reszta stawki nie była taka słaba (Tinashe, Liz). Pani Tahliah Debrett Barnett wyprzedziła wszystkich ze względu na emocje zawarte na swoim albumie. Intymne teksty łączą się tutaj z warstwą muzyczną cofającą nas w lata 90.

here-and-nowhere-else7. Cloud Nothings – Here And Nowhere Else. Już ich debiutanckie „Attack On Memory” mnie zachwyciło. Przed wydaniem zeszłorocznego albumu miałem lekkie obawy, gdyż myślałem, że spuszczą z tonu i dopadnie ich syndrom drugiej płyty. Na szczęście Baldi udowodnił, że nadal potrafi pisać dobre piosenki a zespół z Cleveland dalej umiejętnie łączy indie rocka z mocniejszym, punkowym brzmieniem.

spoon6. Spoon – They Want My Soul. Jeżeli chodzi o grupę Spoon to prawdziwa jest teza, że tylko co drugi album im wychodzi. Tym razem na plus wypadło zeszłoroczne „They Want My Soul„, które uraczyło mnie dobrym, przyjemnym i nieco przebojowym brzmieniem. Dobra muzyka na okres wakacyjno – jesienny.

the war on drugs lost in the dream5. The War on Drugs – Lost In The Dream. Lubię takie amerykańskie, gitarowe granie. Podczas pisania recenzji odwoływałem się do takich artystów jak Bruce Springsteen, Bob Dylan czy też Destroyer. „Lost In The Dream” podoba mi się z trzech prostych powodów. Po pierwsze ma wciągający, narkotyczny klimat. Po drugie usłyszymy na nim szeroki wachlarz inspiracji wpisujących się w moje gusta. I po trzecie nie jest to płyta na jeden raz, mimo, że momentami może się dłużyć.

RunTheJewelsRTJ24. Run The Jewels – Run The Jewels 2. Według wielu najlepszy album roku, jednak moim zdaniem przed wcześnie ogłoszony tym mianem. „RTJ2” to album przede wszystkim równy, mocny (teksty!) i mający wiele do zaoferowania. El-P ponownie stworzył dobre beaty a Killer Mike zadbał o to by historie na płycie nie nudziły. Czekam na kocią wersję.

salad days3. Mac DeMarco – Salad Days. Nieco zabawny a przede wszystkim pretensjonalny Marc DeMarco wydał w tym roku nie dość, że najlepszy album z pogranicza lo-fi i indie rocka to najprzyjemniej słuchający się materiał. „Salad Days” mówiąc potocznie samo „wchodzi”. Utwory są lekkie, przyjemne, wpadające w ucho. Jednak nie ma w tym typowej dla muzyki letniej banalności bo wszystko jest całkiem serio. Nie jestem fanem stylówy DeMarco (nie kupiłbym na aukcji jego dziurawych butów), ale jego muzyka całkiem mnie zahipnotyzowała.

problem2. PRO8L3M – Art Brut. O PRO8L3Mie napisano już chyba wszystko. Ja swoje trzy grosze rzuciłem w październiku. Jak dla mnie jest to polski album roku. „Art Brut” to przede wszystkim fenomenalne podkłady składające się z mniej lub bardziej znanych polskich przebojów z lat 70 i 80, autentyczne, osiedlowe historie opowiedziane zachrypniętym głosem rapera Oskara oraz wstawki dialogów z klasycznych polskich filmów („Sztos„, „Wielki Szu„). Mixtape ten to materiał wciągający i łączący interesy młokosów słuchających blokerskich rap płyt z wszystkimi odmianami współczesnych hipsterów. Podobno na nowy rok ma wyjść długogrający album PRO8L3M, czekam!

