20 najlepszych okładek płyt

Background_PurpleCzym byłaby muzyka bez tej fizycznej części? Jestem staroświecki, lubię mieć płytę na półce. Lubię podczas słuchania oglądać okładkę, czytać zawartość książeczki, śledzić teksty. To jest pewnego rodzaju rytuał słuchania płyty. Dlatego nie jarają mnie w ogóle wersje elektroniczne. Dzień w którym nie będzie można kupić płyty, filmu, książki i gazety w formie fizycznej będzie najsmutniejszym dniem w dziejach świata. Dzisiejszą notkę chcę poświęcić okładkom, które nie ukrywajmy są równie ważne co zawartość płyty. W historii muzyki było wiele kapitalnych płyt z słabymi okładkami i na odwrót. Dzisiaj chcę zaprezentować 20 moich ulubionych okładek.

arctic-monkeys-whatever-people-say-i-am-thats-what-i-am-notArctic Monkeys – Whatever People Say I Am, That’s What I’m Not (2005). Z powodu fajki było sporo kontrowersji, jednak trzeba przyznać, że zdjęcie Chrisa McClure’a jest na swój sposób urzekające. Zawiera ono pewnego rodzaju prostotę. Nie jest może jakieś wybitne, ale idealnie pasuje do zwartości płyty.

Animal-Collective-Strawberry-JamAnimal Collective – Strawberry Jam (2007). Tak jak w przypadku wcześniejszej okładki to zdjęcie również pasuje do albumu. Płyta się nazywa truskawkowy dżem to i na zdjęciu mamy rozkwaszone truskawki. So ironic.

The Beatles - Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club BandThe Beatles – Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (1967). Legendarna okładka kultowego zespołu. Znaleźli się na niej oprócz muzyków zespołu z Liverpoolu  i ich woskowych figur kartonowe wizerunki wielu znanych osób sztuki, muzyki, filmu, polityki, sportu, nauki i innych dziedzin. Współczesnemu, nieobeznanemu w historii człowiekowi wiele tych nazwisk nic nie mów. Te najbardziej znane to: Marlon Brandon, Edgar Allan Poe, Bob Dylan, Flip i Flap, Marylin Monroe, Karol Marks, Oscar Wilde i Albert Einstein. Monumentalne dzieło.

Blondie PLBlondie – Plastic Letters (1978). Sam zamysł robienia zdjęcia przy radiowozie brzmi infantylnie. Jednak to zdjęcie ma to „coś”, taki luz, który powoduje, że to moja ulubiona okładka Blondie. I pomimo tego, że zawartość płyty dupy nie urywa to kupiłem tą płytę ze względu właśnie na okładkę.

bob-dylan-freewheelinBob Dylan – The Freewheelin’ (1963). Mimo, że to zimowy Nowy Jork to ta okładka promienieje i wzbudza we mnie pozytywne odczucia. Nie wiem czy to sprawka Suze Rotolo, która wróciła z słonecznej Italii czy też tego hipisowskiego Volkswagena z tyłu?

born in the usaBruce Springsteen – Born In The U.S.A. (1984). Chyba najbardziej amerykańska okładka wszech czasów. Przetarte jeansy, kowbojski pasek, czapka z daszkiem i tyłek Springsteena. A to wszystko na tle flagi Stanów Zjednoczonych.

london-callingThe Clash – London Calling (1979). Źródeł  popularności okładki punkowej płyty należy upatrywać w nawiązaniu do grafiki ozdabiającej debiut Elvisa Presleya oraz fenomenalnym zdjęciu przedstawiającym Paula Simonona rozwalającego swoją gitarę podczas koncertu w Nowym Jorku. Połączenie ironii (muzycy zawsze podkreślali, że teksty takich muzyków jak Presley czy Rolling Stones są do dupy) i anarchii, którą symbolizuje roztrzaskana gitara.

clinic 1999 epClinic – Clinic EP (1999). Ta okładka przez długi okres czasu ozdabiała mój folder z muzyką na kompie. W jakiś sposób to samo się ustawiło. Jednak nie zamierzałem tego zmieniać, bo genialnie pasowała. Nie jest ona jakaś wybitna, jednakże przedstawia mój ulubiony instrument muzyczny – perkusję. A jeżeli ktoś jeszcze nie wie to bębny od zawsze był moją niespełnioną do końca pasją.

