Muzyczne podsumowanie roku 2012: Wydarzenia

wydarzeniaKolejna część podsumowania całorocznego skupiona na najważniejszych wydarzeniach z poprzedniego roku.

Zacznę od najciekawszych koncertów, które można było zobaczyć w 2012 roku nad Wisłą. Z mojej perspektywy najważniejszym gigiem w którym brałem udział był występ Muse w łódzkiej Atlas Arenie. Brytyjczycy promowali w ten sposób najnowszą płytę „The 2nd Law”. Koncert był sporym przeżyciem pod względem wizualnym i muzycznym, nie zabrakło niczego z czego Muse słyną live. Druga sprawa to Off Festival 2012. Niestety miałem wrażenie, że pod względem line-upu był to jeszcze słabszy festiwal niż rok temu. Tendencja spadkowa? Trudno ocenić, mimo to i tak udało mi się zobaczyć kilka świetnych koncertów takich artystów jak: Battles, Converge, Metronomy, Death in Vegas, Doom czy też Dam-Funk. Dobrze za to radził sobie Opener. Mimo, że bazował na gwiazdach, które „już były” to i tak zazdroszczę tym, którzy mogli zobaczyć M83, Bon Iver, Public Enemy czy też New Order. Warto w tym miejscu odnotować, że część występów można było śledzić przez YouTube’a. Czwartym koncertem godnym wyróżnienia jest występ Coldplay na Stadionie Narodowym. Zespół się trochę wyrobiła a nowe piosenki nawet dają radę, mimo to wciąż tęsknie za „Parachutes”.

Muse-12

Rok 2012 był owocny w liczne powroty. Na początku roku usłyszeliśmy o powrocie hip-hopowej formacji 2 Live Crew. Mocny powrót ze zaświatów zaliczyła legendarna grupa Godspeed You! Black Emperor, która wydała ciekawy album „Allelujah! Don’t Bend! Ascend! „. Swoją działalność wznowili także: At the Drive-In, Grandaddy, The Replacements oraz Run/DMC. Warto także odnotować powrót The Rolling Stones, który w poprzednim roku świętował 5o urodziny. Rok temu pisałem o nowym zespole Micka Jaggera. Wydawało się wtedy, że to koniec Stonesów. Na szczęście wrócili i wydali nowy krążek. Szczęśliwy powrót zaliczył The Beach Boys, wracając do nagrywania piosenek o miłości, słońcu i muzyce. Inaczej natomiast potoczyły się losy takich grup jak: Das Racist (mieli być na offie!), Girls oraz Handsome Furs, które raczej nie nagrają już żadnej nowej piosenki.

izasnoop

Rok 2012 to rok ciekawych kolaboracji. Na początku roku mogliśmy zapoznać się z utworami powstałymi w wyniku połączenia sił Krzysztofa Pendercekiego i Johnny’ego Greenwooda z Radiohead. Natomiast w lato pokazał się album „OFF THE WIRE”, który powstał w efekcie spotkania Izy Lach ze Snoop Doggiem. W tym czasie dowiedzieliśmy się także, że Artu Rojek już nie zaśpiewa razem z chłopakami z Myslovitz. Legenda polskiego rocka znalazła sobie kilka dni później nowego wokalistę w postaci Michała Kowalonka z grupy Snowman.

W 2012 nie doczekaliśmy się wciąż nowej płyty Blur ani Ścianki. Frank Ocean tuż przed premiera swojej płyty „Channel ORANGE” przyznał, że lubi „pedałować” a Brytyjczycy podczas imprezy otwarcia i zamknięcia Olimpiady w Londynie dali kilku godzinny popis swojej kultury. Ważnym wydarzeniem około muzycznym było skazanie zespołu Pussy Riot na karę łagru.  W Polsce natomiast do łask powróciło disco polo za sprawą jednej piosenki – „Ona Tańczy Dla Mnie” grupy Weekend.

adam yauch

Pora zajrzeć do czarnego notesu. W poprzednim roku z życiem pożegnała się Whitney Houston. To kolejna ofiara swojej sławy i bogactwa. Mimo, że nie przesłuchałem żadnej jej całej płyty to i tak szacun za głos z lat 90. Wiosną 2012 roku świat hip-hopu wstrząsnęła wiadomość śmierci członka Beastie Boys – Adama Yaucha. Poza tym do lepszego świata przeszli: Irena Jarocka, Robin Gibb z Bee Gees, Davy Jones i wielu, wielu innych.

Coldplay – Viva La Vida or Death And All His Friends

Słabą porę wybrałem na napisanie tej recenzji. Koniec wakacji. Jutro dzieci idą do szkoły, trzeba wracać z urlopów bo od jutra do pracy. No, ale jeszcze dziś są w sumie wakacje czyli nie tak najgorzej.

A dlaczego wspominam o wakacjach? No bo muzyka Coldplay to takie wakacyjne granie, raczej nic poważnego. Muzyka oczywiście z najnowszej płyty. Nie mam zamiaru obrażać Parachutes. No właśnie, Parachutes. Coldplay to wydał. Niewiarygodne, że słuchając Violent Hill myśli się: „Moment, moment oni nagrali Parachutes. Don’t Panic to ich! Jak oni to zrobili? „. A teraz? Teraz Coldplay to częsty gość na antenie RMF FM, Viva Polska, Popcorn itd. To poważny problem dla zespołu, który kiedyś nagrywał ambitne utwory a teraz tylko 3 minutowe brzdąkanie o którym się zapomina wraz z przyjściem jesieni. Chris Martin nie dostrzega raczej tego problemu. W jednym z wywiadów na MTV mówił, że obecnie ich jedyny problem to fakt, że nie są już tak sexy jak kiedyś… [*]. Poza tym mają się dobrze. Płyta się sprzedaje, nie muszą jej rozdawać na necie za darmo. Martin nagrywa sobie z Kenye Westem. Wszyscy są szczęśliwi.

Viva La Vida or Death And All His Friends w sumie miała być inna, mówiono o jakiś eksperymentach. Czy tym eksperymentem jest używanie dzwona zamiast perkusji? To w jednym z singli. Zabawny ten utwór. Nawiązuje do bogatej twórczości Alizee, która kiedyś zabrała swoją młodszą siostrę na dyskotekę. Czy ich naprawdę nie stać już na coś ambitnego? W niektórych utworach można usłyszeć fragmenty dobrej, naprawdę dobrej muzyki. Jednak po czasie coś się wali. Martin wymyśla coś tak absolutnie słabego co rujnuje cały utwór. Przykład? 42 chociażby: „zaczyna się mistrzowsko, rozkręca się mistrzowsko, a potem w 2:45 piosenka przechodzi w coś, co sprawia że aż mi łezka się w oku kręci… bynajmniej nie ze wzruszenia.” – Podpisuje się z powyższym stwierdzeniem. Jednak te fragmenty, dobre fragmenty dają do myślenia. Oni mają możliwości by nagrać dobrą płytę. Mogą tworzyć ambitne piosenki. Tylko coś stoi na drodze. Pieniądze? Jak nie wiadomo o co chodzi do chodzi o hajs. A może już teraz chcą być drugim U2? Nagrywać piosenki z Green Day o świętych? Nie wiem co siedzi w głowie Martina. Mam nadzieję, że słucha czasami Parachutes i zastanawia się: „a może by tak znowu…”. Tym czasem 4\10 dla Viva La Vida or Death And All His Friends.

P.S. Mogli by w sumie zmienić nazwę z Coldplay na Goldplay bo ich granie już nie jest takie cold jak kiedyś.