Na przestrzeni minionych dwóch miesięcy pojawiło się sporo interesującej muzyki. Sprawdźmy co było w tym czasie słuchane. Kolejność całkowicie przypadkowa.
Les Savy Fav – Oui, LSF. Przyznam szczerze, że zwątpiłem, że kiedykolwiek Tim Harrington i spółka nagrają coś nowego. W końcu ich ostatni krążek „Root For Ruin” został wydany w 2010 roku. 14 lat w muzyce to wieczność. Jednak za ich zasługi dla punkującego indie rocka nie należy o nich zapominać. W końcu takie albumy jak „Inches” czy też „Go Forth” to już klasyka gatunku. Tegoroczny „Oui, LSF” takim klasykiem niestety się nie stanie. Jednak warto dać szansę tej płycie, zwłaszcza jak się jest takim milenialnym boomerem jak JA i lubi wrócić do starych, dobrych czasów z dekady 00. Bo dla Les Savy Fav na tym albumie czas stanął w miejscu. Wciąż jest rok 2007 a indie rock to gitarowe granie, a nie kolejny stworzony na komputerze cover. Takie utwory jak „Guzzle Blood„, „Racing Bees” czy też „What We Don’t Don’t Want” tylko to potwierdzają. A momentami jak w „Oi! Division” zespół brzmi jak z najlepszych czasów na „Inches„. Spoko jest ballada „Don’t Mind Me” i szacunek za nawiązanie do utworu „Dreaming” Blondie w „Barbs„. Ocena: 7/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Taylor Swift – The Tortured Poets Department. Moja rówieśniczka zza oceanu wydała właśnie swój jedenasty studyjny albumu. Pomysłów na piosenki Taylor nie brakuje bo to ponad godzinny materiał… Co więcej został wydany także krążek „The Tortured Poets Department: The Antachalogy„, który trwa dwa razy dłużej i zawiera 31 utworów. Na początku wydawało mi się, że przy takiej ilości piosenek nie uda się jej zachować równego poziomu. Otóż udało się. Płyta mimo, że jest nagrana nieco na jedno kopyto i zbytnio rozciągnięta to zachowuje równy, wysoki poziom. Swojej sympatii do Taylor Swift nigdy nie ukrywałem, i dalej jej kibicuje, bo po prostu warto. To wszystko dzięki muzyce i takim albumom jak ten, bo cała ta disneyowo-ploteczkowa otoczka supergwiazdy totalnie mnie nie obchodzi. Ocena: 7/10
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 3.5 na 5.
Dua Lipa – Radical Optimism. Niestety Brytyjka o kosowsko-albańskich korzeniach spadła z bardzo wysokiego konia o nazwie „Future Nostalgia„. Co prawda upadek był dość łagodny, bo na materac z napisem „Houdini” i poduszkę o nazwie „Training Season„, jednak z kronikarskiego obowiązku należy go odnotować. No niestety nie jest to godny naśladowca wspaniałego, wypełnionego świetnymi melodiami albumu „Future Nostalgia„. Utwory na „Radical Optimism” generalnie nie są złe, ale mają jedną wadę – nie wpadają od razu. Dobrze to pokazują single „Training Season” czy też „Illusion„, które nie zachwyciły od premiery, jednak po czasie śmigają w radiu aż miło. Niestety reszta materiału to zwykłe zapychacze, do których człowiek nie wróci po czasie… Trochę Lipa Pani Lipa. Ocena: 6/10
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
Young Jesus – The Fool. Co prawda Young Jesus to już od jakiegoś czasu solowy projekt Johna Rossitera, jednak ponownie mnie ten młodziutki Jezusek zaskoczył. I to pozytywnie. Wszyscy Pamiętamy album „The Whole Thing Is Just There„, który był indie rockowym odkryciem 2019 roku. Po nim nastąpił „Shepherd Head„, gdzie zaskoczeni zostaliśmy składem projektu. Tym razem muzyk stojący za tym projektem zaskoczył swoimi wokalnymi umiejętnościami. Ta płyta to jakiś pierdolony wokalny popis Johna Rossitera, który w tle zapodaje nam indie folk i momentami zamienia się w Boba Dylana czy też innego Neila Younga. Warto tej płycie przyjrzeć się uważniej. Ocena: 8/10.
