15 Najlepszych płyt 2024 roku

Okazuje się, że rok 2024 był wybitnie obfity w muzyczne wydawnictwa, które przypadły mi do gustu. Oto moja subiektywna lista 15 najlepszych muzycznych krążków minionego roku, które najczęściej słuchałem.

15. Young Jesus – The Fool. Z całej indie rockowej paczki został jedynie John Rossitera, ale i tak jest bardzo dobrze. Koleś ogarnia sam już kolejną płytę i ponownie ląduje u mnie na liście podsumowującej. Tym razem uderza w dream-popowe tony i folkowe brzmienie. Kapitalny popis wokalny.

14. Mannequin Pussy – I Got Heaven. Nie będę ściemniał, że Mannequin Pussy znaleźli się tutaj głównie za wybitny track „Loud Bark„. Nie mniej na całym „I Got Heaven” nie brakuje dobrej, gitarowej muzyki. To była jedna z tych płyt, która pod koniec roku okazała się jedną z najczęściej przeze mnie odpalaną. Teraz, gdy do niej ponownie wróciłem odżyły znowu te emocje i wiem, że będzie to mój stały punkt muzycznych powrotów.

13. Coals – Sanatorium. Jedyna polska płyta na moim zestawieniu. W sumie i tak dobrze jak na wskaźnik rodzimych płyt, które przesłuchałem. Co prawda staram się sprawdzać polskie produkcje, jednak od czasów kiedy poumierały polskie niezal portale ciężko się dokopać jakiś polecajek w social mediach zalanych gównianymi rolkami o chłopie przebranym za babę albo innych pierdołach. „Sanatorium” to kawał dobrej muzyki, do czego węglowy duet już nas przyzwyczaił na poprzednich albumach. Jest trochę popowo, jak i hip-hopowo za sprawą duetu z Hubertem w „primabalerina”. Płyta powstała w studiu Łukasza Rozmysłowskiego, które zostało zniszczone w wybuchu cieszyńskiej kamienicy. Dlatego też zachęcam do wsparcia zrzutki.

12. Charli XCX – Brat. Chyba najbardziej hajpowana płyta w minionym roku. Charakterystyczna barwa okładki, tytuł, który stał się młodzieżowym sloganem czy też wielobarwne utwory przyczyniły się do tego, że Pani Charli XCX stała się jedną z najbardziej rozchwytywanych wokalistek popowych. Płyta dobra, ale wiele starszych kompozycji od Brytyjki cenię bardziej niż „Brat„. Czas pokaże, na ile ta płyta jest innowacyjna.

11. Nilüfer Yanya – My Method Actor. Dla 29-letniej Brytyjki jest to już trzeci album, a energia i świeże pomysły zgromadzone na „My Method Actor” raczej wskazywałyby na artystyczny debiut. Ładne i zgrabne kompozycje łączą się tutaj z charakterystycznym wokalem Pani Nilüfer Yanya. Bardzo przyjemny album.

10. Jamie XX – In Waves. Doskonałą decyzją dla Pana Jamesa Thomasa Smitha (członek grupy The xx) okazała się solowa kariera, gdyż każda z jego płyt okazywała się wybitna. To samo można powiedzieć o jego już trzecim longplayu „In Waves„. Świetne wyczucie panujących trendów, zmysł kompozytorski i nieszablonowe pomysły stawiają go w jednej linii z Pandą Bearem czy też Danem Snaithem tworzącym Caribou.

9. Kendrick Lamar – GNX. Czy jest obecnie lepszy raper w Stanach od Kendricka, który w swojej dyskografii ma same perełki? Sprawa wątpliwa. Lata 90 miały NASA, TUPACA czy też Biggy’ego. Obecna dekada może pochwalić się raperem z Compton. Kolejna świetna płyta, która celebruje minione dekady i zwraca uwagę na problemy czarnoskórej społeczności. Nie jest tak singlowo jak na jego pierwszych wydawnictwach, ale to cholernie równa i mocna płyta.

8. Idles – TANGK. Obok Fountaines D.C. zespół z Bristolu to najlepsze obecnie granie z gatunku post punku, a może i samej muzyki gitarowej. „TANGK” to już ich piąty album, który daje ogromne ilości świeżości. Joe Talbot i spółka od 2009 roku nie zwalniają tempa i chwytają swoich słuchaczy za karmany, wrzeszcząc w twarz: „SIADAJ I SŁUCHAJ, BO TO ZAJEBISTA MUZA”. No i mają racje. Mimo, że początkowy „IDEA 01” daje sygnały, jakby mieli grać lżejszą muzyką. To jednak następny „Gift Horse” to prawdziwa energia, która stała się hymnem minionego roku.

