15 Najlepszych płyt roku 2025

Tradycyjnie nowy rok zaczynam od podsumowania minionego roku. 2025 pod względem muzycznym był dość ciekawym rokiem dla mnie. Większość moich ulubionych artystów (Wczasy, Mac DeMarco, Deafheaven, The Horrors, Wavves) wydało nowy materiał. Niestety nie każdy był na tyle wartościowy by się znaleźć na mojej liście TOP15. Co więcej zaliczyłem sporo fajnych koncertów, no i co najważniejsze na scenę wrócił Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Także działo się. A jakie albumy są w mojej ocenie najlepsze? O tym poniżej.

15. Geese – Getting Killed. Podobno tylko oni są w stanie uratować tegoroczny OFF Festival przed totalną katastrofą. I może być w tym sporo prawdy, gdyż „Getting Killed” to najlepsza zeszłoroczna pozycja z okolic indie rockowych. Także, Panie Rojek, staraj się tam bardziej.

14. Bads Bunny – Debí Tirar Más Fotos. Lubicie latino-trap? Jeżeli nie wiedzieliście (tak jak ja) do tej pory, że istnieje taki gatunek to sprawdźcie najnowszy album od Bads Bunny. Uwierzcie, że poczujecie ciepły klimat pomimo panującego mrozu za oknem.

13. Kali Uchis – Sincerely. Amerykańska wokalistka o kolumbijskich korzeniach nie zwalnia tema. W 2024 roku zachwycałem się jej kapitalnym „Orquideas„, nie minął rok a ja znowu jestem pod wrażeniem. Tym razem pięknym melodiom towarzyszącym „Sincerely„. Ten album to niekończąca się ballada, tylko, że tym razem śpiewana w języku Szekspira.

12. Tame Impala – Deadbeat. Kevin Parker wrócił po pięciu latach przerwy. Wrzucił dwa single nagrane w starym stylu, by przysłonić prawdę. A prawda jest taka, że Australijczykowi znudziły się już psychodeliczne klimaty i gitarowe granie. Obrał drogę konsolety i tworzenia muzyki elektronicznej. Trochę szkoda, bo przecież uznanie zyskał za sprawą tej psychodelii zawartej na „Lonerism” oraz „Currents„. Jednak szanuje jego wybór, a elektroniczna strona Parkera jest również spoko, co udowadnia „Deadbeat„.

11. Oneohtrix Point Never – Tranquilizer. Jako coroczny uczestnik katowieckiego Tauron Nowa Muzyka Katowice w obowiązku miałem wyróżnić najnowszy album Daniela Lopatina. Główną zaletą tego materiału jest jego wysoki, równy poziom. W zeszłym roku nie było niczego z pogranicza elektroniki i ambientu.

10. Trupa Trupa – Mourners EP. Być może Grzegorz Kwiatkowski i spółka cieszą się większym uznaniem za Oceanem, niż w rodzimym kraju. Pora to zmienić, gdyż ich materiał ponownie się broni. Co prawda to tylko 13 minut muzyki, ale za to jakiej! Czekam na kolejny, konkretny krążek w klimacie post punkowym. Tym razem w formie długograja.

9. Perfume Genius – Glory. Ta płyta przypomniała mi stare dzieje, kiedy zasłuchiwałem się w takich kapelach jak Fleet Foxes czy też Wolf Parade. A że człowiek z wiekiem staje się bardziej sentymentalny to docenia fakt, że ktoś jeszcze bawi się w takie folkowe klimaty. Wiem, jestem jak ten stary pierdziel z Teraz Rocka, który do śmierci będzie słuchał tylko Pink Floyd. Czytelnicy w moim wieku i starsi mnie zrozumieją, ci młodsi jeszcze mają na ten czas. A póki co doceniam „Glory” bo to kolejny dowód na to, że Michael Alden Hadreas to dobry pieśniarz jest.

8. FKA Twigs – EUSEXUA. Pani Barnett nie rozpieszcza swoich fanów częstymi wydawnictwami. Od momentu debiutu w 2014 roku, kiedy ukazał się „LP1” wydała tylko dwa albumy. W tym zeszłoroczny „EUSEXUA”. Jednak stare porzekadło, że liczy się jakość nie ilość, ma tutaj sporo racji. Pięknie są tutaj eksponowane elektroniczne klimaty lat 90.