⭐⭐⭐⭐
Ocena: 4 na 5.
Cloud Nothings – Final Summer. Swego czasu zespół z Cleveland w stanie Ohio był obok Wavves najczęściej przeze mnie wałkowaną kapelą. Albumy takiej jak „Attack on Memory” czy też „Here and Nowhere Else” to gatunkowe perełki, dlatego też sentyment pozostał. 8 płyta Cloud Nothings jest ponownie sentymentalną przeprawą przez dyskografię grupy. Dylan Baldi i ekipa nawet nie próbują eksperymentować, trzymają się sprawdzonej formuły. Piosenki na „FS” brzmią identycznie jak te na poprzednich siedmiu płytach. Może to dobrze, może źle. Nie wiem. Ja zawsze posłucham i docenię. Zwłaszcza, że to niespełna półgodziny materiału. Ocena: 6/10.
⭐⭐⭐
Ocena: 3 na 5.
The Libertines – All Quiet on the Eastern Esplanade. Patrzcie Państwo, kolejny powrót o który w zasadzie nikt nie prosił. The Libertines to klasyk brytyjskiego indie rocka, który najlepsze lata ma już dawno za sobą. Ich okres świetności zakończył się w 2004 roku wraz z rozpadem zespołu. Wydali wówczas dwie płyty: „Up The Bracket” w 2002 roku oraz „The Libertines” dwa lata później. W 2010 roku zespół na chwilę się reaktywował, jednak na nową płytę trzeba było czekać do 2015 roku, kiedy to ukazał się „Anthems for Doomed Youth„. Pamięta jeszcze ktoś tą płytę? No właśnie… Podobne mam odczucia do tegorocznej „All Quiet on the Eastern Esplanade„. Sprawdziłem, posłuchałem, raczej nie wrócę. Jak już to do dwóch pierwszych płyt, aczkolwiek do nich też nie wracam jakoś wybitnie często. The Libertines nigdy nie należeli do moich ulubionych przedstawicieli brytyjskiego indie rocka dekady 00, i pewnie tak pozostanie. Ocena: 5/10.
Miniony rok jaki był, taki był. Każdy wie jak to było. A na blogu? Dość intensywnie…. Po raz pierwszy od X lat byłem na bieżąco z większością wydawnictw, dlatego też nie spodziewałbym się uzupełniającego wpisu z pominiętymi wydawnictwami. Z resztą zobaczcie kiedy ukazuje się moje podsumowanie… Tego jeszcze tutaj nie było! Na przyszły rok postaram się utrzymać ten poziom + dodać więcej autorskich tekstów, bo tego chyba najwięcej brakuje na blogu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do 2020. Przed wami lista 20 płyt, które w minionym roku najbardziej mnie urzekły.
20. Everything Everything – Re-Animator. Brytyjski band spisałem już dawno na straty. Okazało się jednak, że za wcześnie. Dlatego też ta nazwa pasuje do tego krążka, jak żadna inna. Dawny support Muse pokazuje tutaj dobrą mieszankę indie rocka z gitarowym popem, który słucha się lekko i przyjemnie.
19. Coals – docusoap. Przyznam, że czekałem na tą płytę z sporymi nadziejami. W końcu poprzedzające single „Pearls” oraz „Sleepwalker” były dosłownie muzycznymi perełkami. I być może te oczekiwania zaburzyły mi prawidłową ocenę całości, gdyż okazało się, że nie otrzymałem takiej petardy jakiej oczekiwałem. Nie mniej to produkcyjna czołówka na naszym rodzimym rynku muzycznym i nie bez powodu Coals zachwycają się na zachodzie.
18. Dua Lipa – Future Nostalgia. Podobno królowa jest tylko jedna, a w tym roku była nią 25-letnia Brytyjka o korzeniach kosowsko-albańskich. Tegoroczny album od Pani Lipy to popowy majstersztyk, który zachwyca na każdym poziomie. Dobra muzyka dla każdego, którą można puszczać bez obciachu. A że w radiu non-stop grają? W tym przypadku totalnie mi to nie przeszkadza!