kanyewestlateregistration2005Kanye West – Late Registration (2005). Dropout Bear w szkolnym uniformie był chwytem marketingowym Kanye Westa w czasach zanim okładką jego płyty był brak okładki. A tak serio, gdy patrze na ten obrazek to mam mieszane uczucia. Sam West także budzi mieszane uczucia. Z jednej strony chętnie nakopał bym mu do tyłka, z drugiej cenię jego za kapitalną muzykę. Stąd wyróżnienie.

good-kid-maad-cityKendrick Lamar – Good Kid, M.A.D. City (2012). To zdjęcie wygląda trochę jak ten mem z tymi czterema śmiesznymi typkami przy jednym stole. Z drugiej strony, gdyby przejrzeć rodzinne albumy to możemy znaleźć dziesiątki podobnych fotek u siebie. Siła tkwi w prostocie i słoiku z żółtym „czymś”. Klimatu z pewnością dodają też cenzurki na twarzach. Świetna płyta, z świetną okładką.

108315_kombajn-do-zbierania-kur-po-wioskach_osme_pietroKombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach – 8 Piętro (2005). Mechaniczny kurczak na fajnym odcieniu zieleni przez długi czas stanowił moją tapetę na telefonie. Moja słabość do tej płyty tkwi nie tylko w muzyce, ale i w tej grafice.

Fucked Up - The Chemistry of Common LifeFucked Up – The Chemistry of Common Life (2008). Kolejna okładka prezentująca uroki Nowego Jorku. Tyle, że tym razem w cieplejszy dzień przy zachodzie słońca. Metafora życiowego pośpiechu i cywilizacyjnego postępu. Być może zdjęcie jakich wiele, ale na swój sposób ujmujące i wciągające.

Menomena - Friend And FoeMenomena – Friend And Foe (2007). Zdecydowanie jedna z moich ulubionych okładek. Na te drobne elemenciki tworzące w kunsztowny sposób grafikę płyty Menomeny mogę patrzeć godzinami. Czuć duch Radiohead i ich stworka z „Amnesiac„.

N.W.A. - Straight Outta ComptonN.W.A. – Straight Outta Compton (1988). Te zdjęcie pokazuje tylko jedno. Trzymajcie się z dala od Compton, najniebezpieczniejszego miejsca na planecie. W naszym wydaniu brzmiałoby to tak „miasto jest nasze”. Gangsterska płyta z mocnymi tekstami wymaga równie mocnego artworku.

Nirvana - NevermindNirvana – Nevermind (1991). O tej okładce pisano już książki, dlatego też nie dodam nic oryginalnego. Musiała się znaleźć na liście.

of Montreal – The Sunlandic Twinsof Montreal – The Sunlandic Twins (2005). Zespół Kevina Barnesa przyzwyczaił nas, że muzykę of Montreal można interpretować na wieloraki sposób. Jednakże okładka albumu z 2005 roku symbolizować może tylko – Małżeństwo Kevina z Niną. Muzyka of Montreal zawsze szła w parze z uczuciami sercowymi wokalisty. Na tym etapie Kevin czuł się bliźniakiem Niny. Stąd taka a nie inna nazwa płyty i okładka. Co było dalej, poszukajcie sami.

Rage Against The Machine - Rage Against The MachineRage Against The Machine – Rage Against The Machine (1992). Chyba pierwsze zdjęcie na liście o zabarwieniu politycznym. Rage Against The Machine często poruszali kwestie polityczne dlatego nie dziwi fakt,że użyli legendarnego zdjęcia z okresu wojny w Wietnamie przedstawiającego wietnamskiego mnicha dokonującego aktu samospalenia.

The Rolling Stones - Beggars BanquetThe Rolling Stones – Beggars Banquet (1968). Nie ma nic bardziej rockowego niż obleśny kibel z zamazaną ścianą. Wczytajcie się w te napisy i te obrazki.

the_velvet_underground-the_velvet_underground_y_nico-frontalThe Velvet Underground and Nico – The Velvet Underground and Nico (1967). W tym przypadku recepta na sukces była prosta – użycie grafiki Andy’ego Warhola.

Ścianka - Pan Planeta (2006)Ścianka – Pan Planeta (2006). Ta okładka jest jak cała zawartość tej płyty. Nie tylko ze względu na tytułowego Pana Planetę. Ale formę jaką on przyjął i jego minę. Uwielbiam takie ironiczne żarciki i heheszki.

