Jesienna chandra? Niekoniecznie! – kilka recenzji w jednym wpisie.

Chance The Rapper – The Big Day. Chancelor Jonathan Bennett wydał materiał trwający godzinę i 17 minut. Trochę wstyd pisać o takim wydawnictwie w tylko paru zdaniach. Jednak nie ma co się oszukiwać, komu dzisiaj chce się czytać długie elaboraty na temat jednej płyty? Moje blogowe statystyki nie kłamią, trzeba się dostosować do dzisiejszych trendów. Swoją drogą, komu też chce się dziś słuchać takich długich albumów muzycznych? Pomimo, że to świetna płyta, która ładnie łączy w sobie elementy r’n’b i hip-hopu, zaskakuje kilkoma udanymi występami gościnnymi (Death Cab For Cutie!, Nicki Minaj) i ładnie nawiązuje do lat 90, to jest on nieco przydługawy. Gdyby go skrócić o kilka zbędnych utworów to dostalibyśmy całkiem zgrabny album, który z pewnością robiłby lepsze wrażenie. Nie mniej nie ma źle, bo koniec końców to krążek, któremu spokojnie mogę przyznać ocenę: 8/10.

Thom Yorke – ANIMA. O tym, że lider Radiohead jest w wysokiej formie twórczej wie każdy, kto słuchał jego ostatnich płyt. „A Moon Shaped Pool” oraz soundtrack do zeszłorocznej Suspirii to rzeczy wybitne. Brytyjczyk postanowił nie zwalniać tempa o dorzucił do tego zestawu swój solowy album „ANIMA”. Yorke uwielbia bawić się z elektroniką i coraz lepiej mu to wychodzi. O ile „Eraser” i „Tomorrow’s Modern Boxes” traktuje jako ciekawostki muzyczne, tak „ANIMA” jest już dla mnie dziełem pełnowymiarowym. Utwory są ciekawe i co najważniejsze klimatyczne. Bardzo dobrze mi się słuchało tej płyty w pochmurne wrześniowe dni. Ocena: 7/10.

Drake – Care Package. Stary, dobry Drake. Znowu wypuścił długi i nudnawy album. A raczej kolejną kompilację – widać Kanadyjczyk musi być cały czas w grze (nie ważne z jakim materiałem). O tym jak średni to krążek niech świadczy fakt, że dwa najlepsze utwory z płyty to „5AM in Toronto” i „Girls Love Beyonce„, czyli kawałki, który Drake wydał już chyba ze 6 czy 7 lat temu. Co prawda płyta nie jest zła, ale kto zna twórczość Abrahama, ten wie, że stać go na lepsze rzeczy. Ocena: 4/10.

Muzyczne podsumowanie roku 2016

Tytuł tego wpisu brzmi dość poważnie i może wprowadzać czytelnika w błąd. Nie będzie to obszerne podsumowanie roku, jak niegdyś miałem w zwyczaju. Zamiast tego zaserwuje krótką, zwięzłą listę 10 płyt, które najbardziej mi przypadły do gustu.

blood-orange10. Blood Orange – Freetown Sound. Nowy krążek Blood Orange to przede wszystkim majstersztyk produkcyjny. Jednak samo chwalenie produkcji brzmi dość banalnie. „Freetown Sound” to również perełka w morzu shitu jeżeli chodzi o alternatywne R’n’B. Angielski producent Dev Hynes ma nosa do tego typu muzyki i z albumu, na album brzmi coraz bardziej przekonywająco i lepiej, tak po prostu.

solange9. Solange – A Seat At The Table. Szkoda mi tej Solange. W momencie kiedy nagrywa swój album życia to ta jej bardziej znana siostra też nagrywa wielkie dzieło. Zawsze w cieniu. Na mojej liście też. Dość jednak tego współczującego bełkotu! Nowy Album Solange to rzecz wielka. Już w ostatnim wpisie zachwycałem się tak ujętą muzyką pop. Mam nadzieje, że w 2017 roku ten sposób nagrywania muzyki wciąż będzie na czasie. Natomiast sama Solange pokazuje coraz to większe ambicje, oby to nie był Mount Everest jej marzeń. Walk This Way!