"Black Messiah"1. D’Angelo and The Vanguard – Black Messiah. Michael Eugene Archer wydając swój nowy album w połowie grudnia pokazał środkowy palec wszystkim frajerom robiącym muzyczne podsumowania już w listopadzie. Ludzie, ogarnijcie się. Rok kończy się 31 grudnia, a święta Bożego Narodzenia są w grudniu a nie na przełomie października i listopada. Wróćmy jednak do płyty numer 1. Po 14 latach !!! przerwy D’Angelo udowodnił, że dalej trzyma formę. „Black Messiah” to album może nie kompletny pod każdym względem, ale najlepszy jaki miałem okazję usłyszeć w zeszłym roku. Krążek ten już w momencie swojej premiery stał się klasykiem. D’Angelo momentami przybiera maskę Prince’a, słyszymy sporo gitar, chwilami przypomina to utwory The Roots. Nie jest to muzyka łatwa w odbiorze, ale mająca wiele smacznych detali, które połączone w całość dają wyśmienity rezultat.

TOP 10 Singli 2014:

zastary-kes10. ZaStary – Kęs. Za sprawą tego kawałka z niecierpliwością czekam na coś więcej od Jakuby Sikory, wokalisty Crab Invasion. „Kęs” to ciekawe połączenie lo-fi z elementami chillwave’u, czyli gatunków, które zawsze będą na propsie. Czuć sporo świeżości w tym kawałku i to jest jego największą zaletą.

Posłuchaj

againstthemooniceage9. Iceage – Against The Moon. Duńczycy porzucili w pewnym sensie nihilistyczny punk rock i zaczęli grać muzykę bardziej melodyjną i łagodną. To spore wyzwanie. Z własnego muzycznego doświadczenia wiem, że łatwiej jest nagrać hałaśliwą, szybką rockową piosenkę aniżeli wolniejszy utwór oparty na melodii. Im się to udało a wisienką na „Plowing Into the Field of Love” jest omawiany indeks numer 10. „Against The Moon” swoją strukturą i brzmieniem mocno mi przypomina The Field z ich ostatniej płyty, a chyba nie muszę powtarzać, że to genialna muzyka była.

Posłuchaj

cloudnothingsimnotpartofme8. Cloud Nothings – I’m Not Part Of Me. Dylan Baldi w tym roku dorósł do miana naczelnego kompozytora indie szlagierów. „I’m Not Part Of Me” za sprawą fajnego tekstu i warstwy muzycznej z pazurem jest właśnie tego dobrym przykładem. Za sprawą Cloud Nothings dalej wierzę w muzykę gitarową.

Posłuchaj

caribou cant do without you7. Caribou – Can’t Do Without You. Dan Snaith na każdym swoim albumie udowadnia, że posiada wysokie zdolności kompozycyjne. Płyty spod jego ręki przeważnie nie są równe, ale na każdej znajdzie się perełka. Na zeszłorocznym „Our Love” taką perełką jest „Can’t Do Without You„, które uwodzi niezwykłymi synthami.

Posłuchaj

macd_pass6. Mac DeMarco – Passing Out Pieces. Piosenka ta świetnie udowadnia dziwaczność Pepperoni Playboya – zobaczcie teledysk! Pod względem lirycznym zgrabnie ułożona kompozycja. Natomiast warstwa muzyczna to K-A-P-I-T-A-L-N-Y główny motyw. Oczywiście na „Salad Days” jest więcej tego typu perełek, tą jednak wyróżniłem ze względu na to, że w pełni wyraża osobowość Kanadyjczyka.

Posłuchaj

john and mary todd terje5. Todd Terje – Johnny And Mary (feat. Bryan Ferry).Johnny And Mary” w wykonaniu duetu Todd Terje – Bryan Ferry to jeden z tych coverów, który brzmi lepiej od oryginału. Utwór jest nastrojowy, melancholijny i łapiący za serce. Trochę mało pasuje do „It’s Album Time” Szweda i też nie jest najlepszym utworem na płycie. No, ale zachwycać się Inspektorem Norsem na przełomie 2014\2015 jest bez sensowene, zwłaszcza, że utwór ten śmiga już od jakiś trzech lat.