10 kapitalnych reklam z kapitalną muzyką w tle

Nie ma nic gorszego od natarczywych reklam. Są wszędzie. Przeszkadzają nam w oglądaniu filmu w telewizji, drażnią podczas słuchania radia, marnują strony w gazetach, zasłaniają widoki przy drodze i co gorsza spowalniają nam internet. Nie cierpię tego. Jednak od jakiegoś czasu reklama stara się być atrakcyjna. Ewolucja marketingu doprowadziła do tego, że reklama stała się pewnego rodzaju sztuką. Dlatego postanowiłem stworzyć listę 10 rewelacyjnych reklam wzbogaconych o kapitalne piosenki.

Rapture – In The Grace of Your Love / Nokia Lumia 610. The Rapture ma na koncie wiele fajnych, melodyjnych piosenek. Tytułowy utwór z ich najnowszego albumu świetnie odnalazł się w reklamie smartfona Nokii Lumia 610. Osobiście nie jestem fanem tych wszystkich pierdołowatych dodatków w telefonie lecz jestem pewien, że dziadująca ostatnim czasem Fińska firma dzięki fajnej reklamie podgoniła trochę w wynikach sprzedaży Apple i Samsunga.

Ghinzu -The Dragster-Wave / Peugeot 208. Tą piosenkę odkryłem dzięki ostatniej reklamie samochodu Peugeot 208. Ghinzu to mało znany zespół z Belgii, który swoją twórczością nawiązuje do takich kapel jak Muse. „The Dragster-Wave” to zdecydowanie ich najlepsza piosenka użyta również w filmie Tekken. Jednak to w tej dynamicznej reklamie sprawia najlepsze wrażenie.

Clinic – D.P. / Mentos. Ta piosenka jest znana tylko i wyłącznie z komicznej reklamy Montosa z owcami jeżdżącymi na kosiarkach. Można nawet powiedzieć, że przeszła dzięki temu do historii.

Andras Johnson – Glorious / Nutella. Reklama Nutelli odświeżyła ten fajny, patetyczny kawałek Andreasa Johnsona. Piosenka może nie jest jakaś wybitna ale w połączeniu z dobrze zrealizowanym klipem reklamowym robi wrażenie. Poza tym kto z nas w podstawówce nie chwalił się nigdy kolegom, że „ma dziś z nutellą”?

Eveline – There There / UEFA Fair Play. Mimo, że Euro 2012 już zakończone to warto jeszcze raz wrócić do reklamy, która była pokazywana w przerwie każdego meczu. I nie mówię tutaj o reklamie Sawickiego z bogatym plonem. Chodzi o klip zrealizowany przez UEFA, który ma na celu szerzenie fair play.

Soviet – Candy Girl / EDC Esprit. Nie mam pojęcia czy marka EDC Esprit funkcjonuje na polskim rynku, ale gdy tylko zobaczyłem tą reklamę na MTV to odraz rozpocząłem poszukiwania tej fajnej synth-popowej piosenki.

Lana Del Rey – Blue Velvet / H&M. Ok, wiem, że Lana Del Rey śmierdzi sztucznością na kilometr, ale oglądając tą reklamę czuć klimat wielkiego mistrza Davida Lyncha!

Justice – Civilaztion / Adidas. Wojny reklamowe Nike z Adidasem są najbardziej spektakularnymi. Adidas ma ten plus, że obok gwiazd sportu pojawiają się również muzycy oraz aktorzy. Totalny misz-masz popkultuorwy miły dla oka.

Jose Gonzalez – Heartbeats / Sony Bravia. Reklama telewizora Sony Bravia to istny majstersztyk dla oka i ucha. Bezładnie odbijające się od ulic San San Francisco kolorowe piłeczki przy akompaniamencie delikatnej, intymnej i akustycznej piosenki Gonzaleza wprowadzają nas w stan transu. Po przebudzeniu nie wiemy kim jesteśmy, gdzie mieszkamy i co lubimy najbardziej. Wiemy tylko to, że musimy mieć ten telewizor.