17. PRO8L3M – Art Brut 2. Duet Oskar – Steez postanowili powrócić do sprawdzonego patentu zastosowanego już wcześniej na „Art Brut” z 2014 roku. Ponownie poszły w ruch stare kasety i płyty ze starymi przebojami oraz stare nagrania VHS z rodzącego się w Polsce kapitalizmu. A do tego wspominki z dzieciństwa Oskara. Retromania trwa w najlepsze, ale skoro to jest tak dobre i potrafią to świetnie robić? To czemu nie? Chwilo trwaj, bo kiedyś to kurła było.
16. Caribou – Suddenly. Z jednej strony mglisty i ponury, z drugiej melodyjny i taneczny. Taki jest właśnie najnowszy muzyczny pocisk od Daniela Victora Snaitha. Ostatni raz Caribou mnie tak urzekło równo dekadę temu za sprawą „Swim„. Dobrze wiedzieć, że dalej jest w formie w odróżnieniu od innych moich indie rockowych ulubieńców. Szkoda tylko, że nie odbył się OFF Festival bo ten występ mógł być koncertem całej imprezy!
15. Fleet Foxes – Shore. Grupę Robina Pecknolda wielbię od momentu ukazania się ich pierwszej płyty w 2008 roku. I o ile pamiętam jak pozytywne emocje mi towarzyszyły przy słuchaniu debiutu „Fleet Foxes„, tak zapamiętam pozytywne wibracje z minionego roku za sprawą „Shore„. Trzeba przyznać, że 2020 to był wyjątkowo CHUJOWY rok. Jednak dzięki niesamowitej passie punktowej AC Milan i właśnie tej płycie było troszkę cieplej i milej.
14. Tame Impala – The Slow Rush. Płyta od Australijczyków była pierwszą głośną premierą tego roku. Co prawda daleko jej do „Lonerism” czy też „Currents„, ale to wciąż na tyle dobry materiał by o nim pamiętać. Kevin Parker wyrobił swój rozpoznawalny styl na którym bazuje, i to dobrze mu to wychodzi. Na najnowszej płycie Tame Impala znalazło się więcej miejsca na inne instrumenty niżeli gitary a brzmienie zespołu zbliżyło się do bardziej dream-popowego.
13. The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Projekt za którym stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos to mroczna, ambientowa propozycja, która najbardziej mi przypadła do gustu z tego typu klimatów. Przyznam, że wkręciłem się dość mocno w tą płytę w minione lato i gdy przypomniałem ją sobie parę dni temu to odzew był równie pozytywny.
12. Charli XCX – how i’m feeling now. Gdy w 2013 roku pisałem o Charli XCX to nie sądziłem, że Brytyjka zrobi taką karierę w świecie muzyki. Lubię takie zaskoczenia, gdyż w jakimś sensie dołożyłem swoją małą cegiełkę do promocji tej artystki. Charlotte Emma Aitchison radzi sobie doskonale, czego przykładem jest jej ostatni album. Świetne, nowoczesne i melodyjne kompozycje idealnie układają się z puszczonym przez autotune wokalem artystki. „how i’m feeling now” to pop najwyższych lotów, który warto znać.
11. Destroyer – Have We Met. Wspominając tą płytę na blogu w lutym zeszłego roku, zastanawiałem się czy będę ją pamiętał w momencie robienia listy podsumowującej. PAMIETAM! I Oto tego efekt, o włos a weszłaby do TOP 10. Chociaż w przypadku moich list (zawsze to wspominam) to różnica między miejscem 17 a 12, czy też 9 a 11 jest znikoma. Jednak trzeba przyznać, że Daniel Bajer wciąż potrafi tworzyć dobre kompozycje i jego umiejętności nie zakończyły się na pamiętnym „Kaputt„.
