Jestem retardem, czyli muzyczne zaległości z 2015

giphyOk, nie będę nawet udawał, że jestem na bieżąco. Od ponad roku blog i sprawy około blogowe są na dalszych miejscach na mojej liście rzeczy do zrobienia. Tendencja ta pewnie się nie poprawi a będzie coraz gorzej, bo uwaga…. PAWEUU SIĘ ŻENI. Tak, zgadza się Paweuu w końcu znalazł żonę. Jest to decyzja nieodwracalna i niepodważalna. Bloga póki co nie usuwam i zamierzam dalej odświętnie dzielić się na nim moimi spostrzeżeniami na temat muzyki, filmów i kultury ogólnie. Dlatego też ostatkiem sił chcę zamknąć rok 2015 jak największą liczbą ocenionych przeze mnie wydawnictw. Nie wiem czemu, ale nie opisane płyty pewnych zespołów nie dają mi spokoju. Dlatego też krótko i na temat przechodzą do pominiętych przeze mnie wydawnictw z ostatnich 12 miesięcy. Później wypatrujcie jakiejś listy podsumowującej. Pozdro!

-images-uploads-gallery-algiers-hires-3225Algiers – Algiers. Do Algiersów przekonałem się dopiero po ich fenomenalnym występie na tegorocznym OFF Festiwalu. Świetne, melodyjne kompozycje łączą się tutaj z ogromną dawką energii, której nie sposób nie docenić. Wystarczy wsłuchać się w „Old Girl” czy też w radioheadowy „Black Eunuch” by przekonać się, że to prawda.  Momentami jest mrocznie, momentami tanecznie, ale cały czas z świetnym klimatem. Jedna z lepszych płyt zeszłego roku. Ocena: 8/10.

Beach-HouseBeach House – Depression Cherry. Chyba nie do końca rozumiem fenomenu duetu z Baltimore. Owszem dwie poprzednie płyty oceniłem pozytywnie. Jednak „Depression Cherry” totalnie mnie nie wciągnął w kolejną dawkę dream-popowych smętów. Nie wiem, gdzie w tych melodiach jest coś świeżego… Ocena: 3/10.

blurBlur – The Magic Whip. Na tę płytę fani czekali 12 lat. Czy warto było? W jakimś stopniu tak. Damon Albarn i spółka wciąż trzymają poziom i z całą pewnością „The Magic Whip” to potwierdza. Jednak ja osobiście odczuwam pewien niedosyt. Chyba nie tego się spodziewałem. Materiał ten jest przyjemny i miły w odbiorze, jednak czy będę wracał do tegorocznej płyty jak chociażby do „Parklife„? Śmiem wątpić. Dobre granie, ale bez fajerwerków. Ocena: 6/10.

Deafheaven-2014Deafheaven – New Bermuda. Tak powinien wyglądać dobry seaquel. Deafheaven już dwa lata temu na krążku „Sunbather” udowodnili, że mają jaja. Na tegorocznym longplayu, tylko to potwierdzają. Chyba nikt tak świetnie nie łączy hard rockowych brzmień z melodyjną, indie rockową linią gitary. Jest z kopnięciem i momentami słodko. Ta płyta jest jak moje ulubione słodkie ciasto z kwaśnymi malinami. Wszelkie skojarzenia z Baroness czy …Trail of Dead zdecydowanie na miejscu. Ocena: 8/10.

death-cab-for-cutie-5077e098d4e85Death Cab For Cutie – Kintsugi. Zespół Bena Gibbarda to jeden z tych bandów, który zawsze dobrze się słucha. I nawet jeśli wiem, że w ich muzyce nie pojawia się nic nowego i świeżego to ten status quo całkowicie mi odpowiada. Tak jest i w tym przypadku. „Kintsufi” to przyzwoity, indie rockowy album z przyjemnymi gitarkami w tle. Nic dodać, nic ująć. Miły w odbiorze wypełniacz dnia, o którym za parę lat nikt nie będzie pamiętać. Ocena: 5/10.