The Cinematic Orchestra – To Built A Home / Chivas Regal. Uwielbiam reklamy napojów wyskokowych. Klipy promujące piwa przeważnie muszą być śmieszne. Inaczej ma się rzecz z mocniejszymi trunkami. Każda reklama gorzałki, whisky oraz innych trunków wysoko procentowych jest taka… niejednoznaczna. Przeważnie do ostatnich sekund filmiku nigdy nie wiadomo czego to jest reklama? W przypadku whisky Chivas Regal nie jest inaczej. Różne obrazy z życia, w tle patetyczna muzyka The Cinematic Orchestra, miły głos lektora. Bardziej to wygląda na reklamę ubezpieczenia niż whisky, ale to działa. Ok, to już wiecie co możecie kupić na 6 urodziny Paweuu Alternativ Blog.

A jakie są Wasze propozycje?

Off Festival 2008

clinic

Clinic

No i w końcu piszę relację z wydarzenia o którym trąbiłem ostatnie dwa miesiące. Pojechałem, zobaczyłem, piszę. Piszę bo byłem a byłem bo musiałem. Musiałem bo Off w tym roku zapowiadał się wyjątkowo i taki był.

Off Festival rozpoczął się 8 sierpnia. Przez dwa dni na 5 scenach można było zobaczyć około 50 wykonawców. Trzeciego dnia odbył się jeden koncert Iron and Wine. Wszystko odbywało się w Mysłowicach w miejscu zwanym Słupna Park. Była to trzecia edycja tego festiwalu, którego pomysłodawcą jest Artur Rojek. Z roku na rok widać coraz większy progres jeżeli chodzi o wykonawców i organizację. Miałem jechać na dwie poprzednie edycje, ale dopiero ta trzecia nie pozostawiła mi wyboru. Musiałem.

of Montreal

of Montreal

Piątek. Tygodnia koniec i początek. Wyjazd z Mikołowa do Katowic, z Katowic to Myslovitz. Miło, że blisko bo transport mnie kosztował 4 zł w jedną stronę. Lokowanie na Polu Namiotowym poszło sprawnie. Rozbijanie namiotu szybko, ale wcześniej Mocarz. I w tym miejscuuu napiszę o polu namiotowym. Kameralne, podzielone segmentami, ale do tojasa daleko. Praktycznie to fajnie na nim było, tylko te odległości do wc czy na sam festiwal. Jeżeli chodzi o żarło. To Biedronka Rulez. Czyli na żarciu można było także nieźle zaoszczędzić. Pogoda. Rozczarowanie! Miał być grad a nie było! A tak na serio to już jestem zahartowany i nie przeszkadza mi burza, deszcz, śnieg.

Pierwszy dzień zacząłem od poznania obszaru festiwalowego. Piwo było, żarcie było, pamiątki były, toalety były. Generalnie git. Afro Kolektyw. Pierwszy gig, który widziałem. W namiocie gorąco. Przez te 30 min opierania barierki zdążyłem się nieźle spocić. Nasze polskie hip-hopowe nie wiadomo co dało nawet fajny koncert. Chcieli grać dłużej niż pół godziny, ale nie było szans. W ogóle koncerty na Offie były tak rozplanowane, że w zasadzie można było zobaczyć wszystko. Oczywiście nakładało się parę koncertów na siebie, ale nie było możliwości by nie zobaczy Mogwaia, Clinica, Menomene itd. Miało to także złe strony. Koncerty do bardzo późnych pór i zero bisów. Po Afro Kolektywie udaliśmy się z kompanem pod scenę Biedronka na występ Mocarza. Ogólnie z piwem było ciężko i każdy musiał główkować. Na terenie festiwalu lanych Lech był za 4 zł. Jeżeli chodzi o cenę to nie tak tragicznie, ale wiecie jak o z piwem lanym na takich festiwalach. Nieopodal była biedronka. Ceny i wybór fajny, ale nie dość, że piwo ciepłe to jeszcze nigdzie się go nie napijesz. Na festiwal z nim nie wejdziesz. Tam jedno piwo by się dało przemycić, ale szkoda zachodu dla jednego browara. Po drugie na ulicach policji sporo. Trzeba szukać miejscówek bo do namiotu daleko.

