Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Single

Część trzecia naszego podsumowania zeszłorocznego to zestawienia 20 najlepszych singli, które bawiły moje ucho w ostatnich 12 miesiącach. Nie brakowało w tym roku fajnych produkcji, które teraz doceniam. Dawaj!

20. Microexpressions – Festival. Tegoroczne odkrycie prosto z Jeleniej Góry. Festival zachwyca nas przede wszystkim swoim urokiem indie fajnej piosenki, która przywraca wspomnienia lata 2007 nad morzem. Słonecznych dni, podróż zapełnionym pociągiem, spodnie w kratę a w słuchawkach Car is On Fire.

posłuchaj

19. Toro y Moi – Talamak. Chaz Bundick to skurczybyk jeden. Wydał w tym roku świetną płytę z takimi hiciorami chillwave’u, że nikt nie podskoczy, choć paru wciąż próbuje. Tą drogę wybiorą młode zespoliki, które będziemy zapewne oglądać na przyszłorocznym Offie. Słuszny kierunek.

posłuchaj

18. Kanye West – POWER. To nie jedyny utwór Kanye z pompą i odpowiednim rozmachem na My Beautiful Dark Twisted Fantasy, jednak wyróżnia się spoko nawijką pana Westa do odpowiedniego podkładu oklasków, tupania i innych okrzyków. Słuchając tego kawałka wydaje ci się, że palisz fajkę pokoju z wodzem. Jeden z mocniejszych momentów nowej, na serio dobrej płyty. Ogarnijcie moment 3:24, kiedy to fajnie wycisza się utwór do całkiem spoko syntezatora.

posłuchaj

17. Efterklang – Modern Drifts. Opener z Magic Chairs poraża spokojem i melodyjności wyrwaną niczym z debiutu Menomeny. Rekomendacja Rojasa w pełni zasłużona. Efterklang ogólnie charakteryzują fajne bębny i ciekawe, lecz proste melodie. Tego nie zabrakło w Modern Drifts. Dodatkowo uszy cieszą się zgrabnymi skrzypcami.

posłuchaj

16. Kamp! – Heats. Odkrycie ubiegłego roku, zwłaszcza za sprawą tego singla na kótrym czuć świeży powiew elektroniki i ciekawych brzmień. Kolesie hype’owani ostatnio przez Krzysia Ostrowskiego z kulek, ostatnio jeździli po Polsce z póki co sławniejszym zespołem z Łodzi Cool Kids of Death. Słyszalne inspiracje latami 80 i ostatnimi osiągnięciami w gatunku typu Cut Copy. A Pan Tomek daje się poznać jako ciekawy wokalista. Ciekawi mnie to co wydadzą w nowym roku, Łódzka scena muzyczna zmienia się z punk rockowej w fajną, interesującą scenę popowych, elektronicznych piosenek. Zdecydowanie jestem na TAK.

posłuchaj

15. The Count & Sinden feat. Mystery Jets – After Dark. Ten hicior rządził zeszłego lata na parkietach. Jeżeli nie to powinien bo kawałek ma wszystko by wymiatać. Jest energiczny i dobry, w sam raz by się przy nim bujać. After Dark to Kokomo 2010 roku, mamy luzacki syntezator na początku, fajną gitarkę, „We’ve never had a heart to heart, bu You still call me up after dark” i te okrzyki yeah yeah yeah na końcu. Tak się robi taneczne szlagiery, a Mystery Jets są w sumie znani z tego, że single potrafią robić świetne. Pamiętamy taki Two doors Down albo Youn Love z Panną Marling na featuringu, które zasłuchiwaliśmy jakiś czas temu.

posłuchaj

14. These New Puritans – White Chords. O These New Puritans już pisałem parę razy, lubię tych angielskich blokersików, oni nie przynudzają. Dużo fajnych bębnów mają poza tym. A White Chords dla mnie osobiście najmocniej wyróżnią się z całego nowego albumu Hidden. Z tym utworem będą mi się kojarzyć wczesno wiosenne dni zeszłego roku.

posłuchaj

13. Broken Bells – The High Road. Miałem w zamiarach pisać reckę, całej płyty, ale skończyło się tylko na zamiarach. Już raczej tego nie zrobię, więc napiszę coś tutaj. Miałem coś tam wspomnieć o zasłyszanych skojrzaniami z kimś, inspiracjami itd, ale już nie pamiętam. Bo niby dobre to, ale słabo wpada w ucho na dłużej. Poza openerem, który jest pierwszą najlepszą piosenką na płycie i zarazem ostatnią. Ta melodia zostaje na dłużej w głowie. Na prawdę dobra piosenka,  z dzisiejszego punktu widzenia w pewnym sensie oldschoolowa.