7. Tyler, The Creator – CHROMAKOPIA. Czy Pan Tyler Gregory Okonma nagrał kiedykolwiek słaby album? Wygląda na to, że nie. Co prawda nie pawam miłością do debiutanckiego „Goblina„, jednak od 2013 roku, czyli wydania płyty „Wolf” było już tylko lepiej. Potwierdza to także zeszłoroczna „CHROMAKOPIA„, która jest muzyczną jazdą bez trzymanki. Efekciarski mix gatunków łączy się tutaj z bezpardonową nawijką Tylera. Każdy następny jego utwór kupuje w ciemno, a Tyler to jakość sama w sobie.

6. Vampire Weekend – Only God Was Above Us. Już pewnie to mówiłem, ale nie spodziewałem się po Nowojorczykach niczego wielkiego od czasu debiutu (który też nie był jakiś wybitny). Nie mniej potrafią zarazić miłością do tego swojego niewyobrażalnie ogromnego miasta. Świetny klimat, miłe dla ucha kompozycje. Wszystko tutaj jest na swoim miejscu.

5. Kali Uchis – ORQUIDEAS. Orchidee to narodowy kwiat Kolumbii. Czyli kraju z którego pochodzi wokalistka Kali Uchis. Artystka postanowiła nawiązać do swojej ojczyzny poprzez przystrojenie swojej płyty ów kolorowym kwiatem. A co poza orchideą czuć na „ORQUIDEAS„? Kawał świetnego r’n’b. Już na zeszłorocznym „Red Moon Venus” wszystko u tej Pani brzmiało dobrze. Teraz jest jeszcze lepiej. Niesamowity progres. Zwłaszcza, że artystka postanowiła zaśpiewać w ojczystym, hiszpańskim języku.

4. Jessica Pratt – Here In The Pitch. Na swoim czwartym albumie Jessica Pratt nawet nie stara się ukryć jaka jest jest ulubiona epoka w muzyce. Lata 60 dominują na przestrzeni całego „Here In The Pitch„. Oczywiście uwielbiam ten okres za kapitalne filmy i jeszcze lepsze płyty, jednak nie jestem aż takim orędownikiem tej dekady jak chociażby lat 80 i 90. Nie mniej ów krążek amerykanki to jeden z tych, w których warto się zakochać.

3. The Smile – Wall of Eyes/Cutouts. Postanowiłem oba zeszłoroczne albumy The Smile umieścić na tej samej pozycji w rankingu. Zarówno „Wall of Eyes” wydane w pierwszym półroczu 2024 jak i późniejsze „Cutouts” uzyskało u mnie tą, samą, wysoką i w pełni zasłużoną ocenę. Cieszy niezmiernie płodność twórcza Thome’a Yorke’a i Johnny’ego Greenwooda, gdyż na nowy album Radiohead prędko się nie zanosi, a i też fani w ostatniej dekadzie nie byli zbytnio rozpieszczani przez Brytyjczyków z Oxfordu. Jednak wciąż czuć w tym ducha radiogłowych i jest to niezwykle kawał dobrej muzyki, do której zawsze można wrócić.

2. Magdalena Bay – Imaginal Disk. Wszyscy lubią Madzię, lubię i ja. W końcu ciężko nie uwielbiać tej płyty, gdy składa się ona z tylu świetnych tracków. Oczywiście nie ma w tym duecie żadnej Magdy, a jest wokalistka o niezwykle uroczym głosie – Mica Tenenbaum oraz Matthew Lewin – czyli facet, który zagra na wszystkim. Ich drugi album rozbił bank w 2024 roku i był najczęściej hajpowanym longplayem w blogosferze i social mediach. Jak najbardziej w pełni zasłużenie, bo takie piosenki jak: „That’s My Floor„, „Image” czy też „Killing Time” to już niemal klasyki indie-popu.

1. Fontaines D.C. – Romance. Ok nie będę się silił w tym miejscu by moją jedynką był wybór płyty najbardziej odkrywczej, nieoczywistej w wyborze i jakiejś zaskakującej. Wybrałem „Romance” bo blisko przez trzy dwa miesiące nie słuchałem w zasadzie niczego innego. Tak ta płyta do mnie trafiła. Irlandzka grupa Fontaines D.C. w piękny sposób muzycznie dojrzewa, gdyż każda ich kolejna płyta jest to coraz lepsza! „Romance” to nie tylko kapitalne single jak quasirapowy „Starbuster” czy też przyjazny radiu „Favourite„. To także wiele smaczków pomiędzy jak mój ulubiony, niemal punkowy „Death Kink” czy też shoegazowy „Sundowner„. Dla mnie płyta bezbłędna pod każdym względem i wciąż ją wałkuje. No i widzimy się oczywiście na Offie.