498_destroyer_news_itemDestroyer – Poison Season. Słyszałem wiele pochlebnych opinii na temat najnowszej propozycji od Daniela Bejara. Po przesłuchaniu tego materiały okazało się, że pozytywne recenzje są słuszne. Destroyer po raz kolejny uwodzi nasze uszy oraz duszę. Piękne, senne i nieco melancholijne melodie sprawiają, że przenosimy się do samego muzycznego centrum Nowego Jorku. Oczywiście Poison Season jest odpowiednio wyważone i znajdziemy na nim żywsze utwory jak chociażby „Dream Lover„. Fajna płyta, ma tylko jedno ALE. „Kaputt” było jednak lepsze. Ocena: 7/10.

eagles of death metalEagles of Death Metal – Zipper Down. Wow, Josh Homme wciąż w formie. Chociaż projekt Eagles of Death Metal traktowałem jak zwykłą pierdółkę, która zawsze będzie w cieniu QOTSA to „Zipper Down” za sprawą swojej energii robi wrażenie. Jeżeli lubicie czysty rock ‚n roll o spoko kolesiach i ładnych dziewczynach to trafiliście idealnie. Ocena: 6/10

1401x788-IMG_1896The Libertines – Anthems For Doomed Youth. Czasami lubię sobie nostalgicznie powrócić w beztroskie czasy licealne i odpalić te wszystkie indie bandy zaczynające się na The coś tam, coś tam. Kooksi, Killersi, Kaiser Chiefsy, Fratellisy itd. itp. I niby tym samym powinna dla mnie być najnowsza płyta The Libertines. A niestety nie jest. Klimat i duch kompozycji jest podobny,  z tym, że ja jestem już inny. Znudziły mnie już te wszystkie hymny… Doceniam jednak chęci, chociaż wiem, że to zwykły skok na kasę. Ocena: 5/10.

macdemarco7_Danny-Cohen_1440x690Mac DeMarco – Another One. No i jak tu nie uwielbiać „Pepperoni Playboya”, kiedy on tak pięknie gra? Mac DeMarco znowu to zrobił. Po rewelacyjnym „Salad Days” z 2014 roku zaserwował swoim fanom nie mniej genialną propozycję w postaci „Another One„. Nazwa całkowicie pasuje do zawartości. Jest to kolejna porcja wyśmienitej muzyki. Jest lekko, melodyjnie i pomysłowo. Taką muzykę po prostu chce się słuchać. Gdy odpalam „Another One” wyobrażam sobie autora siedzącego w batkach, palącego tanie papierosy w swoim małym mieszkanku, który tworzy te utwory w 5minut zaraz po tym jak głowa mniej boli od kaca. To się nazywa geniusz. Ocena: 9/10.

open-mike-eagle-interviewOpen Mike Eagle – A Special Episode Of EP. Niby tylko EP-ka, ale jaka świetna. Dobre beaty łączą się tutaj z dobrą nawijką Michaela Eagle’a drugiego. Na początku wydawało mi się, że Amerykanin to dojrzały debiutant. Jednak po podpowiedzi wujka Google okazało się, że Mike rapuje już od co najmniej 8 lat i jest już grubo po trzydziestce. Na tym krótkim materiale kreuje dość wiarygodne historie, których chce się słuchać. Ocena: 7/10.

panda-bear-10.30.2013-635x365Panda Bear – Panda Bear Meets The Grim Reaper. Oczywistą, oczywistością jest fakt, że najlepszym członkiem Animal Collective jest Panda. I jak na najlepszego zwierzaka przystało, jego solowe albumy stoją na wysokim poziomie. Tak samo jest na „Panda Bear Meets The Grim Reaper”. Odjechana, wciągająca, psychodeliczna. Tak w skrócie można określić ten album. Dla mnie rewelacja, aczkolwiek „Merriweather Post Pavilion” to nie jest. Zresztą sprawdźcie sami, bo pisanie o tak specyficznej muzyce to nie lada wyzwanie. Ocena: 7/10.