7. Bon Iver – SABLE, fABLE. Co prawda nie jest to „For Emma, Forever Ago„, ale nie ma źle. Poza tym drugi taki album już mu się nigdy nie trafi, a zeszłoroczny „SABLE, fABLE” na prawdę dobrze mi się słuchało.

6. Wczasy – Dżungla. Są i oni, cali na biało wjeżdżają na swoich rumakach by obwieścić, że wciąż nie jest dobrze. Wczasy kocham przede wszystkim za świetne, pełne rozgoryczenia, ironii i humoru teksty. „Dżungla” pod tym względem mnie nie rozczarowała, a wręcz przeciwnie zachwyciła. Z każdym nowym odsłuchem wyłapuje kolejne smaczki.

5. Tyler, The Creator – DON’T TAP THE GLASS. Niech nie zmyli was mainstremowy sukces utworu „Sugar On My Tongue”, który stał się wiralem. Ta płyta to coś znacznie więcej aniżeli rolki na tiktoku a sam Okonma przekonuje o tym dość często, przy wydawaniu nowych albumów.

4. Deafheaven – Lonely People With Power. Jeden z nielicznych moich ulubionych zespołów, który nowym wydawnictwem w tym roku potwierdził swoją jakość. Grupa wykonująca tzw „Blackgaze” wróciła ponownie bardziej do black, aniżeli gaze. Jednak nie brakuje tutaj melodii, za które pokochałem ich twórczość. Wciąż liczę, że pojawią się w tym roku w Polsce na czymś więcej aniżeli support.

3. The Horrors – Night Life. Na brytyjczyków z Farisem Badwanem na czele można stawiać ślepo. Goście, nie przerwanie od momentu debiutu w 2007 roku utrzymują wysoki poziom. Ba, można wręcz powiedzieć, że z każdym kolejnym krążkiem są coraz lepsi. Czy ktoś kiedykolwiek miał przez prawie dwie dekady taką tendencję wzrostową? Na „Night Life” przybierają ciuchy dawnych Depeche Mode i celebrują synth-popowe brzmienia lat 80. Słucha tego się wybornie!

2. Dijon – Baby. W swojej recenzji tego krążka obwieściłem, że odnalazł się już następca zmarłego w minionym roku D’Angelo. Zdanie podtrzymuje, to wciąż piękne i przejmujące granie spod znaku R’n’B i soulu.

1. Blood Orange – Essex Honey. Przez większą część roku nie miałem faworyta na pozycję numer jeden za miniony roku. Do momentu, aż usłyszałem „Essex Honey„. Co prawda znam twórczość Blood Orange i wiem, że gość potrafi nagrywać dobrą muzykę. Nie sądziłem jednak, że jego album odnajdzie aż takie uznanie w moim jakikolwiek rankingu. Być może to sprawa Devonté Hynesa, który wszedł na wyżyny swojej twórczość. A być może to ja, bardziej dojrzały i wrażliwy na jego muzykę. Co by jednak nie mówić, to „Essex Honey” jest wybitną płytą i trzeba to powiedzieć, by to wybrzmiało.

Deafheaven skończyli z przyjemnym śpiewaniem – recenzja „Lonely People With Power” Deafheaven

W ostatnim czasie byliśmy świadkami nieoczekiwanej zmiany kalifornijskiej grupy metalowej Deafheaven. Ich ostatni album „Infinite Granite” (o którym pisałem TUTAJ) po raz pierwszy było bardziej shoegazową płytą, aniżeli black metalową. Wokalista George Clarke po raz pierwszy dał się poznać jako utalentowany wokalista za sprawą delikatnych wokali, które mogliśmy usłyszeć m.in. na takich piosenkach jak: „In Blur” czy też „Great Mass of Colour„. Zespół natomiast postawił na bardziej melodyjne brzmienie gitar. To zaowocowało udaną płytą, co skłaniało do refleksji, czy tak teraz będzie brzmiał zespół z słonecznego San Francisco?

Okazuje się, że wydany w 2019 roku utwór „Black Brick” wcale nie był pożegnaniem grupy z mocnym, ciężkim brzmieniem. Ich najnowszy, szósty już album „Lonely People With Power” jest powrotem do korzeni. Najnowsze dzieło za sprawą mrocznego klimatu bardziej przypomina album „New Bermuda” aniżeli ostatnie, łagodniejsze dokonania. Generalnie po ich zeszłorocznym koncercie w Krakowie miałem takie przeczucie, że to nie koniec ciężkiego Deafheaven. Grupa na koncertach częściej grała utwory z pierwszych płyt, a George Clark zapuścił włosy do efektowniejszego kręcenia głową podczas występów na żywo. Jednak dla fanów tak zwanego black-gaze to wciąż dobra porcja muzyki, bo Deafheaven na swoim najnowszym krążku wciąż umiejętnie łączą piękne linie gitar z metalowym tłem.