posłuchaj

12. Brodka – Szysza. Zmiana repertuaru na ambitniejszy wyszedł Monice na dobre. Nie rezygnując z ciupagi i ludowych wzorców dodała ciut indie popu i elektroniki. Trochę za dużo skojarzeń z Nosowską, ale Szysza jest zarąbistą piosenka o kwiatach, wstążkach. Grandę chwaliłem już zaraz po debiucie. Słuchając tej piosenki mam rozum jak po głębszych dwóch. Umarła komercyjnie, ale wygrała muzycznie, już jej nie puszczają w RMF FM. Należy docenić.

posłuchaj

11. Kanye West – Runaway. No kurtka, trzeba jednak przyznać Kanye Westowi, że zeszłoroczny album jest bardzo dobry, a Runaway jedną z lepszych piosenek ostatnich 12 miesięcy. Ok tekst nie poraża, ale jeżeli ktoś nie zna angielskiego to i tak nie skuma. Poraża natomiast to brzmienie. Zawsze lubiłem pana Westa, ale za jego muzę. Te murzyńskie przechwałki, złote buty i wielkie, puste gale zawsze mnie wnerwiały. Jednak potrzeba nam takiej muzy, muzy wielkich. Skumajcie sukces Lady Gagi, ludzie tego oczekują. I Kanye West im to daje. Łączy takim Justinem Vernonem, Raekwonem, Kidem Cudi. Go West.

posłuchaj

10. Muchy – Przesilenie. Z muszkami to my już  sobie możemy mówić na „Ty”. Choć Notoryczni Debiutanci ciut rozczarowują względem Terrorromansu a w odniesieniu do takich hitów jak Miasto Doznań czy Najważniejszy Dzień te piosenki nie mogą się równać. Natomiast Przesilenie jest najfajniejszą gitarową piosenką, która wyszła w zeszłym roku na naszych ziemiach. Pamiętne pierwsze ciepłe dni, zmiana obuwia zimowego na letnie i śmiganie po ulicy a na słuchawkach Wiraszko wołający „Wszyscy idziemy na plac wolności by tam zapomnieć dobre rady”.

posłuchaj

9. Uffie – First Love. O miłosnych zwierzeniach piosenek nigdy mało. Uffie na którą czekaliśmy 4 lata wydała album z pełna ilością przebojowych utworów i tam znalazł się między innymi ten utwór. Z całego First Love najbardziej chyba uwielbiam moment 3:35 z pamiętnym „Mhm You Did”.

posłuchaj

8. Robyn – Dancing on My Own. Najlepszy utwór szwedki ze wszystkich części Body Talk. Brzmi to nieźle i jest takim popem jakiego oczekuje, miłym dla ucha, pozwalającym na chwile relaksu i mający coś co odróżnia go od innych, słabych papek radiowych. Ogólnie ten rok w moim słuchaniu muzyki można podzielić na dwie części: jedna popowa a druga klasyka gatunków. Poznawanie nowości i tego co powstało kiedyś ale nie do ocenienia jest wpływ na to co grane jest dziś. Co do Robyn to zasługuje na oklaski.

posłuchaj

7. The-Dream – Love King. R&B to nie żadna Rihanna, Beyonce ani tym bardziej nowe oblicze Eminema. The-Dream wydał w poprzednim roku dobrą, choć trochę przydługą płytę Love King. Tytułowy opener jest fajną piosenką o zajebistych hookach i poczuciem luzu. Zakładam białe adidasy, ciemne okulary i moją skórzaną błyszczącą kurtke i śmigał na miacho. yoo. spradzcie też remix z Ludacrisem. yo yo

posłuchaj

6. Cold War Kids – Audience. To był pierwszy fajny singiel z tamtego roku, który usłyszałem i od razu wiedziałem, że za rok o nim wspomnę. Do Nathana Willetta i ekipy zawsze miałem słabość i tym razem także udało im się uwieść moje ucho fajną, prostą, melodyjną piosenką. Słuchałem jej w zimne styczniowe dni jednocześnie będąc myślami przy ciepłych plażach i niezapomnianych wakacjach. Audience mam nadzieje, że zapowiada kolejną fajną płytę grupy, którą będę mógł się już cieszyć w 2011 roku.