Clinic

Clinic

Znowu wróciłem do namiotu offensywy. Grały Muchy. Dookoła wszyscy bo to był pierwszy konkretny koncert tego dnia. Na dodatek lunęła ulewa i każdy wbijał pod namiot. Czwórka indie rokowców z Poznania wyszło w sztormiakach. Koncert tak pół na pół. Dobre momenty gdy grali utwory z Terroromansu. Te nowe piosenki zupełnie słabe. Gdy grali Państwa-Miasta słyszeć można było: „nie to nudne już jest”. Zgadzam się, zupełny brak polotu w porównaniu z takim „Najważniejszym Dniem” czy „Zapachem Wrzątku”. Gdy zaczęli grać bis wyszedłem by nie spóźnić się na of Montreal. Przestało padać akurat i wyszło nawet słońce. Sam koncert of Montreal był zajebisty. Chyba najlepszy na całym festiwalu. Kolorowe wizualizacje, ciekawe stroje, wystrój Barnesa i golenie wąsika to tylko część atrakcji z tego wyjątkowego koncertu. Większa część setlisty pochodziła z „Hissing Fauna, Are You Destroyer?” co jest całkiem na plus. Generalnie było mocno tanecznie. Bardziej tanecznie niż nawet jak byłem na LCD Soundsystem. Barnes dodatkowo zachowywał się jak Matt Bellamy tylko bez patosu. Zaraz po of Montreal miał zacząć się mój najważniejszy koncert. Chodzi o Clinic. By mieć zajebistą miejscówkę urwałem się z końcówki of Montreal. Clinic nie grał na scenie głównej. Na początku było to dla mnie dziwne, teraz rozumiem tą decyzję. Scena leśna najlepiej oddawała ich muzykę. Koncert był bardzo dobry. Połowa utworów z Do It druga połowa to największe hity. Przez cały czas ostre pogo co nawet było czasami śmieszne. Większość nie znała ich muzy i najzabawniejsze było jak zaczynali pogować przy Free Not Free a tu nagle zmiana na sielnakowość a tłum nie wie co robić… Skończyli grać a ja czułem mały niedosyt. Odwróciłem się by iść do tojasa (Na Offie nie było praktycznie bisów) gdy nagle wyszli i usłyszałem pierwsze riffy Cement Mixer. Wiedziałem w tym momencie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem Świata. Uczucie podobne do tego jak Milan wygrywa LM, dostajesz 3 z fizyki itd. Istne doznanie absolutu. Po Clinicu chwila na złapanie oddechu bo przede mną jeszcze parę godzin zajebistej muzy. Poszedłem pod scenę Główną by zobaczyć pierwszy raz w życiu Hey. Nie powalili mnie. Nie zaintrygowali. Typowe polskie granie. Lubię trochę Hey, grali hity, ale nic szczególnego w moim życiu się nie zmieniło po tym występie. Na dodatek Nosowska zapomniała tekstu w jednej z piosenek. Gdy zaczęli grać następna piosenkę gdzie tekst był anglojęzyczny mój kompan skwitował to tak: „a po angielsku to pamięta…”. Koniec Hey.

Mogwai

Mogwai

Musiałem iść do tojasa, musiałem. Kolejka jak ch… w sensie długa. Siedzę, w zasadzie lewituje i słyszę Caribou. Caribou widziałem przez jakieś pół godziny i to z daleka bo nie miałem sił przedzierać się przez błoto pod scenę. Grali na prawdę porywająco. Dla wielu to właśnie Caribou dało najlepszy koncert. 15 minut do Mogwai. Dla mnie i mego kompana to miał być koncert dnia (Dla mnie na równi z Clinic). Ludzi w ciul. Sam Rojas wyszedł ich zapowiedzieć. Ubogo w słowach, ale jak sam stwierdził – „nie ma co gadać, sam czekam na ten występ”. Wychodzi Mogwai i zaczynają zabijać ludzi dźwiękami. Oczywiście tylko tych, którzy ich znają i wielbią. Bo wielu przyszło ich tylko zobaczyć bo w tv mówili, że to największa gwiazda. I dlatego słychać było ziewy itp dźwięki. Pewnie się zawiedli, że nikt nie śpiewał. Przy pierwszym utworze na scenę wtargnął jakiś maniak by zaprezentować się w chwili glorii gdy obok niego stali Szkoci z Mogwai i patrzyło się w tą stronę 10 tysięcy ludzi. Dla wielu to był punkt kulminacyjny tego koncertu. Mogwai dla mnie był świetny. Trans, trans, kurtka trans. Zagrali parę piosenek z nadchodzącej płyty i parę hitów. Świetnie było. Wkręciłem się w ich klimaty. 1:15 minut stania w jednym miejscu z bolejącą kostka dało swoje. Byłem nie miłosiernie zmęczony, że ledwo doczołgałem się do namiotu. Trochę mi było żal, że nie mam sił na Waglewskich czy też Dat Politics. Jednak to były takie pory, że nawet zdrowi nie dawali rady wytrzymać.