8. Bon Iver, 22. A Million. Gdy sobie pomyślę, że takiej płyty jak „For Emma, Forever Ago” już nigdy nikt nie nagra to zbiera się we mnie smutek. Powiem wam szczerze, że rok 2007 był na prawdę SPOKO. Milan wygrał LM, życie było beztroskie a ile fajnych wtedy płyt wyszło. Przemawia przeze mnie starość. Może, ale jak dobry ten nowy krążek od Bon Ivera by nie był, to „For Emma, Forever Ago” nie przebije. Justin Vernon poszedł z duchem czasu, i udało mu się. Obecna młodzież to kupi, chociaż dla mnie te tytuły są trochę śmieszne. No, ale wiecie liczy się wnętrze, a to się potrafi obronić.

blakee7. James Blake – The Colour in Anything. W ostatnim wpisie na blogu obiecałem Panu Blake’owi umieszczenie na liście podsumowującej. By nie być gołosłownym – spełniam, to o czym wspominałem. Oczywiście ów „wyróżnienie” nie wynika wyłącznie z poczucia winy ze względu na brak osobną recenzję „The Color in Anything„. Głównym powodem jest fakt, że tą płytą Blake pozamiatał absolutnie. Z albumu na album Brytyjczyk jest dojrzalszy, lepszy i bardziej MAGICZNY. Ten krążek to kawał dobrej muzyki. Co prawda smutnej i depresyjnej, ale spójrzmy wprawdzie w oczy. Wesołe i wakacyjne piosenki zawsze będą gorsze od tych o nieszczęśliwej miłości.

frank-ocean-performs-ny-2012-billboard-15486. Frank Ocean – Blonde. Trochę mnie wymęczył ten Frank Ocean. Po „channel ORANGE” spodziewałem fajerwerków a tu nowy krążek strasznie na początku przynudzał. Jednak po iluś tam przesłuchaniach w końcu wychwytujemy smaczki i myślimy sobie: hmmmm w sumie to nie jest złe. Cytrusowe kolory wciąż są OK.

car-seat-headrest5. Car Seat Headrest – Teens of Denial. Top 10 bez indie szarpaniny? No way! Mało słuchałem indie rocka w zeszłym roku. Mac DeMarco nic nie wydał. Cloud Nothings też a u Wavves ciszaaa. Niemniej coś tam przesłuchałem i najbardziej do gustu przypadła mi, któraś już z kolei płyta Car Seat Headrest. Jest moc, dobre teksty i nie nudzi. A co najważniejsze, gdy tak posłuchamy tego krążka kilka razy to przekonamy się jednak, że to wyjątkowa rzecz.

beyonee4. Beyonce – Lemonade. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Nie odnoś się do polityki i feminizmu tej płyty. Na „Lemonade” znajdziemy sporo dobrej muzyki i odniesień do polityki USA i haseł feministycznych…. Kur*** nie wyszło.

chance-the-rapper3. Chance The Rapper – Coloring Book. Sporo czasu spędziłem z tym albumem w minionym roku. I to nie ze względu, że chciałem go zrecenzować. Głównie dlatego, że przypadł mi do gustu. Jeżeli chodzi o czarne klimaty, to w mojej ocenie nie było lepszej płyty we zeszłym roku. Oczywiście czuć tutaj wyraźny wpływ „To Pimp A Butterfly„, ale to nic dziwnego, gdyż zeszłoroczny krążek Lamara to dzieło przełomowe. Chance również na swoim krążku miesza gatunki, jak na imprezie trunki. Mamy tutaj sporo gospelu, nutkę jazzu a i też niepogardzono R’n’B. Lirycznie też daje radę, bo te wspominki były „so REAL”. Ja to kupuje.

radiohead2. Radiohead – A Moon Shaped Pool.  W sumie to nic nowego od Thome’a Yorke’a i spółki. Znaczna większość piosenek istniała już od lat 90 i gdzieś tam funkcjonowała w świadomości fanów grupy. Niemniej Radiohead w wyjątkowo dobrym stylu zebrali tą gromadę piosenek, odkurzyli, odświeżyli i połączyli w nowym album. Jak im to wyszło? REWELACYJNIE. Zachwycałem się nowym życiem danym „True Love Waits” a i też wciągnąłem się w piękno „Daydreaming” i „Burn The Witch„. Jeżeli mają być nagrywane płyty z b-side’ami – to tylko w takim stylu jak robi to grupa z Oxfordu.