posłuchaj

5. Sky Ferreira – One. 18-letnia Sky Ferreira jest autorką jednej z lepszych popowych piosenek tego roku. Mimo młodego wieku słychać w tym dojrzałość tworzenia przebojów. One jest tą piosenką lata 2010, która najfajniej mi się kojarzy. Idealnie komponowała się do rozpędzonej srebnej strzłay, którą przemierzałem śląskie drogi. Trzymam kciuku i wyczekuje dalszych kroków w nowym roku. Urzekła moje uszy swoim delikatnym głosikiem i wyczuciem melodii. P.S. Śpiewanie do żarówki takim samym odkryciem jak rapowanie do meczety.

posłuchaj

4. Toro y Moi – Minors. Ciężko by zabrakło tego pana w czołówce zestawienia singli. Cichutki wokalik, fajny podkład. Kurde ten utwór wywoływał u mnie ciarki na plecach. Nie zmieniło to mojego życia może, jednak miejsce w zupełności zasłużone za te wszystkie dźwięki, które zostały skupione ponad 3 minutach. Minors dla mnie jest najlepszym utworem z Causers of This a na żywo brzmiał równie zajebiście jak na płycie. Nie tylko ja się zachwycam: „just heard it ova 98.1 kentucky radio, and luv it!!! YA DIG..dis iz whatcha cruise wit”.

posłuchaj

3. Uffie – ADD SUV. Podoba mi się to jak Uffie nawija o tym, jak była na imprezie, obudziła się i nie pamięta gdzie była. Dodatkowo fajnie w tym wszystkim odnajduje się muzyczny plankton Pharrell Williams, który wspomina o filmie Memento. Dodajmy do tego spoko bicik w tle i uroczy głos Anny Katarzyny Hartley. Ogólnie z Sex Dreams and Denim Jeans można by zestawić połowe mojego podsumowania, ale ADD SUV dzięki fajnemu imprezowemu klimatowi i udziałowi Pharrella znalazło się najwyżej.

posłuchaj

2. Foals – Spanish Sahara. Po tych panach to nigdy bym się nie spodziewał, że zmiażdżą, zdepczą, skopią moje serce wrażliwe na takie melodie. Total Life Forever jest całkiem, dobrym albumem jednak to piosenka numer 5 wzbudza najwięcej emocji. Utwór jest całkiem długi (6:49), ale upływa w mgnieniu oka i dzieli się jakby na dwie części. Wpierw budowanie napięcia, które zaczynają się od niemal całkowitej ciszy, szepczącego wokalu. Spokojna perkusja, która z czasem nabiera coraz większego tempa. Syntezator wprowadzający mnie w ten zaniepokojenia. Na to też się składa wokal. gitara dalej sobie fajnie plumcze. I następuje punkt kulminacyjny w okolicach 4:12. Wybuch. Wtedy wpadamy w trans, ta gitara robi ze mną co chce. Zajebiste perkusyjne przejścia. I tak do 5:55 by nagle ucichł wokal a tempo zwalniało jak dojeżdżający pociąg do stacji kolejowej. To była niesamowita podróż, która chce się powtórzyć.

posłuchaj

1. Yeasayer – ONE. Kolejna piosenka numer 5, tylko, że z albumu Odd Blood. Jest to chyba najbardziej efekciarski, przebojowy, rażący melodią, intensywnością, zajebistościa utwór jaki usłyszałem w poprzednim roku. Żadna sekunda, żadna melodia, żaden dźwięk nie jest tu zbędny, nudny. Wszystko gra na 102. Cały album nie jest niestety tak dobry i ogólnie jest gorszy od debiutu chłopaków. ONE jednak od pierwszej sekundy do ostatniej trzyma równy, dziesiątkowy poziom. Te ponad pięć minut słuchania doprowadza do pojawienia się uśmiechu na twarzy, tupania nóżką i wywoływania naszych zakopanych najskrytszych marzeń gdzieś pod myślami codziennego życia.

posłuchaj

Muzyczne Podsumowanie Roku 2010: Wydarzenia

W tym roku nie brakowało różnorakich wydarzeń muzycznych i takich około muzycznych. Ta lista będzie takim luźnym zestawieniem ciekawych, śmiesznych czy też dramatycznych wydarzeń poprzedniego roku. Start:

10. Piosenki kampanii wyborczej. Wybory prezydenckie w tym roku musiały odbyć się przedterminowo z powodu dramatu w Smoleńsku. Kampania prezydencka prowadzona była w sposób wyważony i bez żadnych zagrywek typu „dziadek w wermachcie”. Jednak nie zabrakło i zabawnych momentów a to za sprawą pana Napieralskiego z SLD. Sztab Wyborczy Grześka zapodał dwoma hiciorami. Pierwszy z nich hip-hopowy o podkładzie, który swoją śmiesznością nie dorówna reszcie, wokalom, chórkom, nawijkom. Nikt się jeszcze nie przyznał do tego kawałku. W ogóle o czym oni nawijają? Drugi hit  „Są nas miliony” miał być zarówno dla ucha jak i dla oka, skuteczny okazał się tylko pod tym drugim względem. śmiechu było jednak po pachy, w sumie z takimi partyjnymi przykładami nie ma co się dziwić.