Posłuchaj

SOHN-Artifice4. SOHN – Artifice. Christopher Taylor w poszukiwaniu spokoju zaszył się w Wiedniu, gdzie nagrywa swoje spokojne ballady. Jednak utwór „Artifice” udowadnia, że w Angliku pozostało jeszcze trochę z tanecznego, głośnego Londynu.

Posłuchaj

Tinashe-2-On-608x6083. Tinashe feat. SchoolBoy Q – 2 On. Tinashe to jedno z odkryć roku. Współpracują z nią popularni w ostatnim czasie raperzy, występuje w znanych programach telewizyjnych, podkochują się w niej recenzenci, uwielbiają fani. „Aquarius” to dobra płyta, jednak mająca parę „ale”. Co do singla „2 On” takich wątpliwości już nie mam.

Posłuchaj

Taylor-Swift-Shake-It-Off2. Taylor Swift – Shake It Off. Mówcie co chcecie, ale „Shake It Off” jest dla mnie esencją nośnego, popowego i przyjemnego w odbiorze singla. Taka Taylor Swift całkowicie mi pasuje, szkoda tylko, że całe „1989” nie jest tak dobre jak ten utwór.

Posłuchaj

Kendrick-Lamar-i1. Kendrick Lamar – I. Na początku byłem w szoku. To jest nowy Kendrick? Nie może być. Jednak z czasem (dość krótkim), odkryłem, że to jest to! Nowa odsłona rapera całkowicie zaskakuje i całkowicie jest dobra. Nagrywanie drugiej części „good kid, MAD City” czy też podobnego koncept albumu minęłoby się z celem. Lamar postanowił pójść dalej, co udowadnia radiowym, gitarowym „I„. Ciekaw jestem jak będzie wyglądał jego nowy longplay. Póki co mocny props i numer jeden na mojej liście.

Posłuchaj

Urodzinowa Playlista Paweuu Alternativ Blog

birthdayTo już 6 lat. Zaczynałem jako licealista zafascynowany indie rockiem. Z czasem jednak otwarłem się na wiele innych gatunków i wciąż poszukuje tego „czegoś” dla mnie. Mimo, że recenzowanie płyt to żmudna robota to odnajdywałem w tym radość i z roku na rok starałem się być coraz bardziej innowacyjny. Z różnym oczywiście skutkiem. Chociaż prawie wcale nie zaglądam do starszych publikacji (wynika to z strachu i wstydu jednocześnie) to postanowiłem stworzyć urodzinową playlistę składającą się z najbardziej esencjonalnych kawałków dla każdego roku mojej twórczości. Nie życzcie 100 lat, bo raczej tyle nie wytrwam, ale mam nadzieje, że jeszcze nie raz odnajdziecie tutaj coś fajnego.

2007. Bloc Party – Song For Clay. Gdy zaczynałem indie rock przeżywał swój renesans, zwłaszcza ten brytyjski. „A Weekend In The City” to była pierwsza zrecenzowana przeze mnie płyta. I mimo tego, że z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że była to dobra publikacja to od tego koślawego, nic nie wnoszącego tekstu wszystko się zaczęło. Później było zdecydowanie lepiej, czego nie można powiedzieć o muzyce Bloc Party.

Posłuchaj

2008. British Sea Power – Waving Flags. Rok 2008 to pierwsze spotkanie z OFF Festiwalem. Artur Rojek i jego impreza odcisnęli mocno swoje piętno na funkcjonowanie mojego bloga. Zafascynowany ilością tak wielu fajnych artystów postanowiłem stworzyć cykl prezentowania najlepszych płyt artystów, którzy mieli wystąpić na Offie (Do dziś z resztą to robię). Na tamtym festiwalu było wielu fajnych wykonawców, ale to British Sea Power przyjechali jako nieliczni z nowym materiałem do Mysłowic.