07-rae-sremmurd.w1200.h630Rae Sremmurd – SremmLife. Muzyka spoko, tylko fani chu****. Ocena 6/10.

RYSY-CMYK-poziom-zmniejszone1-1000x600Rysy – Traveler. Ok, będę szczery. Jak zobaczyłem, że w większości utworów występuje Justyna Święs z The Dumplings to zniechęciłem się do Rysów. Na szczęście „Traveler” baaaaaaaaaaaaaaaaaaardzo daleko do „No Bad Days” – jednej z najnudniejszych i najbardziej hajpowanych płyt zeszłego roku. Ba, „Traveler” to wiele świeżości na polskiej scenie elektronicznej. Jest klimat i dobre melodie. Kawał dobrej muzyki, którą koniecznie musicie sprawdzić. A Pani Święs? Kłaniam się, dobra robota. Ocena: 7/10.

 

Świąteczna lista przebojów vol. 4

xmasO zbliżających się świętach przypominają nam centra handlowe od listopada, natomiast radiostacje od paru dni z natężoną siłą serwują nam ten sam zestaw świątecznych szlagrów. Dlatego też postanowiłem stworzyć po raz czwarty własną playlistę z piosenkami świątecznymi, których raczej nie usłyszycie w radiu i telewizji. Miłego słuchania przy kominku i choince.

Kanye West – Christmas in Harlem. W Harlemie też świętują Boże Narodzenie! A Jak! Oprócz Kanye Westa o choince nawija całkiem spora grupka w której znajdują się: Pusha T, Big Sean, Cyhi The Prince oraz Camron. Beat produkcji Hit-Boya może nie porywa, jednak jak na świąteczną rap pieśń pasuje. Wracając jeszcze na chwilę do samego Pana Westa to warto nadmienić, że nie ma tutaj ani grama samolubstwa! Jest przesłodko.

Tom Waits – Christmas Card Form A Hooker In Minneapolis. Tom Waits postanowił w swojej świątecznej piosence opowiedzieć jedną z tych historii, których raczej nie opowiada się w wigilię przy kominku. Pewna niewiasta lekkich obyczajów piszę list do Charleya. Zaczyna od przyznania się, że zaszła w ciąże. Ojca nie zna, ale postanowiła zerwać z alkoholem i narkotykami. Poznała kogoś, jednakże Mario wylądował za kratami. Dziewczyna wraca do Minneapolis i zaprasza Charleya na walentynki. Historia ponura, ale z małym promykiem słońca. W końcu święta.

Run The Jewels – The Christmas Fuckin Miracle. Ostatnia piosenka z rewelacyjnego „Run The Jewels” z typowymi świątecznymi piosenkami ma nie wiele. Co prawda pojawiają się dzwonki a w samym tytule jest pieprzony świąteczny cud jednak zarówno El-P jak i Killer Mike nie skupiają się w swoich wersach na choince i prezentach. Jest to opowieść o tym jak się nie sprzedać, zarówno w życiu jak i muzyce.

Sufjan Stevens – Christmas Unicorn. Sufjan Stevens to specjalista w dziedzinie świątecznych piosenek i kolęd. Na koncie ma 10 albumów z świątecznymi piosenkami. Na ostatniej z nich znajduje się ponad 12 minutowy „Christmas Unicorn„, który rozkręca się z minuty na minutę. Ponadto wsłuchując się w ten epicki utwór usłyszymy legendarny hit Joy Division „Love Will Tear Us Apart„. Z całą pewnością jedna z jego najlepszych kolęd.

Death Cab for Cutie – Christmas (Baby Please Come Home). Zespół Bena Gibbarda wziął na swój warsztat piosenkę Darlene Love z 1963 roku i dał radę. Bardziej smutniejsza wersja „Christmas (Baby Please Come Home)” zachwyca tak samo jak mocny, potężny oryginał w wykonaniu pani Love.