9. Podsumowanie dekady. Mijający rok to okres kiedy to wszędzie można było dostrzec podsumowania ostatniej dekady. Zwłaszcza muzyczne i tak ogrom entuzjastów muzyki obserwowało czy to Radiohead, czy Modest Mouse a może Animal Collective nagrał najlepszą płytę. I czy Single Daft Punk były lepsze od singli zaproponowanych przez Cut Copy. W ten sposób najbardziej poczytni w internecie (Pitchfork, Porcys, Screenagers) mogli zaprezentować swoje zestawienia.

8. Nowa Brodka. Kiedy zobaczyłem, że na Dark Center of The Universe znalazła się Granda to mocno się zdziwiłem. I tak się okazuje, że laureaci Idola wychodzą ze swoją prawdziwą, fajną twarzą. Nie dawno Ala Janosz zaprezentowała swoje fajne-melancholijne nutki z zupełnie innym image’em. Makowiecki, który wcześniej gdzieś tam się kręcił około chłopaków z Myslovitz założył w końcu z Myszorem i Powagę ciekawy projekt No! No! No!. Brodka z tego grona wydawała się najciekawsza i w efekcie końcowym wydała najlepszą płytę z całego tego towarzystwa. O Grandzie pisałem już tutaj, jednak chciałbym wyróżnić te przemiany również w rocznym podsumowaniu. Jak widać ten polsatowski program do czegoś pożytecznego się przydał i wykreował na gwiazdy dobrych muzyków.

7. Rychu na Public Enemy. Legendy hip-hopu zawitały na jesień do Warszawskiej Stodoły. Po przybliżeniu barierek bliżej sceny, licznie zgromadzeni fani mogli posłuchać najlepszych kawałków grupy i zobaczyć Peje „Ryszarda”. Polski raper stremowany i zawstydzony przez wyjadaczyz USA był dość śmieszno-ciekawym urozmaiceniem koncertu. Ogarnijcie. I w ogóle kim jest ten drugi?

6. Bayer Full w Chinach. Wszystko zaczęło się od tego, że Sławek Świeżyński (fan picia vódki i jeżdżenia traktorem, który w wolnych chwilach zajmuje się pisaniem piosenek) bujał się po dyskotekach w Hongkongu czy gdzieś w okolicach. Załapał się na występy live i zapodał na gitarze dwa swoje największe kawałki, które przypadły do gustu naszym skośnookim braciom. Sławek zostawił pare egzemplarzy płyt tamtejszym dejotom, którzy upowszechnili polskie disco w Chinach. I tak narodziła się idea sprzedaży 100 milionów płyt. Chłopcy nawet przerobili hymny lat 90 na język chiński. Nie ma co się dziwić oni tam jarają się majteczkami.

5. Rychy Peja tańczy do Les Sins

4. Pavement w Polsce. W tamtym roku pisąłem o tym, że grupa wraca na trasę europejską, jednak pomija Polskę. W tym roku odwiedzili nasz kraj za sprawą Heńka. Legendy Indie byli wyczekiwani nad Wisłą niemal tak jak Radiohead. Nie byłem na ich występie, jednak chętnie bym zobaczył jak wyglądają na żywo. Z relacji wyczytać można, że było przednio. Teraz wszyscy czekają na Damona Albarna i grupę Blur.

3. MJ is back! Nawet po śmierci Michael nagrywa. I niby fajnie, ale każdy medal ma dwie strony. Poza tym, że fani mogą znowu usłyszeć swojego ulubieńca to jest to typowa zagrywka pod publiczkę by zarobić kokosy na niegasnącej sławie Jacksona. Bo składanie płyty z ochłapów i odrzutów, których MJ nie zaakceptował nie przenosi się także na jakość płyty. Z pewnością nie jest to ostatnia pośmiertna płyta Michaela, niestety.