Posłuchaj

2009. Władek – Zbyszek daj se. To był przełomowy rok, zmieniła się formuła podsumowania rocznego, zwróciłem większą uwagę na aktualne wydania muzyczne, pojawiły się pierwsze relacje z koncertów. Do tej pory  uważam, że to był wyjątkowy rok pod wieloma względami. A Tajemniczy Władek w zabawny sposób podsumowuje tamten okres.

Posłuchaj

2010. Caribou – Odessa. W 2010 lato było gorące, a zima zimna. Wszystko było na swoim miejscu, poza oczywiście wodą w rzekach i prezydenckim samolocie (Nie może być nigdy idealnie). OFF Festival przeniósł się do Katowic a na Paweuu pojawiły się pierwsze playlisty. Z tamtego okresu mógłbym wyróżnić wiele fajnych singli, których słuchałem podczas przygotowań do obrony, ale postawiłem na Caribou. Jest to rekompensata za brak w podsumowaniu, gdyż za projekt Dana Snaitha wziąłem się dopiero w 2011, jak już było po ptokach.

2011. Iza Lach – Nic Więcej. Jeżeli chodzi o działalność bloga rok 2011 można podzielić na dwa etapy. Dołowania i wybicia się. Przyznaje, że trochę brakowało pomysłów i chęci by zastopować nieugięcie spadające kliknięcia. Jednak w sierpniu odżyłem niczym Andrea Pirlo w Juventusie. Duża w tym zasługa pewnego portalu społecznościowemu na „F”, któremu długo się opierałem. Niestety obecnie nawet blog czy strona internetowa bez konta na fejsie po prostu nie istnieje. Co do muzyki to nie wspominam 2011 jakoś wybitnie, na plus można odhaczyć płyty, które pojawiły się na rodzimym rynku między innymi Izę Lach.

2012. Frank Ocean – Pyramids. To był dobry rok dla bloga. W styczniu dzielnie wojowałem o miano blog roku w kategorii Kultura. Niestety nie udało się wejść do finałowej trójki i zatrzymałem się na pierwszej dziesiątce. Mimo to udział w konkursie i wprowadzenie nowego schematu podsumowań (lista gości pisana przez rodzimych muzyków) pozwoliła blogowi wrzucić większy bieg. W drugiej części roku uruchomiłem własną audycję radiową, która zanim na dobre się zaczęła to musiała się skończyć z powodów technicznych. Natomiast dzięki współpracy z Canal Plus rozwinęła się nieco filmowa część bloga. Muzycznie rok 2012 należał do czarnych klimatów, odzwierciedla to lista podsumowująca.

2013. A$AP Rocky – Goldie. Rok 2013 tak na prawdę nie zdążył się jeszcze rozkręcić, dlatego w tym miejscu obiecuje, że postaram się wymyślić znowu coś co uczyni Paweuu Alternativ ciekawym dla każdego miejscem. Aha i piosenka, którą najczęściej słuchałem przez ostatnie 3 miesiące.

Off Festival 2008

clinic

Clinic

No i w końcu piszę relację z wydarzenia o którym trąbiłem ostatnie dwa miesiące. Pojechałem, zobaczyłem, piszę. Piszę bo byłem a byłem bo musiałem. Musiałem bo Off w tym roku zapowiadał się wyjątkowo i taki był.

