Washed Out – Within And Without

Kolejny powód, że chillwave to nie była chwilowa zajawka dla hipsterów w poprzednim roku.

A wydawać by się mogło, że już wszystko zostało powiedziane, zaśpiewane i nagrane na zeszłorocznym „Causers od This” Toro Y Moi, które jest takim symbolem gatunku w rzędzie obok Naon Indian, Memory Tapes  czy też wcześniejszych nagrań Washed Out. Chillwave ma się dobrze i grzeczne dzieci dalej chcą tego słuchać. Chaz Bundick zdołał jeszcze w tym roku postawić kropkę nad i wydając Underneath The Pine, Pan Alan Palomo trochę popracował z Flaming Lips, następnie wziął się za robotę solo i na dniach ma się pojawić drugi album, gdzie śpiewa o polskich dziewczynach. Natomiast Washed Out to projekt za którym stoi  pochodzący z Stanów Zjednoczonych Ernest Greene (28 l.). Już w 2009 roku było o nim głośno za sprawą świetnie przyjętego High Times. Rok później dopieścił fanów Life of Leisure. Jednak dopiero w tym roku wydał album studyjny przez wytwórnie Sub Pop.

Album na którym potwierdza tezę, że to nie przelewki. Muszę przyznać, że te kompozycję mnie pochłonęły, wzięły w swoje moce. Te nuty całkowicie trafiają w sedno sprawy, poruszają, zaskakują, motywują, demotywują – co chcecie. Jest w tym wszystkim coś tajemniczego, mrocznego i intrygującego. Jednak nie będę się bawił w detektywa i szukał odpowiedzi na pytania, wolę z perspektywy człowieka przykutego do ściany obserwować obrazy przekazywane przez Ernesta Greena za pomocą melodii. Też macie takie poczucie, że nic w tym roku bardziej was nie zaintryguję? Ja mam, bo ten album to przykład tego jak muzyka powinna oddziaływać na wyobraźnie. Nie ma jednoznacznego wytłumaczenia tego co się dzieje przez te 40 minut na Within And Without. Teraz tylko czekamy na koncert na Offie. Stanowczo polecam, muzyka nie tylko dla hipstera. Ocena: 8/10.

Posłuchaj

P.S. Mega plus za okładkę.

 

Toro y Moi – Causers Of This

W czasie gdy jedni kończą sesję, inni podsumowują dekadę w muzyce a jeszcze inni jarają się Vancouver ja napiszę coś o Toro Y Moi.

O Chazwick’u Bundick’u, znanego również z projektu Les Sins było już głośno w 2009 roku, głównie za sprawą singli, które pojawiły się w internecie. Była w nich wystarczająca magia by stwierdzić, że koleś ma jaja do robienia muzy i środowisko dziennikarskie, muzyczne oraz entuzjaści dźwięków czekali w wypiekami na twarzy na debiutancki album młodego (1986) chłopaka z Stanów.

Czy spełnił oczekiwania? Większość powie, że tak. Borys dał 9,7. Sms od kumpla z tą wiadomością po pierwszej w nocy to rejony dziesiątkowe. Dla mnie ta płyta nie jest aż tak przełomowa, ale przyznaje, że mocno wkroczyliśmy w nową dekadę z Causers of This. Czy jest To Kid A naszej dekady? Ciężko powiedzieć, myślę, że czas pokaże. Na pewno wielu obierze tę samą drogę co Bundick, nie mam jednak pojęcia jak sie to przełoży na muzykę pop. Nie myślmy jednak teraz o przyszłości, spójrzmy na to co mamy teraz.

11 kawałków, najdłuższy z nich ma 3 minuty 44 sekundy. Czyli? Bez przeciągania, nie ma dłużyzn serio. Idealne proporcje. Poza tym słuchając tej płyty wydaje się czasem, że jest to jeden mocno rozbudowany i zróżnicowany utwór co jest absolutnie w tym przypadku na plus. Przeskakujemy z brzmienia w brzmienie i jest wciąż ciekawie. Last.fm podpowiada, że jest to granie spod znaku Neon Indian. Hmmmm. Nie do końca, ale jest coś w tym, zgadza się. Neonowi Indianie mają to do siebie, że ich moja mama prędzej rozkminiła niż Toro y Moi. Nie uważam tego za wadę, ale różnica znacząca jest. Jednak co by nie napisać, co nie powiedzieć to jest to kawał dobrej muzy, już na  starcie 2010 znowu mamy faworyta corocznych podsumowań na wielu muzycznych portalach i licznych blogach. Nie będę opisywał muzy, sprawdźcie sami. Jeżeli lubicie coś nowego, coś alternatywnego a zarazem melodyjnego, ambitnego i czasami w domu słuchacie Animal Collective to myślę, że warto. Ocena: 8/10

Posłuchaj