2. Wuwuzele. Tego dźwięku długo, nie zapomnimy dzięki Mundialowi w RPA.

1. Off Festival 2010. Trzeba przyznać, że w tym roku Arturowi „Rojasowi” Rojkowi udało się zorganizować zarąbistą muzyczną imprezę z masą gwiazd muzyki folkowej, undergroundowej, rockowej itd. Rojek został nawet mianowany przez niektórych na ministra kultury. I tak dzięki Katowickiej imprezie będziemy wspominać niesamowite występy Flaming Lips, Dinosaur Jr, Lenny Valentino, pijanego Raekwona czy też rozbawione Toro y Moi i Efterklang. Teraz czekamy na jakiegoś Sufjana Stevensa albo Ariela Pinka.

Off Festival 2010

Jubileuszowa bo piąta edycja najbardziej alternatywnego festiwalu w Polsce odbyła się tym razem w Katowicach. Było więcej ludzi, więcej kiełbasy i więcej dobrej muzyki. Artur Rojek zadbał o to by każdy entuzjasta muzyki znalazł coś dla siebie każdego dnia podczas pobytu w Dolinie Trzech Stawów. Czas na podsumowanie muzycznego wydarzenia o którym trąbiłem na stronie od czerwca.

The Horrors

Off rozpoczął się już w czwartek, jednak nie posiadałem karnetu czterodniowego by zobaczyć klubowy występ ludzików z Matmos. Dla mnie festiwal zaczął się w piątek od występu Cieślaka z księżniczkami. Maciej Cieślak jest już żyjącą legendą polskiej muzyki offowej. Lider Ścianki, członek Lenny Valentino, poza tym takie muzyczne projekty jak Kings of Carmel, Wyjebani w Dobrej Wierze i teraz Cieśłak i Księżniczki. Muszę przyznać, że początek brzmiał bardzo uroczo. Trzy panie wspomagające Cieślaka grały lekko i nie nudziły a sam boss, który na Offie zbierał pokłony był w dobrej formie wokalnej. Troszkę przeszkadzał upał w namiocie i jęki Waglewskich w tle, które zagłuszały ekipę Cieślaka. Warto odnotować, że podczas tego koncertu miała premiera debiutanckiej płyty, której piosenki mieliśmy okazję usłyszeć na żywo. Następny występ to jedyna okazja by zobaczyć po raz pierwszy w Polsce człowieka o którym mówi się w kategorii zbawcy alternatywy. o 17:50 swoje 5 minut miał Toro y Moi. Chaz Bundick, który w ponad 40 minutowym gigu zmieścił najlepsze kawałki z Causers of This zachwycił Katowicką publikę. Przy akompaniamencie perkusji i basu brzmiał bardzo fajnie i tanecznie. Troszkę wokal gdzieś funkcjonował za muzyką, ale jak na debiutanta, który nagrywa niemal dziesiątkowe płyty było bardzo wesoło. Ludziom się podobało. W końcu pierwszy koncert na powietrzu pod gołym niebem. Na Scenie głównej mBank grał angielski zespół The Horrors. Wiązałem duże nadzieje z ich występem, gdyż spodobali mi się na płycie Primary Colours. I co by tu powiedzieć? Zawiedli troszkę. Początek mieli bardzo obiecujący, Mirror’s Image czy też Who Can Say zabrzmiało tak jakbym tego chciał, ale im dalej koncert trwał tym było nudniej. Kolesie straszyli jak na horrorsów wypada swoimi mega fujfuj obcisłymi gaciami a gitarzystwa wymachiwał nóżką jak nastoletnia fanka Green Day. Muszą się wiele jeszcze nauczyć.

Lenny Valentino

Następnie próbowałem obejrzeć występ Fennesza, który miał być jednym z tych występów które były zainspirowane twórczością Chopina. Wiadomo, rok Chopinowski. Niestety pomimo chęci i fajnych brzmień zachęcających nie udało mi się nawet wejść pod scenę eksperymentalną. Udałem się zatem sprawdzić Art Brut na Scenie Leśnej. Słuchałem ich wcześniej i przyznaje, że Anglicy to nie moja drużyna. Koncert mimo to był żywiołowy i śmiało można było poskakać. Rozrywkowo było jednak nie dla mnie, przerwa na piwo. O 21:40 miał rozpocząć się koncert dnia czyli powrót po 4 latach Lenny Valentino. Jednak opóźniający się występ i padający deszcz skierował mnie do namiotu by zobaczyć Duńczyków z Efterklang. Nie żałuję, koncert był na wysokim poziomie. Bardzo fajna setlista składająca się z samych hitów grupy. Wspomagał ich w paru utworach Czesław Mozil na akordeonie. Widać, że członkom Efterklang się podobało. Publiczności również. Z pewnością wrócą jeszcze kiedyś do Polski. Zdążyłem jeszcze usłyszeć ostatnią piosenkę Lenny’ego, który się spóźnił i nie zagrał bisu, mimo, że publika się domagała.