Off Festival rozpoczął się 8 sierpnia. Przez dwa dni na 5 scenach można było zobaczyć około 50 wykonawców. Trzeciego dnia odbył się jeden koncert Iron and Wine. Wszystko odbywało się w Mysłowicach w miejscu zwanym Słupna Park. Była to trzecia edycja tego festiwalu, którego pomysłodawcą jest Artur Rojek. Z roku na rok widać coraz większy progres jeżeli chodzi o wykonawców i organizację. Miałem jechać na dwie poprzednie edycje, ale dopiero ta trzecia nie pozostawiła mi wyboru. Musiałem.

of Montreal

of Montreal

Piątek. Tygodnia koniec i początek. Wyjazd z Mikołowa do Katowic, z Katowic to Myslovitz. Miło, że blisko bo transport mnie kosztował 4 zł w jedną stronę. Lokowanie na Polu Namiotowym poszło sprawnie. Rozbijanie namiotu szybko, ale wcześniej Mocarz. I w tym miejscuuu napiszę o polu namiotowym. Kameralne, podzielone segmentami, ale do tojasa daleko. Praktycznie to fajnie na nim było, tylko te odległości do wc czy na sam festiwal. Jeżeli chodzi o żarło. To Biedronka Rulez. Czyli na żarciu można było także nieźle zaoszczędzić. Pogoda. Rozczarowanie! Miał być grad a nie było! A tak na serio to już jestem zahartowany i nie przeszkadza mi burza, deszcz, śnieg.

Pierwszy dzień zacząłem od poznania obszaru festiwalowego. Piwo było, żarcie było, pamiątki były, toalety były. Generalnie git. Afro Kolektyw. Pierwszy gig, który widziałem. W namiocie gorąco. Przez te 30 min opierania barierki zdążyłem się nieźle spocić. Nasze polskie hip-hopowe nie wiadomo co dało nawet fajny koncert. Chcieli grać dłużej niż pół godziny, ale nie było szans. W ogóle koncerty na Offie były tak rozplanowane, że w zasadzie można było zobaczyć wszystko. Oczywiście nakładało się parę koncertów na siebie, ale nie było możliwości by nie zobaczy Mogwaia, Clinica, Menomene itd. Miało to także złe strony. Koncerty do bardzo późnych pór i zero bisów. Po Afro Kolektywie udaliśmy się z kompanem pod scenę Biedronka na występ Mocarza. Ogólnie z piwem było ciężko i każdy musiał główkować. Na terenie festiwalu lanych Lech był za 4 zł. Jeżeli chodzi o cenę to nie tak tragicznie, ale wiecie jak o z piwem lanym na takich festiwalach. Nieopodal była biedronka. Ceny i wybór fajny, ale nie dość, że piwo ciepłe to jeszcze nigdzie się go nie napijesz. Na festiwal z nim nie wejdziesz. Tam jedno piwo by się dało przemycić, ale szkoda zachodu dla jednego browara. Po drugie na ulicach policji sporo. Trzeba szukać miejscówek bo do namiotu daleko.