Początek płyty pozbawia nas złudzeń co do dream-popowej wersji Deafheaven. Zaraz po zakończeniu intro jakim jest „Incidental I” grupa wchodzi z mocnym, metalowym brzmieniem za sprawą „Doberman” oraz singlem „Magnolia”. Jest charakterystyczny screamo wokal Clarka, podwójna stopa w perkusji i mocne gitarowe linie. Nikt tutaj się nie pierdzieli, jest ostro. Jednak im dłużej trwa płyta, tym częściej zespół przypomina sobie o swojej łagodniejszej stronie. „The Garden Route” rozpoczyna melodyjna linia gitary, która prowadzi nas przez cały utwór, aż do efektownego zakończenia. Natomiast na kolejnym „Heathen” pojawia się nawet przez moment łagodny wokal, jednak im dłużej trwa ten utwór, tym większy rozpierdol. I taki Deafheaven lubię najbardziej, zaczynający łagodnie, rozpędzający się i kończący istnym metalowym huraganem. Na „Amethyst” także pojawiają się łagodniejsze fragmenty, jednak na dłuższą metę Clark z spółką nie potrafią nie wejść z kopem w każdej piosence na płycie. Wisienką na torcie jest kończący całość „The Marvelous Orange Tree„, gdzie ponownie usłyszymy sporo z shoegaze (w idealnych proporcjach, oczywiście).

Nowością nie spotykaną do tej pory w twórczości Deafheven są występy gościnne. Jednak nie są one takie same jak na rapowych albumach. Pojawiający się tutaj Paul Banks z Interpolu, nie śpiewa a wygłasza monolog. Nieco inne zadanie ma Jae Matthews z Boy Harsher, który użycza delikatnego wokalu w „Incidental II„. W ogóle ten utwór to jakiś fenomen, gdyż brzmi jak soundtrack do American Horror Story. Widać, że wspólne koncerty Interpolu z Deafheaven (Dla mnie niesamowite muzyczne combo) z zeszłego roku przełożyły się na wydawnicze konkrety. Czekam na nową płytę Nowojorczyków z gościnnym wokalem Clarka – to będzie interesujące. Inną nowością jest format płyty. Jest więcej utworów (12), które rzadko przekraczają 6 minut. A trzeba wiedzieć, że amerykanie lubują się w długich utworach trwających nawet ponad 10 minut.

Przyznam szczerze, że nie pokochałem tej płyty od pierwszego odsłuchu jak w przypadku „Ordinary Corrupt Human Love” czy też „Sunbather„. Jednak im dłużej słucham najnowszej pozycji od Deafheaven, to tym bardziej mi się ona podoba. Grupa z jednej strony nawiązuje do swoich korzeni, z drugiej jednak nie zapomina o swoich fanach, kochających ich za to w jak piękny sposób łączą ze sobą melodyjne gitary z metalem. Czekam teraz na jakąś europejską trasę uwzgledniającą Polskę, a póki co wałkuje dalej „Lonely People With Power„. Ocena: 8/10

Ocena: 4 na 5.

Knocked Loose + Deafheaven, Kraków, 18.02.2024

A więc stało się! W końcu doczekałem się występu Deafheaven w Polsce. Co prawda kalifornijska grupa grająca blackgaze występowała w naszym kraju kilka razy, jednak nie udało mi się zobaczyć żadnego z tych występów. Ostatni raz w 2018 roku, przy okazji promocji albumu „Ordinary Corrupy Human Love” Deafheaven grali w Warszawie i Poznaniu. Jednak zniechęciła mnie wtedy odległość i niemożliwość zebrania ekipy na te koncerty. Uznałem wtedy, że na pewno będzie niebawem ponownie możliwość zobaczenia ich live. I tak minęło 6 lat! Dlatego, gdy tylko dowiedziałem się, że pojawią się w lutym w Krakowie to muszę tam być, co by się nie działo.