10. Taylor Swift – Folklore. Pandemia Covid-19 (Nie wierzę, że pisze o tym GÓWNIE nawet tutaj) zmusiła wielu artystów do pozostania w domu. Efekty tego były różne. Od bawienia się w łańcuszki typu Hot16Chellange po nagrywanie nowej muzy w zaciszu swego domu. Pozytywnym efektem kwarantanny z pewnością jest album „Folklore” od Taylor Swift. Gwiazda POP postanowiła nagrać indie folkowy album przy pomocy speca w tej materii Bon Ivera. Efekt? Dzieło zbliżone mocą i emocjami do „For Emma, Forever Ago„.
9. Grimes – Miss Anthropocene. Najbardziej kosmiczna płyta minionego roku. W sumie czego się spodziewać od żony Elona Muska? Grimes potwierdza formę na najnowszym albumie, który zachwyca zarówno od strony wokalnej jak i dźwiękowej. Osobiście przypadł mi najbardziej do gustu singiel „Violence„, który jest pewnego rodzaju wisienką na torcie. Oczywiście album broni się jako całość równie świetnie, gdyż dostajemy tutaj Grimes pod różnymi postaciami. Jednak, gdyby miał wskazać drogę Kanadyjce to kazałbym jej nagrywać takie utwory jak wspomniane „Violence„.
8. The Flaming Lips – American Head. Czasami najprostsze rozwiązanie bywa najlepsze. Udowadnia to hiper grupa z Oklahomy, która postanowiła powrócić do starego stylu. Po długiej podroży pełnej muzycznych eksperymentów i wielu dziwności Wayne Coyne stwierdził, że powróci do tego co grali na pamiętnym „The Soft Bulletin„. I był to strzał w dziesiątkę, bo na takie Flamig Lips wszyscy czekali!
7. Nothing – The Great Dismal. Wałkowałem ten album praktycznie cały grudzień. Nie rezygnowałem z niego nawet dla świątecznych piosenek, które gdzieś tam zawsze towarzyszą przy ubieraniu choinki czy też myciu auta. Za sprawą Nothing ponownie zatęskniłem za brzmieniem ciężkich i przesterowanych gitar. W końcu „The Great Dismal” to potwierdzenie, że shoegaze ma dalej sens. Generalnie grupa Domenica Palermo dobrze idzie w post-rockowych brzmieniach, czego doskonałym jest przykładem ich tegoroczna płyta.
6. Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach daje popis swojej wielostronności. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, szczypta awangardy. Porównania do D’Angleo nie bezzasadne, ale też nie ma co przesadzać. Czuć na tym krążku, jak i na poprzednich, że facet ma dryg to muzyki i dobrze mu te kombinowanie wychodzi. „Græ” to sporo materiału to nadrobienia jeżeli nie słyszeliście, ale warto bo wciąga.
5. King Krule – Man Alive! To co zrobił młody Brytyjczyk na pamiętnym z 2017 roku „The Ooz” było sporym sukcesem. Tegoroczny album nie przebija tego sukcesu, ale też nie zniża poziomu. Rudzielec, który powiedział „NIE” Kanye Westowi ponownie penetruje mroczne i mgliste tereny Londynu tworząc klimat tak gęsty, że można kroić go nożem. Archy Ivan Marshall ponownie miesza gatunki, raz śpiewa, raz rapuje, bawi się stylami i formami. Tego typu eksperymenty wychodzą mu dobrze i co najważniejsze stały się jego znakiem rozpoznawalnym.
4. Run The Jewels – RTJ4. Czwartą część RTJ, El-P zapowiadał już od dłuższego czasu. Płyta w końcu pojawiła się wraz z zamieszkami spowodowanymi śmiercią George’a Floyda. I był to bardzo dobry moment, gdyż zwrotki Killer Mike’a nabrały głębszego i większego wydźwięku niż zwykle. Nie od dziś wiadomo, ze raper z Atlanty udziela się na co dzień politycznie i komentuje sprawy bieżące Ameryki, zwłaszcza segregacji rasowej i problemu przemocy wobec Afroamerykanów. Jednak i bez tej głośnej otoczki album sam w sobie jest wyśmienity. Run The Jewels to gwarancja jakości, która nigdy nie zawodzi. Czwarta płyta z rzędu (co prawda po dłuższej przerwie) a oni wciąż potrafią człowieka wciągnąć.