Clinic

Clinic

Znowu wróciłem do namiotu offensywy. Grały Muchy. Dookoła wszyscy bo to był pierwszy konkretny koncert tego dnia. Na dodatek lunęła ulewa i każdy wbijał pod namiot. Czwórka indie rokowców z Poznania wyszło w sztormiakach. Koncert tak pół na pół. Dobre momenty gdy grali utwory z Terroromansu. Te nowe piosenki zupełnie słabe. Gdy grali Państwa-Miasta słyszeć można było: „nie to nudne już jest”. Zgadzam się, zupełny brak polotu w porównaniu z takim „Najważniejszym Dniem” czy „Zapachem Wrzątku”. Gdy zaczęli grać bis wyszedłem by nie spóźnić się na of Montreal. Przestało padać akurat i wyszło nawet słońce. Sam koncert of Montreal był zajebisty. Chyba najlepszy na całym festiwalu. Kolorowe wizualizacje, ciekawe stroje, wystrój Barnesa i golenie wąsika to tylko część atrakcji z tego wyjątkowego koncertu. Większa część setlisty pochodziła z „Hissing Fauna, Are You Destroyer?” co jest całkiem na plus. Generalnie było mocno tanecznie. Bardziej tanecznie niż nawet jak byłem na LCD Soundsystem. Barnes dodatkowo zachowywał się jak Matt Bellamy tylko bez patosu. Zaraz po of Montreal miał zacząć się mój najważniejszy koncert. Chodzi o Clinic. By mieć zajebistą miejscówkę urwałem się z końcówki of Montreal. Clinic nie grał na scenie głównej. Na początku było to dla mnie dziwne, teraz rozumiem tą decyzję. Scena leśna najlepiej oddawała ich muzykę. Koncert był bardzo dobry. Połowa utworów z Do It druga połowa to największe hity. Przez cały czas ostre pogo co nawet było czasami śmieszne. Większość nie znała ich muzy i najzabawniejsze było jak zaczynali pogować przy Free Not Free a tu nagle zmiana na sielnakowość a tłum nie wie co robić… Skończyli grać a ja czułem mały niedosyt. Odwróciłem się by iść do tojasa (Na Offie nie było praktycznie bisów) gdy nagle wyszli i usłyszałem pierwsze riffy Cement Mixer. Wiedziałem w tym momencie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem Świata. Uczucie podobne do tego jak Milan wygrywa LM, dostajesz 3 z fizyki itd. Istne doznanie absolutu. Po Clinicu chwila na złapanie oddechu bo przede mną jeszcze parę godzin zajebistej muzy. Poszedłem pod scenę Główną by zobaczyć pierwszy raz w życiu Hey. Nie powalili mnie. Nie zaintrygowali. Typowe polskie granie. Lubię trochę Hey, grali hity, ale nic szczególnego w moim życiu się nie zmieniło po tym występie. Na dodatek Nosowska zapomniała tekstu w jednej z piosenek. Gdy zaczęli grać następna piosenkę gdzie tekst był anglojęzyczny mój kompan skwitował to tak: „a po angielsku to pamięta…”. Koniec Hey.

Mogwai

Mogwai

Musiałem iść do tojasa, musiałem. Kolejka jak ch… w sensie długa. Siedzę, w zasadzie lewituje i słyszę Caribou. Caribou widziałem przez jakieś pół godziny i to z daleka bo nie miałem sił przedzierać się przez błoto pod scenę. Grali na prawdę porywająco. Dla wielu to właśnie Caribou dało najlepszy koncert. 15 minut do Mogwai. Dla mnie i mego kompana to miał być koncert dnia (Dla mnie na równi z Clinic). Ludzi w ciul. Sam Rojas wyszedł ich zapowiedzieć. Ubogo w słowach, ale jak sam stwierdził – „nie ma co gadać, sam czekam na ten występ”. Wychodzi Mogwai i zaczynają zabijać ludzi dźwiękami. Oczywiście tylko tych, którzy ich znają i wielbią. Bo wielu przyszło ich tylko zobaczyć bo w tv mówili, że to największa gwiazda. I dlatego słychać było ziewy itp dźwięki. Pewnie się zawiedli, że nikt nie śpiewał. Przy pierwszym utworze na scenę wtargnął jakiś maniak by zaprezentować się w chwili glorii gdy obok niego stali Szkoci z Mogwai i patrzyło się w tą stronę 10 tysięcy ludzi. Dla wielu to był punkt kulminacyjny tego koncertu. Mogwai dla mnie był świetny. Trans, trans, kurtka trans. Zagrali parę piosenek z nadchodzącej płyty i parę hitów. Świetnie było. Wkręciłem się w ich klimaty. 1:15 minut stania w jednym miejscu z bolejącą kostka dało swoje. Byłem nie miłosiernie zmęczony, że ledwo doczołgałem się do namiotu. Trochę mi było żal, że nie mam sił na Waglewskich czy też Dat Politics. Jednak to były takie pory, że nawet zdrowi nie dawali rady wytrzymać.