Pomimo tego, że ponownie nie udało mi się znaleźć nikogo do towarzystwa na koncercie (SERIO NIKT NIE LUBI POŁĄCZENIA BLACK METALU Z SHOEGAZE?!?!?!?!) a Deafheaven przyjechało do Krakowa jako gość specjalny na trasie Knocked Loose to bilet kupiłem od razu, jak tylko wyskoczyło info o tym gigu. Na szczęście wydarzenie miało miejsce w dość bliskim Krakowie i w dzień weekendowy. Spakowałem się w auto i ruszyłem, a o tym jak było dowiecie się poniżej.

Trochę nie rozumiem, dlaczego taki zespół jak Deafheaven gra taki trochę lepszy support przed takim zespołem ja Knocked Loose? Podejrzewam, że jest to coś w stylu kumpelskiego układu w celu pomocy zainteresowania szerszą pulę ludzi tą trasą. Krakowski koncert był 3 na liście po Paryżu i Haarlem, a grupa miała jeszcze zwiedzić kilka europejskich miast takich jak Mediolan, Praga, Wiedeń, Berlin czy też Londyn. W trasę udał się także zespół Headbussa, który występował przed Deafheaven równe pół godziny. Niestety moja podróż do Krakowa nieco się przedłużyła, dlatego zdążyłem zobaczyć samą końcówkę tego metalowego występu. Jednak to nie było ważne w tym momencie, bo przyjechałem zobaczyć Deafheaven. Mieli zagrać 45 minut i tyle czasu spędzili na scenie. Setlista: 5 utworów i składała się z utworów z albumów: „Sunbather” oraz „New Bermuda„. Z jednej strony szkoda, bo liczyłem na nowsze utwory, ale z drugiej rozumiem ten wybór. Grupa dostosowała się do metalowego towarzystwa i taki też zestaw zaprezentowała.

Na pierwszy ogień poszło „Brought to the Water„. Początkowe dźwięki dzwonów szybko przerodziły się w mocne, szarpane brzmienie gitar. Zwalający z nóg początek od razu rozwiał moje nadzieje na usłyszenie tego dnia śpiewającą wersję Gerorge’a Clarke’a. No, ale jak wspominałem Deafheaven gra blackgaze, dlatego co jakiś czas wkradały się tutaj elementy bardziej melodyjne i przyjazne dla ucha nietolerujące metalu. Następnie wjechał trwający ponad 10 minut „Sunbather” z płyty o tej samej nazwie. Dla wielu jest to ich najdoskonalsze dzieło, a płyta, która obchodziła w minionym roku swoje 10-lecie nawet doczekała się specjalnej trasy z tej okazji. Środek występu to „Gifts for the Earth„, które jest ostatnim utworem na albumie „New Bermuda„. Schemat pozostał ponownie ten sam, totalny metalowy rozpiździel z wstawkami bardziej melodyjnymi. Swoją drogą, gitarowy mózg grupy Kerry McCoy pięknie tego dnia serwował nam delikatne i poruszające gitarowe wstawki. Jedynym nowym utworem zagranym w Krakowie jest nie znajdujący się na żadnej płycie „Black Brick„. Jest to typowy, metalowy kawałek, którzy fani i recenzenci odebrali jako pożegnanie grupy z tego typu graniem, gdyż zaraz po nim ukazało się dream-popowe i shoegazowe „Infinite Granite„. Koncert został zwieńczony „Dream House„, czyli prawdopodobnie najlepszym utworem w dorobku grupy i stałym punktem ich koncertowych setlist. Młyn niczym oko cyklonu nabrał większych rozmiarów, a telefony poszły w ruch z większą intensywnością.

Było już czuć zmęczenie po tych intensywnych 45 minutach, ale chłopaki dali radę. Pomimo, że nie usłyszałem znacznej ilości swoich ulubionych utworów Deafheaven, przepłaciłem za słabej jakości koszulkę z nadrukiem okładki płyty „Ordinary Corrupt Human Love„, koncert trwał tylko 45 minut i był tylko wstępem do innego koncertu to było PIĘKNIE. Oczywiście, będę na pewno chciał jeszcze zobaczyć grupę LIVE by zobaczyć ich w pełnym wymiarze i z nowym materiałem. Na koniec jeszcze słów parę o Knocked Loose, bo to oni w końcu byli gwiazdą dnia. Generalnie próbowałem dać im szansę i słuchałem ich utworów przed koncertem. Jednak tego dnia zupełnie mnie nie ukradli, gdyż wciąż przeżywałem występ Deafheaven. Nie grali źle, ale to nie był totalnie mój klimat i moja drużyna.