Blondie – Panic of Girls

Powrót legendy new wave’u z przełomu lat ’70 i ’80 po 8 latach utwierdza w przekonaniu, że starymi dziadami oni jeszcze nie są.

Na ten album czekałem od września tamtego roku, gdy tylko doszły mnie słuchy, że Debbie i ekipa nagrywają. Blondie troszkę zmniejszyła się ostatnio średnia wieku, jednak trzon grupy nadal tworzy najistotniejsze trio Debbie Harry – Chris Stein – Clem Burke, czyli charyzmatyczna, legendarna wokalistka, świetny gitarzysta i jeden z najlepszych perkusistów ever. Jednak trzeba przyznać, że taki Matt Katz-Bohen na klawiszu to nie to samo co Jimmy Destri i niezapomniane melodie z Atomic czy też Hearts of Glass.

Mamy rok 2011, czego spodziewać się po zespole, który swoje lata świetności miał ponad 30 lat temu? Trzeba przyznać, że  Eat to The Beat (z 1979) to ostatni wyśmienity ich album, lata 80 to już czas innych artystów i mimo, że próbowali się dostosować (Debbie nawet rapowała) to już nie było to samo. Zespół jeszcze wrócił w 1999 z albumem No Exit, który wypromował tylko jeden światowych hit Maria. Jednak to był, krótki zryw z podziemi. Razem już nie brzmieli tak dobrze jak osobno, taki album Debbie Necessary Evil to potwierdza. W 2010 trzon grupy zebrał się do kupy, koncertował po Stanach i zaczął nagrywać. Efekty recenzuję poniżej.

Od razu muszę zaznaczyć, że ta płyta jest mocno energiczna i od pierwszej piosenki słucha się jej jakby była nagrana przez szczeniaków, debiutantów. Debbie Harry, która w tym roku kończy 66 lat ma więcej werwy niż nie jeden młodszy wokalista. Ona nigdy nie schodziła poniżej dobrego poziomu. Chris Stein, który na karku liczy już 61 lat wciąż jest świetnym gitarzystą. Natomiast Clem Burke to co wyrabia na tej płycie z bębnami przypomina mi jego świetne tomy w Dreaming. Ciężko jako tako mi zakwalifikować sam materiał. Z jednej strony są to utwory, które przypominają mi ich rockowo-popowe energiczne granie z okresu Parallel Lines, w nieco odświeżonej formule. Z drugiej widzę, że zespół nie patrzy jedynie wstecz bo mamy przykładowo cover Beiruta „Sunday Smile”, który wydaje się być najlepszym trackiem na całym albumie. I co do tego mam mieszane uczucia, bo świetnie odegrali tą piosenkę, jednak nie jest ona przez nich napisana. No win situation. Jednak przecież nie brak tutaj innych dobrych piosenek. Z pewnością na uwagę zasługują: sielankowe Girlie, Girlie czy też napieprzające D-Day.

Na koniec zespół zostawił „europejskie” niespodzianki. Mamy tutaj Le Bleu, francuską balladę, która swojego znaczenia dopiero nabiera podczas rejsu po Sekwanie. Dla hiszpańskojęzycznych przyjaciół natomiast mamy utwór Wipe Off My Sweat, który jest jakby brakującym ogniwem w dyskografii Shakiry.

Podsumowując, cieszę się z nowej płyty Blondie jednak zauważam, że nie wprowadza zespołu na nową drogę na szczyt a jedynie jest ciekawym dodatkiem do ich bogatej historii. Ocena: 6/10.

posłuchaj

Blondie – Parallel Lines

BlondieParallelLinesJestem za młody by pamiętać lata 70, Nowy Jork, New Wave i te sprawy. Nie będę oryginalny. Wszystko zaczęło się od Heart of Glass.

„Królowie nocy” fajny gangsta film z 2007 roku. Pierwsza scena filmu przedstawiająca głównego bohatera pieszczącego swoją egzotycznądziewczynę okraszona właśnie tym szlagierem na tyle mnie zaintrygowała, że sprawdziłem kto gra tego parkietowego klasyka. Blondie. I tak się zaczęło. Okazało się, że sporo piosenek tej formacji znam dobrze a reszta wcale nie jest gorsza. Parallel Lines to najlepsza płyta w dorobku grupy i ogromny krok do przodu jeżeli chodzi o muzykę. Zaczynamy.

Hanging On The Telephone daje kopa na samym starcie. Nie zapominajmy, że Debbie Harry z chłopakami to na początku punkowcy. Nie tacy true punkowyc, ale jednak. Można powiedzieć punkowcy z keyboardem.  Od czegoś trzeba było zacząć. Heart of Glass sprawił, że przybrnęła do nich etykieta zespołu disco. Obecnie nie powinno się ich szufladkować. Blondie to klasyka, legendy. Przecież nikt teraz się nie zastanawia czy The Beatels byli indie? Wracając do płyty. Heart of Glass – 6 minutowy killer parkietu, wcześniej znany jako Once I Had A Love. Dopracowany, przerobiony na klimaty dyskotekowe. To był strzał w dziesiątkę. Wcześniejsze wersje utworu zapowiadały coś ciekawego, ale nie genialnego. Okazało się, że jest to materiał na hit XX wieku.

W zasadzie ta płyta to same genialne piosenki. Tak zwane muzyczne ideały, których obecnie ciężko znaleźć. Taki Picture This. Skumajcie perkusje. To co wyrabia Clem Burke na garach zapiera dech w piersiach. Fade Away And Radiate. Kurwa ten początek. „Ooh baby, I hear how you spend night-time:Wrapped like candy in a pure blue neon glow.” No i oczywiście Chris Stein z swoimi dziarskimi riffami. Sunday Girl natomiast pełne radości sprawia, że sami klaszczemy jak nasi dziadkowie w latach 60.

Nie ma co dalej zachwycać się nad poszczególnymi utworami. Blondie przeszło do historii. Nikt tego nie podważy. Oczywiście ogromna w tym zasługa frontmenki Debbie Harry, która uchodziła za blond piękność. Obdarzoną dodatkowo wspaniałym głosem i charyzmą wywołuje u mnie dreszcze. Reszta chłopaków to ładnie ubrane tło dla byłego króliczka Playboya. Zastanwiam się co robiłem w 2005 roku kiedy byli w Polsce?! Mimo, że Debbie jest już w wieku mojej babci to nadal potrafi przyciągnąć uwagę. Panie odpuść mi grzechy. Ocena: 10/10.

Hanging On The Telephone.