Raekwon

Wpadłem również na koncert legendy The Fall. Jednak Mark E Smith był mocno zmęczony życiem, zawiódł mnie ten występ. Troszkę czegoś innego oczekiwałem. Miało być jak to mówił Rojek „Niegrzecznie” a było mętnie i nijako. Sam zespół dobrze grał aczkolwiek poczciwy Mark E Smith snuł się po scenie nie wiedząc co robić. Równo o północy rozpoczął się występ Tindersticks. Słuchając ich płyt nie trafili zbytnio do mnie. Na koncercie jednak fajnie brzmieli jako tło muzyczne do rozmów gdzieś zdala od  tłumów pod sceną. Trzeba było oszczędzać siły na Raekwona, który w 100% miał dać czadu. Członek legendarnej grupy Wu Tang Clan spóżnił się o 10 minut, jednak w tym czasie urozmaiceniem było słuchanie krzyków wypitego „obrońcy krzyżów”, który krzyczał „precz z islamem”. W końcu pojawił się nasz czarny ziomek z swoim dj. Rapował nieźle, podoba mi się jego muzyka. Pomimo częstego nawijania „so yo” „ohhh shit” „for America” „What’s up Poland, make some noise” „I’m so fuckin drunk” i przerwy na… hmmm przyznał, że rzygał w tym momencie, ale my i tak wiemy, że robił kupkę „Good shit” to było całkiem fajnie. Można było się pobujać i pomachać ręką. No i przecież „Wu Tang Clan ain’t nuthin to fuck with”. Raekwon to stara szkoła rapu, warto było zobaczyć jak to się robi w NYC. Na koniec nasz fałdkowany murzynek zaprosił wszystkich do Nowego Jorku. Może jeszcze wróci do Polski. Zachwycał się naszymi górami jak i naszą polską vodką. Publika też nie była sztywna, wielu znało teksty MC z Nowego Jorku. The Chief mimo, że momentami oderwany od rzeczywistości „Don’t fuck with the policja” to dawał radę pobudzić widownie, która nie była jednak w spuści portach. Na tym zakończyłem pierwszy dzień OFF Festivalu.

Muchy

Drugi dzień rozpoczął się dla mnie nieco później. Sobotni dzień nie zapowiadał biegania od sceny do sceny, jednak perełki trzeba było zobaczyć. Muchy grające pod słońce niestety zaczęły trochę później przez rozmowy z przedstawicielami miasta Katowice. Poza tym nastąpiły problemy w trakcie drogi do Katowic. Cóż, występ sprzed dwóch lat na Offie bardziej mi się podobał. Trochę gwiazdy się z nich zrobiły, doszedł kolejny do grania. Nie wiem czy taka podwójna perkusja przełożyła się na jakość. Utwory brzmiały inaczej, zwłaszcza perkusja. Wcześniej bardziej mi się podobało. Rozumiem jednak chęć eksperymentowania. Skórka trochę irytował swoim gwiazdorzeniem, Wiraszko wyglądał wczorajszo, ale fajnie zmieniał tekst by było ciekawiej. Nie zabrakło jednak Zapachu Wrzątku, Przesilenia i Najważniejszego dnia także nie ma co narzekać. Kolejny event to Scena Leśna i angielska formacja folkowa Tunng. Przyznaje się, że nie słysząłem ich wcześniej przed koncertem. Zachęcony dobrymi opiniami postanowiłem sprawdzić i nie zawiodłem się. Zespół Tunng to moje odkrycie tego festiwalu. Na żywo zabrzmieli bardzo przyjemnie, sama radość dla ucha. Bez jakiegokolwiek hałasu. Grali głównie utwory z swojej najnowszej płyty …And Then We Saw Land, która wyszła w tym roku.