Menomena

Menomena

Dzień drugi. Deszcz padał dalej. Dlaczego nie ma gradu? Szedłem na Rentona, ale po drodze zaszliśmy na żer i potem czekaliśmy jeszcze 15 minut na busa by przejechać jeden przystanek. Zaszliśmy na Scene MySpace. Najbardziej śmiesznie żałosna scena festiwalu. Ulokowana na boisku do siatkówki obok placu zabaw. Scena ograniczająca się do białego namiotu ogrodowego. Nagłośnienie tak marne, że nawet stojąc pod kolumną nadal słyszałeś pierdy spod sceny głównej. Dobra, nieważne. Grał Kawałek Kulki. Do czasu jak śpiewała babka szło jeszcze tego słuchać. Poszedłem zobaczyć tego całego Czesława. Podobno live jest zajebisty. Sobie pomyślałem, że skoro irytuje mnie na płycie to będzie miał u mnie plusa za występy live. I co? Ci wszyscy ludzie doszczętnie mi obrzydzili Czesława. Jeszcze grał te swoje piosenki o żabie itd. Lepiej to brzmiało niż na płycie, ale nie idzie tego na dłużej słuchać. Tego nie powinno być na Offie. Prędzej Open’er. Poza tym te bycie zabawnym na siłę a la Mozil. Robił z siebie idiotę w moich oczach. Czasami mu się udało powiedzieć coś zabawnego a czasami mówił, że cieszy się, że są drzewa albo chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie nie powiedział bo zapomniał. Dość o nim. Po tym koncercie postanowiłem odwiedzić w końcu Scenę Structura Experimental. Akurat muzykę starał się preparować Karol Schwarz All Stars. Scena mieściła się w jakimś małym pomieszczeniu. W środku zaduch i sielankowe nastroje, wszyscy leżą i słuchają tego jazgotu. Mimo mojej tolerancji dla muzyki alternatywnej musiałem wyjść po 3 utworach na dodatek kazali nam wstać z zolu.

British Sea Power

British Sea Power

Będąc na zewnątrz usiałem na ławce i kontem oka obserwowałem ten cały Izrael’ 83. Będę szczery. Nie lubię reagge, nie lubię dredów i nie lubię piosenek o Babilonie. Z resztą ile można słuchać tekstów w stylu „naród musi wolny być” ? Wróciłem pod scenę MySpace. Była nieopodal, za ławką. Był akurat występ Karpaty Magiczne/The Band of Endless Noise. Nie zaintrygowali mnie. Poszedłem na Menomene, reszta wolała zostać na Czesławie again. Menomena grała fajnie. Zagadywali w stylu: „Hi I’m Justin” i opowiadali o sobie trochę w czasie gdy naprawiana była perkusja. Cieszyli się, że są w Polsce. Fajne chopki. Zagrali największe hity i się zmyli pozostawiając po sobie miłe wspomnienie. Dla wielu koncert był bez fajerwerków, ale co oni mogą wiedzieć jak wtedy byli na tym boskim Duńczyku. Po Menomenie chciałem wbić na Singapore Slang. Fajne dźwięki szło usłyszeć spod namiotu, ale nie dało się wbić za nic. No to poszedłem na British Sea Power. Ci to dali czadu na prawdę. Jak ktoś ci mówił, że było to słabe to znaczy, że mało wie i doznaje przy tekstach w stylu „uciekła babeczka z miasteczka”. Rozkręcali się z minuty na minute. Ostatni utwór to była istna miazga. Koncert kończyli w istny musowym stylu. Nie zabrakło powiewających flag. Scena ozdobiona w roślinki. Było supcio. I tym występem zakończyłem Off Festiwal 2008.

Podsumowując. Było fajnie mimo, że kulałem jak pomocnik Doktora Frankensteina i, że mnie wszystko bolało. W ogóle przeczytajcie drugą nie oficjalną recenzję Off Festiwal. Ludzie byli fajni, nietypowi bo muzyka nie typowa. Miłe wrażenie po Offie miałem. W niedzielę na Iron and Wine nie byłem bo nie miałem biletu, suchych skarpetek i sił. Do zobaczenie za rok.