Toro Y Moi – Anything in Return

toro-y-moi-anything-in-returnBrzmienie tej płyty nie jest dla mnie zaskoczeniem. Chaz Bundick zawsze oscylował z swoją muzyką w regionach sentymentalnej muzyki tanecznej. Tym razem jednak jest jakby mnie sentymentalnie a bardziej tanecznie. Nie każdemu przypadło to do gustu. Zamiast fachowej, rzetelnej i jednocześnie cholernie nudnej analizy literackiej przedstawie czym jest dla mnie (a w zasadzie z czym mi się kojarzy) „Anything in Return” Toro y Moi w kilku zdjęciowych migawkach.

toroymoinewalbum

Ocena: 7/10

Purity Ring – Shrines

PURITY-RING-SHRINESDługo zabierałem się za recenzję tej płyty.

Niektórzy na mieście mówią, że to najlepszy album tego roku. Być może. Lecz nie dla mnie, słuchałem w tym roku o wiele lepsze płyty. Oczywiście nie wiele można zarzucić kanadyjskiemu duetowi. Na robieniu muzyki się znają a na miano debiut roku w pełni zasługują. Czym sobie zasłużyli? Przede wszystkim doborem kapitalnych sampli, które złożone w całość dały fajny rezultat. Czuć tutaj sporo murzyńskiego rapu w podkładach, to z pewnością plus. Poza tym do tej wybuchowej mieszanki dołączono melodie synth-popowe. Wisienką na torcie jest natomiast wokal Megane James, który jak ktoś słusznie zauważył jest słodki, ale nie przesłodzony.

Nie jest to album piosenkowy, żaden utwór zbytnio nie wyróżnia się od pozostałych. Nadrabiają jednak równością całego materiału. Generalnie brzmi to bardzo fajnie, jednak z czasem „Shrines” zaczyna okropnie nużyć. Hype, który towarzyszy temu krążkowi jest całkowicie usprawiedliwiony i uzasadniony. Popieram i sam na koniec recenzji przyznam dobrą ocenę. Jednak musze też zaznaczyć, że tak na prawdę nie ma nad czym się tutaj rozpływać. Owszem szybujmy w powietrzu, ale do liźnięcia nieba jeszcze trochę brakuje. Może następnym razem? Jeżeli nie zostały wyczerpane wszystkie pomysły na „Shrines” to czekam na ciąg dalszy, który być może będzie strzałem w dziesiątkę. Póki co 8/10.

Neon Indian – Era Extraña

Kolejna porcja dobrego chilleave’u na długie jesienne wieczory.

Wszyscy fani gatunku pamiętają świetny rok 2009. Rok rewelacyjny pod wieloma względami (nie tylko muzycznymi), aczkolwiek dobry ze względu na liczbę full wypas albumów. Wtedy to Alan Palomo wydał dobrze przyjęty „Psychic Chasms” i dzięki temu późne wieczory nabierały barw. W tym roku ma być podobnie, a to głównie za sprawą polskich dziewczyn i „Era Extraña”.

Nie będę bawił się w rozszyfrowanie nazwy płyty (trzeba przyznać, że oryginalna) lecz pokuszę się o ocenę materiału zgromadzonego na tym krążku. Początkowe intro tak jak w tytule ma wywołać u nas już na starcie atak serca. U mnie wywołało zaciekawienie. „Polish Girl” na początek stanowi przypomnienie nam kończące wakacje i zapewnia dobrą, taneczną zabawę przez następne 4 minuty i 26 sekundy. „Blinside Kiss” otrzeźwia nas swoim surowym, hałaśliwym brzmienie waląc nam po twarzy rękawiczką. Palomo miał na pewno świetną zabawę nagrywając tą płytę, czuć to na późniejszych „Hex Girlfriend” i „Future Sick”. „Suns Irrupt” natomiast idealnie znalazło by swoje miejsce na niejednej hipsterskiej dyskotece. Całość wieńczy „Arcade Blues”, które jakby żywcem zostąło wyrwane z debiutu Neon Indian.

Tak, słychać wyraźnie na „Era Extraña” jeszcze echa poprzedniego krążka, co oznacza, że Palomo nie rzuca póki co swoimi muzycznymi kamieniami dalej. Tworzy to w czym czuje się dobrze i co najważniejsze rewelacyjnie mu wychodzi. Uwielbiam to w jaki sposób łączy ze sobą banalną prostotę, melodyjność i taneczność z psychodelicznymi wariacjami. Czuć w tym jednocześnie smutek jak i radość. Często się go wymienia przy okazji pisania o Washed Out czy też Toro y Moi, jednak Neon Indian tak jakby podąża swoją, ciut inną drogą do naszych serc. Próbuje pokolorować szare, depresyjne dni jednocześnie wspominając, że zima tuż tuż. A to, że pory roku łączą się z muzyką już wiedział Vivaldi a Neon Indian zawsze będzie dla mnie tą fajniejszą częścią jesienni i wczesnej zimy. Ocena: 8/10

posłuchaj