O Pani Tahliah Debrett Barnett napisano już chyba wszystko. Jedne tezy były bardziej karkołomne, inne bardziej przemyślane. Jednak nie trafiłem na wypowiedź trafiającą w sedno. No, może poza pewnym komentarzem mówiącym, że FKA twigs należy bardziej umieszczać w revivalu lat 90 aniżeli porównywać do artystów podobnie grających w ostatnich latach. I to jest prawda, najprawdziwsza. Lata 90 wracają. I nie chodzi mi tu o odgrzewanie Z Archiwum X czy też powrót napoju Frugo na rynek. Chodzi o muzyczne patenty. Dla mnie Pani Barnett to Bjork dzisiejszych czasów. Podchodząca do muzyki mocno emocjonalnie i szukająca niełatwych rozwiązań.
Pisząc na temat „LP1” nie można nie poruszyć kwestii zawartych tutaj emocji. Urocze, intymne utwory takie jak „Closer” czy też „Lights On” pod względem wokalnym przypominają mi wyczyny nie odżałowanej Julee Cruise. Pojawiają się także momenty w których odnoszę wrażenie, że FKA inspiruje się Aaliyah. Wracając jednak do wspomnianych emocji, to ta płyta aż nimi tryska. Zagłębiając się w teksty autorki „LP1” dostrzegam wiele niedopowiedzeń oraz niejednoznaczności. Do końca nie wiadomo o co chodzi (piję do „Two Weeks” szczególnie), i lepiej by tak zostało. Niech prawdę zna tylko FKA twigs, która przeżywa każdy track na tym longplayu.
Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną to revival lat 90 to jedna sprawa. Druga kwestia to pewna kontynuacja tego co zaczęło inc. na „No World” i podążanie tropami niezniszczalnych Junior Boys. Pod względem melodyjnym „LP1” jest trudne do sklasyfikowania. Ktoś powie r’n’b – OK. Indie r’n’b – też dobrze. Jednak nie zapominajmy, że są tu elementy zahaczające o trip-hop czy też dream pop. Szeroki zasięg inspiracji wyszedł tej płycie tylko na dobre. Najfajniejsze w tym longplay jest wyszukiwanie detali, których jest mnóstwo. Emocje po czasie mogą stracić na znaczeniu, detale jednak pozostaną i będą inspiracją dla następnych pokoleń artystów.
Podsumowując FKA twigs stworzyła album intymny, emocjonalny, poruszający się w latach 90 i kontynuujący to co zaczęli braci Aged. Piosenki chwytają za serce a także wprowadzają w zdumienie za sprawą bogatej warstwy brzmieniowej. Płyta ta niestety nie wprowadza rewolucji w muzyce popowej, ale takie chociażby „Video Girl” to utwór, którego nigdy nie nagra Lana Del Rey. Nie znajdziemy w tym materiale momentów słabych, ale i też takich, które zmieniłby muzykę diametralnie. Ocena: 8/10.