Turnus nad Bałtykiem z grupą Coals – recenzja płyty „Sanatorium”

Coals, czyli duet tworzony przez Katarzynę Kowalczyk i Łukasza Rozmysłowskiego powraca z najnowszym, trzecim w zestawie albumem długogrającym pt. „Sanatorium” i jest to ich pierwszy krążek nagrany w ojczystym języku. Co prawda grupa już od jakiegoś czasu nagrywa w języku polskim (co uważam, za dobre posunięcie) jednak dopiero teraz pojawia się taka pierwsza płyta po „docusoap” z 2020 roku oraz „Tamagotchi” z 2017.

Swoją mini-recenzję zacznę dość nietypowo, od minusów. A więc, to tylko 35 minut materiału…. Czemu tak krótko? Dla porównania debiut trwał 50 minut a „docusoap” prawie 40 minut. Ten materiał jest stanowczo za dobry, by trwał ledwo ponad pół godziny. I to w zasadzie jest jedyna rzecz, której mogę się czepiać w odniesieniu do „Sanatorium„.

Na prawdę jestem pod zdumieniem jak Coals pięknie dojrzewa muzycznie. Co prawda grupa od dłuższego czasu robi furorę w kraju jak i ZAGRANICOO. Na rodzimym rynku większość ich kojarzy z współpracy z Żabsonem i ogólnym romansem z hip-hopem. Jednak na dobrą sprawę Coals ma znacznie więcej do zaoferowania niż rapowe inspiracje i kolaboracje. Duet nie zamyka się na żaden gatunek i to udowadnia najnowszy album. Gdyby określić go jednym muzycznym stylem? Nie da się. Przecież tutaj mamy za równo pop, jak indie, techno, muzykę elektroniczną, wspomniany rap oraz wszelkie podgatunki. Można za to jednym słowem określić klimat tej płyty a jest nim słowo MELANCHOLIA.

Takie też są teksty Kachy Kowalczyk. Mocno oniryczne, senne, melancholijne. Wyśpiewane głosem jakby gdzieś z dołu. I wspominające o pustych drogach, asfaltowych jeziorach i kurortach z lat 90. W tym miejscu ponownie pochwalę decyzję o śpiewaniu w rodzimym języku, gdyż takowe wydaje się jednak trudniejsze w kontekście pisania dobrych tekstów. A te stoją na wysokim poziomie. Pojawia się jeden występ gościnny nijakiego Huberta, który całkiem nieźle rapuje w utworze „primabalerina„.

Podsumowując, trzeci pełny album Coals to perełka w ich dyskografii. Świetna, klimatyczna, dojrzała płyta z mocno melancholijnymi melodiami i tekstami. Być może nie działa uzdrowiskowo jak sanatorium, ale odwołuje się do specyficznego klimatu kurortu uzdrowiskowego, który swoje najlepsze lata ma już za sobą. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

CARBON Silesia Festival 2022 – Relacja

W miniony weekend, w dniach 10-11 czerwca 2022 miałem przyjemność brać udział w CARBON Silesia Festival. Była to już druga edycja imprezy organizowanej przez GO!FEST przy udziale Sztolni Królowa Luiza i Ars Cameralis. Podobnie jak katowicki TAURON Nowa Muzyka, ów impreza odbywa się także w industrialnym klimacie kopalni. Zabrzańska Sztolnia Królowa Luiza to idealne miejsce do tego typu wydarzeń muzycznych, dlatego też mam nadzieję, że ten festiwal zagości na stałe w letnim sezonie festiwalowym. A jak wyglądały poszczególne występy, które udało mi się zobaczyć? O tym poniżej.

Dzień Pierwszy rozpocząłem od tanecznej rozgrzewki serwowanej przez Holly Molly. Niestety wczesna pora jaką była godzina 18:00 nie zachęcała jeszcze zbierających się ludzi do ostrej zabawy. A szkoda, bo dj miał całkiem udany set, który posłużył jako muzyczne tło do zwiedzania terenu festiwalu i pierwszego łyka piwa. Większa była zabawa na koncercie Coals, którzy wystąpili na scenie głównej. Duet Kachy Kowalczyk i Łukasza Rozmysłowskiego, wspierany przez basistę Bobka Bobkowskiego miał początkowo problem z rozbujaniem publiczności, jednak im więcej do mikrofonu mówił Łukasz, tym występ stawał się luźniejszy. A muzycznie? Nie zawiedli moich oczekiwań. Usłyszałem klasyczne już „Sleepwalker„, „Miraż” czy też „Blue„, a także utwory z nowej EP-ki „Rewal” z „Ganc Egal” i „Lawą” na czele. Zabrakło może „pearls” i nie doszło do wywiadu, który miałem przeprowadzić z grupą, ale to tylko odrobina rozczarowania, która nie przeszkodziła w pozytywnym odbiorze występu Coals.