Mew

Po raz pierwszy Hey widziałem na Offie dwa lata temu, szczerze powiedziawszy to nie zachwycił mnie wtedy ten koncert. W tym roku było stanowczo lepiej. Nie słuchałem ich najnowszej płyty, ale podczas koncertu chyba zagrali całą, albo większość kawałków. Musze przyznać, że pomimo piskliwego głosu zawstydzonej Nosowskiej, która to dziękowała lub przepraszała, że nie jest wodzirejem to Hey brzmiał momentami ciekawie. Nie grali hitów, tylko swój nowy materiał. Na żywo brzmiało to fajnie, przez moment nawet chciałem sprawdzić na płycie, ale póki co to mi się nie chce. Duński Mew natomiast zagrali świetny koncert. Przyjemnie się słuchało najlepszych kawałków grupy i obserwowało murzynka na scenie, który tańczył w rytm muzyki Mew. Wyglądało to bardzo efektownie. Koleś miał lepsze ruchy od samego świętej pamięci Michaela Jacksona. Widać a przede wszystkim słychać, że zespół z Danii jest zarówno dobry na koncertach jak  i na płycie. Podobało mi się brzmienie, wokalista brzmiał idealnie tak jak na krążkach grupy. W tle śmigały różne wizualizacje, które idealnie komponowały się z muzyką i popieprzającym tańcerzem na scenie. Z pewnością jeden z lepszych występów Off, które udało mi się zobaczyć. Bo jak wiecie, nie idzie wszystkiego zobaczyć.

Dinosaur Jr

I właśnie o północy nastąpił taki problem. Grały dwie grupy, które chciałem sprawdzić. Wybór był jednak oczywisty. Dinosaur Jr mimo, że mieli problemy z sprzętem to zagrali dobry koncert. Grupa No Age użyczyła im gitar, gdyż ich sprzęt nie dotarł na czas do Katowic. Podczas strojenia instrumentów przed występem basista żalił się, że to nie jego bas. J Macis jednak powiedział, że postara się wyciągnąć z gitary na tyle ile się da. Widać, że chłopki są profesjonalistami. Pomimo wielu wiosen na koncie to potrafili odegrać świetnie najlepsze kawałki grupy zarówno z nowych płyt jak i tych klasycznych. I tak nie zabrakło Over It jak i Little Fury Things. Trójka indie legend przez godzinny występ dała czadu takiego jak wszyscy się spodziewali. Nie był to show, kontakt z publiką był wręcz zerowy. Dinosaur zagrał po prostu dobrą muzę przy której spora grupa ludzi skakała. Było rockowo. Perkusista walił ostro bębny, czego nie zdradza jego tatusiowaty wygląd. Grupa z Massachusetts była pewniakiem i z pewnością nikt nie czuł się zawiedziony ich występem. Zaraz po koncercie tłum ludzi rzucił się na koszulki z wielką krową i napisem Dinosaur. W tym czasie występował Radio Dept. Podobno jednak występ był średni, także nie żałowałem swojego wyboru. Zdążyłem jeszcze zobaczyć początek Lali Puny. I gdyby nie to, że noce w Katowicach nie są ciepłe jak w Los Angeles i zmęczenie to chętnie bym został zobaczyć do końca. Bo niemiecki zespół grał na prawdę ślicznie. Było słodko. William Basinski o 2:50 to już tylko dla hardkorów. Rok temu jeszcze bym wytrwał, tym razem chciałem jak najszybciej pod kołderkę.

O.S.T.R.

Dzień trzeci rozpocząłem od wizyty Sceny Eksperymentalnej. Znowu niestety nie udało mi się wejść, ale nie tylko mi. Spora rzesza ludzi czatowała przed namiotem. W środku występował The Tallest Man On Earth. Na płycie nie podobał mi się za bardzo najwyższy człowiek świata jednak live brzmiał o niebo lepiej. Koleś supportował Bon Iver i teraz wiem dlaczego. Było fajnie, żartował o dużej ilości gitar, które jeszcze ma w zanadrzu. Gdyby nie fakt, że scena główna zagłuszała mi ten akustyczny występ Szweda to zostałbym do końca. W sumie przed namiotem ludzie narzekali, że takie fajne koncert muszą się odbywać na takich małych scenach. A Ludzi były masy. Na scenie głównej występował O.S.T.R. po raz drugi na Offie. Nasz najbardziej indie raper rapował z żywym zespołem. Nie znam jego dyskografii, ale poleciały kawałki z najnowszej płyty ostrego Tylko dla Dorosłych. Zatem nie zabrakło np Spij Spokojnie. Nie jest on złym raperem. Rapuje na poziomie, czasem nie zrozumiale, ale koleś podobno jest najlepszy w freestylu. Trochę czasami już irytował swoimi gadkami między utworami, trochę za dużo nawijał o swoim synu. Ogólnie było spoko, fajnie się siedziało na trawce w słońcu, słuchało ostrego i obserwowało samoloty na niebie.