3. U.S. Girls – Heavy Light. Meghan Remy nie zwalnia tempa. Po wyśmienitym „In A Poem Unlimited” artystka z Toronto wydaje równie świetne „Heavy Light„. Kanadyjka lawiruje pomiędzy gatunkami muzycznym, cieszy ucho melodyjnością a rozum bogactwem nawiązań i inspiracji, które jest w stanie wyłapać każdy. Mi ta propozycja wyjątkowo przypasowała, gdyż lubię tego typu podejście do muzyki pop. Z jednej strony prosto, melodyjnie i zwyczajnie – każdy tego posłucha. Z drugiej jednak strony nieszablonowo, inaczej i z bogatym wachlarzem inspiracji. Istotne jest także to, że by odkryć tego typu płytę to trzeba jednak siedzieć w niezalu, bo w radiu tego nie zagrają.
2. Jessie Ware – What’s Your Pleasure? W 2020 nie było lepszego popu niż ten zaprezentowany przez Brytyjską wokalistkę. Jessie Ware postanowiła zanurzyć się w latach 70 i wyciągnąć to co najlepsze z muzyki DISCO, soulu i electro-popu. „What’s Your Pleasure” to wyjątkowo taneczny krążek, który nadaje się zarówno na parkiet, imprezę jak i do zwykłego codziennego odsłuchu. Omawiany longplay urzeka tutaj zarówno wspaniałym głosem Ware jak i samą produkcją. Pulsujące dźwięki „Spotlight” czy też tytułowego „What’s Your Pleasure” wprowadzają nas w klimat płyty, który przywołuje namyśl najlepsze pozycje z dyskografii Kylie Minouge czy też Madonny.
1. Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. O najnowszej płycie Perfum Geniusa pisałem w maju opisując muzyczne premiery miesiąca. Przyznam, że trochę mam wyrzuty sumienia, że najlepszy album minionego roku opisałem trochę po macoszemu. Dlatego to dobry moment by królowi oddać to co królewskie. Michael Alden Hadreas nagrał najlepszy krążek w 2020 moim zdaniem z kliku powodów. Po pierwsze to najbardziej emocjonalna pozycja zarówno w jego całej dyskografii, jak i w ogóle całego poprzedniego roku. Amerykański wokalista łapie za serce i ściska za sprawą swoich osobistych i intymnych tekstów. Po drugie to jego najbardziej dojrzałe dzieło. Słychać jak wokalista się rozwija, zwłaszcza kiedy odpalimy sobie debiut „Learning” z 2010 roku i porównamy z tegorocznym longplayem. W końcu od tego momentu minęła już dekada! „Set My Heart On Fire Immediately” zachwyca słuchacza także muzycznie. Hadreas nie zamyka się w jednym gatunku, rozbudowując swoje brzmienie. Znajdziemy tutaj zarówno garażowe gitary, jak i smyczki i instrumenty klawiszowe prowadzące nas w stronę muzyki klasycznej. Najnowsza płyta od Perfume Genius to emocjonalna bomba, która została zabarwiona mnogością instrumentów, brzmień i sposobów śpiewania. To jedna z tych płyt o której pamięta się latami.
Pogoda coraz lepsza, dzień coraz dłuższy a obostrzenia łagodzone. Co w takich warunkach posłuchać nowego? Poniżej najciekawsze muzyczne premiery minionego miesiąca.
Car Seat Headrest – Making a Door Less Open. Nowy album CSH to niestety małe rozczarowanie. Poprzednie krążki grupy takie jak „Twin Fantasy” narobiły mi nadzieję, że o to pojawia się nowa świeżość w indie rocku. Co prawda pojawiła się ona dość mocno, szkoda tylko, że na tak krótko. Chłopaki z Car Seat Headrest nie robią niczego nadzwyczajnego na „Making a Door Less Open” by zachęcić mnie na dłuższe pozostanie z tym materiałem. A szkoda, bo liczyłem na więcej. Ocena: 5/10.
