Kendrick Lamar po raz kolejny na tronie, recenzja „Black Panther: The Album”

Chyba już każdy zdążył zauważyć, że w ostatnich latach filmy o superbohaterach powstają na pęczki. Stajnie Marvela i DC Comics prześcigają się w przyciąganiu widzów o kin i przed ekrany telewizorów. Czasem w lepszy, a czasem w gorszy sposób. Wydawać by się mogło, że nic nowego w tym temacie już nie powstanie. Nic bardziej mylnego, bo oto w kinach debiutuje najnowszy film Marvela pt. „Czarna Pantera„. Zainteresowanie obrazem jest ogromne, zwłaszcza wśród czarnoskórej części Amerykańskiej widowni. Powód? To pierwszy film poświęcony czarnoskóremu herosowi. Niby powód błahy, bo wydawać się, że to kolejny komercyjny blockbuster z po prostu kolejnym superbohaterem. Jednak to całe zamieszanie jest idealnym obrazem dzisiejszych czasów oraz nastrojów, jakie panują w amerykańskim społeczeństwie.

Oczekiwanie na film dodatkowo podsyca album, który ukazał się parę dni temu. Mowa o „Black Panther: The Album„, która nie jest soundtrackiem a składanką z piosenkami zainspirowanymi filmem i z tymi, które w dziele Ryana Cooglera usłyszymy. Pieczę nad całością sprawował nie kto inny jak sam Kendrick Lamar. Człowiek, który nieprzerwanie od ostatnich 4 lat, rok w rok wydaje kapitalne albumy. Wpierw ukazał się zaangażowany społecznie i politycznie „To Pimp A Butterfly„, następnie zestaw odrzutów, którymi nie pogardziłby żaden raper na swoim albumie „Untitled Unmastered” a rok temu głośno komentowany „DAMN„. Nie należy też zapominać, że poza wyżej wymienionymi krążkami na jego koncie są też takie perełki jak „Good Kid, M.A.A.D. City” oraz „Section. 80„. Rok 2018 równie zaczyna od mocnego uderzenia, jakim jest „Black Panther: The Album„, gdzie pełni rolę producenta wykonawczego.

Kendrick Lamar zaprosił do współpracy głównie ludzi związanych z wytwórnią TDE, dlatego na krążku usłyszymy m.in. Schoolboy Q, Jay Rocka, Ab-Soula czy też zeszłoroczne objawienie SZA. Poza tym na krążku znajdziemy m.i.n. rapera 2 Chainz, Future’a, Jamesa Blake’a, The Weeknd czy też Travisa Scotta. Zestaw, który wymyślił raper z Compton pomógł w zachowaniu zwartości całego krążka. Słuchając tej płyty nie mamy ani przez moment odczucia, że to składanka. Ba, płyta brzmi jak jedna, zwarta i w dodatku przemyślana kompozycja!

Black Panther: The Album” zachwyca przede wszystkim świetnym połączeniem nowoczesnego rapu i muzyki R’n’B z dźwiękami afrykańskimi. Nie brakuje tutaj hitów, takich jak głośno komentowany „All The Stars” czy też kończący całość „Pray For Me„. Jednak to nie dzięki nim sięgam po ten krążek prawie codziennie w ostatnim czasie. Wiele zachwytów już wylano na „Opps” i to całkiem słusznie, bo to świetny, surowy kawałek, który śmiało może rywalizować z utworami z „Yeezusa„. Wciągnął mnie beat w „X”, nawijka w „King’s Dead” jest obłędna a „Paramedic!” to kapitalny numer. Zresztą, wszystkie utwory, od początku do końca stoją na równym wysokim poziomie. I za to przybijam piątkę Kendrickowi, bo nie próbuje mi wcisnąć dziadostwa.

Nie dość, że to cholernie dobry krążek, bo zawiera idealne proporcje wszystkiego co najlepszego w obecnej czarnej muzyce, to w dodatku wygląda na to, że jest to ważny album, który może zapisać się w historii. Rzadko kiedy, jakikolwiek film czy też płyta jest częścią tak dużego poruszenia społecznego, jak obraz „Black Panther” i towarzyszący mu longplay „Black Panther: The Album„. Czy to tylko nadmuchany przez dziennikarzy i publicystów balonik, czy też początki nowej historii – czas pokaże. Jedno jest pewne, ta płyta pokazuje, że amerykańskie czarne brzmienie ma jeszcze wiele do zaoferowania. Ocena: 9/10.