The Raveonettes

Po piwkowej przerwie wróciłem pod scenę Leśną, gdzie miał grać No Age. I co by tu rzec o tym występie? Zagrali bardzo energicznie, żywiołowo i hałaśliwie. Wokal był nieco zagłuszony przez natłok dźwięków perkusji, gitary i syntezatora. Był to chyba pierwszy mój koncert gdzie wokalistą był perkusista. Zawsze byłem ciekaw jak to wygląda na żywo. Chłopaki nagrali dobrą płytę i to właśnie z Nouns leciały głównie utwory, ale muszę jeszcze wiele razem zagrać koncertów. Mimo, że hardkorom skaczącym pod sceną z pewnością się podobało to miłośnikom muzyki stojącym z tyłu nie koniecznie. Nie do końca mi się podobało brzmienie na żywo, jednak No Age to był jeden z tych koncertów na którym trzeba było być. Zaraz po nich występował duński duet The Raveonettes. Zastanawiałem się jak będzie wyglądał ich występ. Było bardzo prosto perkusja składająca się z werbla, toma i talerza. Dwie gitary, bas. Wystarczyło na tyle by zabrzmieć bardzo przyjemnie. Nie zawiedli. Był to udany koncert, nie zabrakło utworów z legendarnego już niemal Whip It On jak i tych nowszych piosenek, które pasowały do siebie. Momentami było energicznie, momentami grali urocze gitarowe ballady. Słuchając ich obiecałem sobie przesłuchać ich całą dyskografię. Także mogę stwierdzić, że było lepiej niż dobrze.

The Flaming Lips

I ostatni występ na który czekałem z wypiekami na twarzy. Nie tylko ja. Już długo przed koncertem pod sceną zgromadziła się chmara ludzi. Mowa o The Flaming Lips. Największej gwieździe tegorocznego Offa i chyba w ogóle Offa. Już przed samym występem była świetna zabawa pod sceną gdy jedna strona odbijała balonem (mi się odbił od głowy) a druga strona skandowała „lewa strona daj balona”. Na scenie snuł już się Wayne Coyne, widać było, że też chciałby już zacząć. I zaczęło się. Musze przyznać, że to był chyba największe show na jakim byłem. Porównywalne do występów Muse, z tym, że tutaj było bardziej widowiskowo. Już od samego początku kiedy to członkowie zespołu wychodzili z wielkiego błyszczącego ekranu a lider grupy przebrnął po tłumie w wielkiej dmuchanej bańce. Następnie poleciał deszcz konfetti a wszędzie było widać kolorowe balony. The Flaming Lips już przyzwyczaili swoich fanów do takich występów. Ekipa wspomagająca ubrana w pomarańczowe dresy i tańcząca po bokach również fajnie się prezentowała. Było kolorowo. Dominował pomarańczowy i żółty kolor. Nie zabrakło wielkiego niedźwiedzia na którym siedział mistrz ceremonii. Jak i wielkiego „Grzybka z Mario” i smoka. Były również lasery z wielkich łap lidera flamingów. Jeżeli chodzi o show, spetaktl, widowisko to muszę wystawić ocenę celującą. Ale przecież to nie wszystko. A muzyka? Muzyka nie odstawała od show ani o krok. Nie zabrakło największych hitów grupy. Zagrali najlepsze piosenki z Embryonic. Nawet moje ulubione See The Leaves. Nie zapomnieli zagrać She Don’t Use Jelly czy też odśpiewane z tłumem Yoshimi Battles The Pink Robots. Na sam koniec zostawili największy przebój Do You Realize, które odegrane wraz z sypiącym się konfettim z nieba było wymarzonym zakończeniem koncertu jak i samego OFF Festivalu. Jak na gwiazdę przystało był to najlepszy gig festiwalu.

Czas na krótkie podsumowanie. OFF już raczej pozostanie w Katowicach. Przynajmniej do 2016 roku. Było z pewnością lepiej niż rok temu. Nie zabrakło gwiazd jak i dobrych, porządnych alternatywnych projektów. Sama Dolina Trzech Stawów była stanowczo za mała by pomieścić takie tłumy ludzi. Wydaje mi się, że było więcej ludzi niż w 2008 roku kiedy Rojek zaprosił Mogwai, of Montreal, CLinic itd. Sceny zagłuszały się nawzajem. Ten problem musi zostać rozwiązany jeżeli sam festiwal ma się rozrastać. Strefa gastronomiczna również nie była w stanie pomieścić tak dużej ilości ludzi, zwłaszcza godziną wieczorową. Nad takimi podstawowymi sprawami trzeba jeszcze popracować. Rozumiem, że to pierwszy raz w Katowicach. Z pewnością sytuacja się ta poprawi. Jednak na muzykę nie mogę narzekać, a ona była tam najważniejsza. Warto było być.