Eazy-E – Merry Muthafuckin Christmas. Kolęda w wykonaniu członka N.W.A. zaczyna się od zabawnej historii do łóżka o Eazy-E i Świętach w Compton. Dowiadujemy się z niej między innymi tego, że raper w wieku trzech lat pił whiskey. Na początku Eazy-E nawija do dobrze znanej melodii Jingle Bells, jednak z czasem wchodzi typowy hip-hopowy beat z lat 90 z charakterystycznym trzaskiem. Całość jest wulgarna i typowa dla rapu najniebezpieczniejszej dzielnicy świata. Zaleca się traktowanie z przymrużeniem oka.

XTC – Thanks for Christmas. Anglicy z XTC nagrali typową świąteczną piosenkę z dzwoneczkami i trąbkami w tle i tekstem zawierającym nadzieje, szczęście, śnieg, przyjaźń, Świętego Mikołaja itd. Niby banalnie, ale jak pięknie to brzmi. Absolutny klasyk muzyki świątecznej, kóry niestety przez radiostacje został zapomniany.

 

Death Cab for Cutie – Something About Airplanes

deathcabsomethingGdy usłyszałem tę płytę po raz pierwszy wiedziałem, że Death Cab for Cutie i ja to jedna drużyna.

Tyle jeżeli chodzi o wprowadzenie. Nie ma co sie rozpisywać bo obecnie recenzja musi być krótka i pisana na tak zwanym „lajcie” by ktoś to w ogóle czytał, w i tak mało oczytanym społeczeństwie. Wracając do DCFC. Generalnie chodzi mi o to, że te melodie z miejsca wpadły mi w ucho. Wszystko się zgrało w jedną całość. Odgrywane nuty zamieniły się w pozytywne odczucia. Tak zwane doznania. Pomyślałem sobie, że Ameryka to mimo wszystko fajny kraj, gdzie fajnie grają. Kraj Obamy ma mnóstwo śmieci, ale ma także i mnóstwo fajnej generalnie muzy. Ambitnej. Niezależnej.

Death Cab for Cutie to z pewnością grupa niezależna. Mimo, że mają kontrakt z wielką wytwórnią. To tylko wpłynęło na to, że stali się bardziej powszechni. Bardziej znani, rozpoznawalni. Odzwierciedlają to rankingi, które są skrupulatnie prowadzone na Last.fm. Nie stracili na swej jakości o której przekonaliśmy się poniekąd po raz pierwszy na tej płycie (wcześniej mieli jedna kasetę). Z reszta dobry debiut powinien być odskocznią do dalszej, bogatszej kariery. To im się udało. Słuch o nich nie zaginął. W 1998 roku, czyli 10 lat temu  nie było jak teraz, że każdy zespół, który nagra płytę i mówi, że to indie zostaje od razu okrzyknięty debiutem roku, gwiazdą dziesięciolecia itd.

Sama płyta Something About Airplanes ma to coś, co intryguje mnie jako słuchacza. Wciąga swym nie banalnym a zarazem chwytliwym dźwiękiem. Wszystkie dziesięć utworów stoją na dobrym poziomie i prezentują się okazale. Nie ma sensu wyróżniać poszczególnych części, fragmentów, utworów. Wszystko jest na równym, porównywalnym poziomie. Posłuchajcie sobie tej płyty w zaciszu swego domu. Na pewno zrobi się wam od razu lepiej. Poczujecie się zrelaksowani. Dobra pozycja na nadchodzące Święta. Nie obraziłbym się na św. Mikołaja gdybym znalazł „coś o samolotach” pod choinką. Ocena: 8\10.

A bym zapomniał, że wokalista Bendżamin Gibbard ma spoko głos. Z resztą sami sprawdźcie: Fake Frowns