Następnym występem tego dnia to ponowna wizyta pod sceną główną, gdzie publikę zabawiał Bass Astral. Producent muzyczny Kuba Tracz, od roku występuje już bez IGO. Jednak jego koncerty nie straciły przez to na mocy. Dzięki dobrym występom gościnnym na scenie działo się wyjątkowo wiele. Były momenty taneczne, gdzie Kuba Tracz wrzucał na ruszt klubowe szlagiery i się nimi bawił. Były także momenty muzyczne, gdzie prym wiodły piosenki z jego ostatniego wydawnictwa „Techno Do Miłości„. Utwory takie jak „Samotność w Klubie Disco„, „Pałace” czy też „Before I Died” zabrzmiały równie dobrze na żywo, jak i na płycie. Przed występem dnia zdążyłem zobaczyć set od SATLa na JUNGLE STAGE, jednak nie na długo, gdyż Monolinka, chciałem zobaczyć od dłuższego czasu. I powiem wam, że jest czego żałować, jeśli się nie było tego dnia w Zabrzu. Niemiecki DJ dał czarujący klimatem i porywający do tańca występ. Może nie był to taki klimat jak na pustyni Black Rock w Nevadzie, ale wcale nie było gorzej od tego legendarnego już występu z USA. Zabrzmiały największe hiciory z „Harlem River„, „Sirens„, „Black Day” czy też „Otherside”. Blisko półtoragodzinny występ minął szybko i intensywnie. Z całą pewnością wróciłbym na ten występ jeszcze raz. Pierwszy dzień zakończyłem przy dźwiękach od NTO w CARNALL Stage. Francuzki DJ dał ogień. „Invisible” jak i „La Cle Des Champs” brzmiały niewiarygodnie i aż szkoda, że większość ludzi uciekła z występu, gdy na około 5 minut zabrakło prądu. Bo jak sprzęt znowu grał, to impreza wróciła i trwała w najlepsze dalej.

Dzień drugi rozpocząłem podobnie jak pierwszy, od powolnego rozkręcania się przy dźwiękach PYSH na CARNALL STAGE. Sprawdziłem także co gra NOVIKA na scenie głównej. Pani Katarzyna, która okazała się na żywo bardzo sympatyczną babeczką, zagrała wymieszany repertuar. Cześć utworów pochodziła z jej najnowszej płyty „Novika 2.0„, a część to były jej starsze acz sprawdzone kawałki. Był to koncert na którym nie dało się nudzić, podczas, którego nie zabrakło występów gościnnych, bo na scenie pojawił się duet ATVLANTA oraz Baasch. Sprawdziłem także jak się mają chłopaki z zespołu KAMP! Okazuje, że 2/3 tej grupy bardzo świetnie sobie radzi jako Bezkres. Ich Set był tak mocny, że z nie małym opóźnieniem pojawiłem się pod sceną główną na kolejnym występie.

Baasch, który występował na MAIN STAGE celebrował 10 lat na scenie. Tego wieczoru dał wyjątkowo ciekawy i długi występ. Nie zabrakło jego najbardziej znanych singli jak: „Miasto„, „Brokat” czy też „Cienie„. Zagrał także cover Zbigniewa Wodeckiego „Fantazja„, który miał premierowo zagrać z Kayah dzień później. Występem tego dnia miał być koncert holenderskiego tria KRAAK & SMAAK. Grupa wystąpiła już na pierwszej edycji CARBONA i zdaniem wielu dała najlepszy występ. W tym roku było równie czadersko. Świetne połączenie disco, soulu oraz funku z potężnym wokalem pani śpiewającej dla zespołu dało mocno taneczny efekt. Nie mogłem tego dnia przegapić setu od Gerda Jansona, który nawet na moment uciekł ze sceny. Jednak jego nieobecność nie przeszkadzała w dalszej imprezie. Co tu dużo mówić, to trzeba było poczuć na własnej skórze. Dalszą część hulańców idealnie poprowadził polski duet CATZ’N DOGZ. I na tym też secie zakończyłem swój udział w CARBON Silesia Festival.

Podsumowując, CARBON Silesia Festival to ciekawe wydarzenie na polskiej scenie festiwalowej. Warto odwiedzić ten festiwal, jak i samą Sztolnie Królowa Luiza w Zabrzu. Chętnie wybiorę się do Zabrza również i za rok.