Quebonafide – Romantic Psycho. Strasznie głośno w ostatnim czasie było o Kubusiu Grabowskim. Ci co zaglądają regularnie na bloga i znają mnie osobiście dobrze wiedzą, że ten cały medialny szum, życie osobiste artysty, jego wizerunek i zachowanie NAJMNIEJ mnie interesuje. Najważniejsza jest w tym przypadku jest muzyka i to na niej zawsze się skupiam. Jeżeli chodzi o „Romantic Psycho” to słuchałem tego krążka dość sporo. Z prostej przyczyny – PODOBAŁ MI SIĘ. Uważam, że bardziej komercyjne i popowe oblicze pasuje Panu Quebo. O ile nie podoba mi się rozwój i droga jaką obrał Taco Hemingway, którego gościnne występy na tej płycie to najmniej urocze momenty to sposób na muzykę w stylu Quebo szanuje. Na „Romantic Psycho” jest sporo fajnych momentów i jeżeli tak ma wyglądać rap grany w komercyjnych stacjach, to czemu nie? Ocena: 7/10.
Purity Ring – WOMB. Pamiętam jak swego czasu Purity Ring było mega hajpowane przez niezalowych recenzentów. Od pamiętnego albumu „Shrines” minęło już 8 lat. Co pozostało z tamtych zachwytów? W sumie nie wiele… Kanadyjski duet na swoim najnowszym krążku bazuje na sprawdzonych patentach. Niby grają to samo, ale chyba już nikogo to zbytnio nie rusza. Być może formuła się wyczerpała, a być może byli po prostu przehajpowani. Nie wiem. Prawda jest taka, że „WOMB” przesłuchałem ze 3-4 razy. I nie zaiskrzyło ani razu… Ocena: 4/10
Dua Lipa – Future Nostalgia. 25-letnia Brytyjka to obecnie najlepsza wokalistka pop, którą można słuchać z przyjemnością pomimo tego, że wałkują ją w radiu i telewizji niemiłosiernie. Charakterystyczny, mocny głos plus dobrze wyprodukowane single to gwarancja sukcesu, ale nie tylko. Gdyż zarówno całe „Future Nostalgia” jak i jej debiutancki krążek to mocne, popowe pozycje. Single już znacie, posłuchajcie reszty. Warto. Ocena: 7/10.
Jan-Rapowanie – Uśmiech. Okej Janek wydał płytę wcześniej, ale dopiero teraz jest okazja by o niej napisać. Co by tu powiedzieć? To z pewnością najmniej chwytliwa płyta krakowskiego rapera, ale jednocześnie najbardziej dojrzała. Mówiłem Wam, że po jej wydaniu artysta zrobił sobie przerwę od muzyki? To też dużo mówi o „Uśmiechu„, który jest po prostu kolejnym krokiem w rozwoju rapera. Janek zwierza się jak to jest być w tak młodym wieku gwiazdą hip-hopu i robi to dość przekonywająco. Warto sprawdzić, ale nie liczcie na fajerwerki. Ocena: 6/10.
Thundercat – It Is What It Is. Pamiętam, że „Drunk” z 2017 roku pomimo swoich paru uchybień przypadło mi do gustu. Dlatego też dałem szansę najnowszej płycie Stephena Lee Brunera. I w sumie nie odczuwam większych emocji myśląc o tym wydawnictwie. Nie jest to ani zły album, ani dobry. Klasyczne 5/10.
Łona i Webber – Śpiewnik Domowy. Odpalając sobie na Spotify „Śpiewnik Domowy” przesłuchałem przy okazji resztę płyt Łony. I wiecie co? Im dłużej słuchałem tym lepsze kawałki leciały. Szczeciński rap duet zalicza niestety równię pochyłą, gdyż w sumie ostatnia płyta, która mi się od nich podobała to „Cztery i Pół” (A premiera tego krążka miała miejsce 9 lat temu…). Nie mówię, że to zła muzyczna pozycja bo szanuję Łonę, jego teksty i to, że nie napierdala na ałtotjunie…. Tylko zaczyna mi już nieco przeszkadzać zbyt wyniosła maniera jego stylu rapowania a beaty Webbera już nie są tak innowacyjne jak niegdyś. Ocena: 5/10.