Menomena

Menomena

Dzień drugi. Deszcz padał dalej. Dlaczego nie ma gradu? Szedłem na Rentona, ale po drodze zaszliśmy na żer i potem czekaliśmy jeszcze 15 minut na busa by przejechać jeden przystanek. Zaszliśmy na Scene MySpace. Najbardziej śmiesznie żałosna scena festiwalu. Ulokowana na boisku do siatkówki obok placu zabaw. Scena ograniczająca się do białego namiotu ogrodowego. Nagłośnienie tak marne, że nawet stojąc pod kolumną nadal słyszałeś pierdy spod sceny głównej. Dobra, nieważne. Grał Kawałek Kulki. Do czasu jak śpiewała babka szło jeszcze tego słuchać. Poszedłem zobaczyć tego całego Czesława. Podobno live jest zajebisty. Sobie pomyślałem, że skoro irytuje mnie na płycie to będzie miał u mnie plusa za występy live. I co? Ci wszyscy ludzie doszczętnie mi obrzydzili Czesława. Jeszcze grał te swoje piosenki o żabie itd. Lepiej to brzmiało niż na płycie, ale nie idzie tego na dłużej słuchać. Tego nie powinno być na Offie. Prędzej Open’er. Poza tym te bycie zabawnym na siłę a la Mozil. Robił z siebie idiotę w moich oczach. Czasami mu się udało powiedzieć coś zabawnego a czasami mówił, że cieszy się, że są drzewa albo chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział bo zapomniał. Dość o nim. Po tym koncercie postanowiłem odwiedzić w końcu Scenę Structura Experimental. Akurat muzykę starał się preparować Karol Schwarz All Stars. Scena mieściła się w jakimś małym pomieszczeniu. W środku zaduch i sielankowe nastroje, wszyscy leżą i słuchają tego jazgotu. Mimo mojej tolerancji dla muzyki alternatywnej musiałem wyjść po 3 utworach na dodatek kazali nam wstać z zolu.

British Sea Power

British Sea Power

Będąc na zewnątrz usiałem na ławce i kontem oka obserwowałem ten cały Izrael’ 83. Będę szczery. Nie lubię reagge, nie lubię dredów i nie lubię piosenek o Babilonie. Z resztą ile można słuchać tekstów w stylu „naród musi wolny być” ? Wróciłem pod scenę MySpace. Była nieopodal, za ławką. Był akurat występ Karpaty Magiczne/The Band of Endless Noise. Nie zaintrygowali mnie. Poszedłem na Menomene, reszta wolała zostać na Czesławie again. Menomena grała fajnie. Zagadywali w stylu: „Hi I’m Justin” i opowiadali o sobie trochę w czasie gdy naprawiana była perkusja. Cieszyli się, że są w Polsce. Fajne chopki. Zagrali największe hity i się zmyli pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Dla wielu koncert był bez fajerwerków, ale co oni mogą wiedzieć jak wtedy byli na tym boskim Duńczyku. Po Menomenie chciałem wbić na Singapore Slang. Fajne dźwięki szło usłyszeć spod namiotu, ale nie dało się wbić za nic. No to poszedłem na British Sea Power. Ci to dali czadu na prawdę. Jak ktoś ci mówił, że było to słabe to znaczy, że mało wie i doznaje przy tekstach w stylu „uciekła babeczka z miasteczka”. Rozkręcali się z minuty na minute. Ostatni utwór to była istna miazga. Koncert kończyli w istny musowym stylu. Nie zabrakło powiewających flag. Scena ozdobiona w roślinki. Było supcio. I tym występem zakończyłem Off Festiwal 2008.

Podsumowując. Było fajnie mimo, że kulałem jak pomocnik Doktora Frankensteina i, że mnie wszystko bolało. W ogóle przeczytajcie drugą nie oficjalną recenzję Off Festiwal. Ludzie byli fajni, nietypowi bo muzyka nie typowa. Miłe wrażenie po Offie miałem. W niedzielę na Iron and Wine nie byłem bo nie miałem biletu, suchych skarpetek i sił. Do zobaczenie za rok.