david-bowie-press-photo-2016-billboard-650-15481. David Bowie – Black Star. Można by się przyczepić, że Bowie dostał jedynkę za kontekst w jakim ukazał się ten album. A powiem wam, że GÓWNO PRAWDA. To absolutnie wybitny krążek. Może nie doskonały, ale na tyle dobry by przyznać mu to zaszczytne miejsce. Co prawda okoliczności śmierci artysty zaraz po wydaniu płyty miały nie mały wpływ na odbiór tego albumu, ale spójrzmy prawdzie w oczy – znaczna liczba muzycznych wydawnictw zawdzięcza swoje miejsce w historii, dzięki kontekstowi. Większość serwisów muzycznych olała „Black Star” na swoich listach. Znalazły lepsze pozycje typu: „Life of Pablo” czy też „Atrocity Exibition”. W moim odczuciu tylko po to by pokazać, że są „ponadto”. Uwierzcie, że za 10, 15, 20 lat o „Black Star” będzie się mówić a o wątpliwej innowacyjności Westa nikt nie będzie pamiętać. Mówię to wam Ja, Jarząbek. Bez odbioru.

Chance The Rapper nagrywa album życia

chance_the_rapper-offical-tumblrTak, to prawda. Chcance The Rapper jest w życiowej formie. Co prawda już wydany cztery lata temu „Acid Rap” stał na przyzwoitym poziomie, jednak dopiero „Coloring Book” okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Najnowszy mixtape rapera z Chicago porywa świetnymi podkładami. Beaty są urozmaicone, taneczne i energiczne. Wystarczy wsłuchać się w „No Problem” czy też „Angels” by to odkryć. Znajdziemy tutaj miejsce na gospel w „D.R.A.M. Sings Special” oraz „How Great„, lekką nutkę jazzu w „Blessings” czy też klasyczne r’n’b w „Finish Line/Drown„.

Szerokie inspiracje też są wyczuwalne na tym albumie. Przykładowo początek „Summer Friends” brzmi jak brakujący kawałek na wspomnianej niedawno przeze mnie najnowszej płycie  Bon Iver „22, A Million„. Swoją drogą to chyba najbardziej klimatyczny utwór na „Coloring Book„. Co więcej? Gitara i smyczki w końcówce „Same Drugs” przywołują mi na myśl pomarańczową twórczość Franka Oceana, natomiast mroczność „Mixtape” porównałbym do rapsów od Future. Poza tym śmiało można dopatrywać się tutaj inspiracji twórczości Kendricka Lamara oraz Kanye Westa, czyli czołówki tabeli ligowej.

coloring-bookDruga kwestia to zestaw gościnnych występów jakimi uraczył słuchaczy Chancelor Johnathan Bennett. Na płycie znajdziemy między innymi pretensjonalnego jak zwykle Kanye Westa, jarającego skręta Lil Wayne’a, Pana 2 Chainz, Future oraz Justina Biebera. Natomiast sam Chance też daje radę i rzuca dobrymi zwrotkami w stylu: „Bunch of tank top, nappy headed bike-stealing Chatham boys„. Generalnie „Coloring Book” to mocna sentymentalna rzecz. Chancelor wraca wspomnieniami do swojej 79 ulicy na, której dorastał. Wspomina swoje stare znajomości, jabłecznik swojej mamy, dom babci i rzuca na koniec „Shut UP! Start Dancing!„. Ja to kupuję.

Coloring Book” to zdecydowanie najlepsza rzecz jaka wyszła spod ręki Chance The Rappera. Płyta jest bardzo przyjemna w odbiorze, dobrze jej się słucha i nie jest naszpikowana tym gangsterskim gównem, którego czasami jest za dużo. Ile można słuchać o tych wszystkich zjaranych blantach, zaliczonych dziwkach i kilogramach złotych łańcuchów? Chancelor dokonał małego podsumowania swojego dotychczasowego życia i wyszło mu to jak najbardziej w porządku. Jeżeli poszukujecie czegoś w czarnych klimatach, zróżnicowanego, łączącego piosenki „radio friendly” z ciekawymi przemyśleniami to powinniście sięgnąć po kolorowanego Chance The Rappera! Nie pożałujecie. Ocena: 9/10.