Rebeka – Hellada

rebekaMuzyka electropopowa nad Wisłą jest obecnie na fali. Za sprawą takich zespołów jak The Knife, Junior Boys czy też Cut Copy dotarły do nas zachodnie standardy, które ukazały się również u naszych wschodnich sąsiadów w postaci zespołu Tesla Boy. U nas pierwszy był Kamp! za którym powstało wiele innych podobnych projektów. Łodzianie nagrywając płytę „Kamp!” postawili poprzeczkę wysoko, jednak poznańskiemu duetowi Rebeka udało się ją przeskoczyć.

Rebeka składa się z wokalistki Iwony Skwarek i producenta Bartosza Szczęsnego. Powstanie grupy datuje się na rok 2010, jednak Iwona Skwarek na scenie muzycznej działa już od 2008 roku za sprawą Hellow Dog. Jako Rebeka od jakiegoś czasu raczyli nas przyjemnymi, pojedynczymi singlami, których fajnie się słuchało. Połączone w całość jako debiutancka „Hellada” brzmią jeszcze fajniej. Jest to moim zdaniem jedna z najlepszych tegorocznych, polskich płyt electro popowych. W odróżnieniu od chłopaków z Kamp! Rebeka nagrała album równy, naszpikowany tanecznymi hiciorami. Ponadto u łodzian łatwo wyłapywało się zapożyczone motywy, u Rebeki nie jest to już takie łatwe ani jednoznaczne.

helladaPoznańskiemu duetowi udało się nagrać przyjemny i spójny album, którego ogromną zaletą jest fakt, że nadaje się i do różańca, i do tańca. Za sprawą tanecznego „Stars”, wciągającego „Fail” czy też przebojowej w stylu retro „Melancholii” nóżka sama chodzi. Nie brakuje jednak także elementów bardziej spokojnych takich jak mglista ballada „War” czy też kończąca całość tytułowa „Hellada”. Kompozycje na płycie są ładnie zbudowane. Przykładowo taki „555” zaczyna się niepozornie, jednak z każdą sekundą zyskuje na sile. Podobnie ma się z „Knife in Heart”. Odwrotnie natomiast skonstruowany został chociażby taki „Unconscious”, który od początku buja basem i uroczym wokalem Iwony Skwarek. Muszę przyznać, że słychać na tym krążku ogromny potencjał oparty na wielu emocjach, który na szczęście nie został zmarnowany. Mam nadzieję, że nie skończy się tylko na udanym debiucie. Ciekaw jestem także wspólnej trasy z Kamp!. Aha na koniec dodam, że „Hellada” towarzyszyła mi w dużej mierze przy tworzeniu mojej magisterki, która jest głównym powodem mojego opierdzielania się na blogu. Postaram się poprawić, jest tyle dobrej muzyki o której trzeba napisać. Natomiast debiut Rebeki polecam każdemu, bardzo fajna płyta. Ocena: 8/10.

Passion Pit – Gossamer

Wakacji ciąg dalszy.

Pora na kolejną płytę z serii tych wakacyjnych. Drugą najczęściej przeze mnie katowaną płytą na urlopie po albumie Franka Oceana było najnowsze dzieło Passion Pit „Gossamer”. Dla amerykańskiej grupy indie-popowej z Cambridge jest to drugi krążek w dorobku, jednak dopiero teraz udało się podbić listy przebojów.

Przepis na sukces okazał się bardzo prosty. Wystarczyło zgromadzić na „Gossamer” kawałki electro-pop’owe spod znaku MGMT z chwytliwymi, melodyjnymi refrenami. I mimo, że wydaje się to być prymitywne to w pewien sposób zmusili mnie do powrotu do naiwnych czasów kiedy na wakacyjnych imprezach słuchało się tanecznych hitów od Klaxons. Jednak dla tych kilku chwil bezrefleksyjnego odpoczynku jestem w stanie im to wybaczyć. Poza tym dobrze się tego słucha, zanim się obejrzymy cała płyta jest już przesłuchana. I trzeba ją włączać od początku.

Słuchając takich kawałków jak „I’ll Be Alright”, „Take a Walk” czy też „Hideaway” aż czuje się cukier w uszach. Kolorowe synthowe melodie, falsetowy wokal, rozbudowana perkusja dodaje wakacyjnego klimatu. I mimo, że za kilka miesięcy nie będziemy pamiętać o tych piosenkach to na chwilę obecną do radia samochodowego czy też słuchawek pasuje to jak ulał. Poza tym jak puścimy na jakiejś imprezie to przy odrobinie słodkich drinków będzie można się do tego „pobawić”. Słuchając tych utworów nie ma obciachowej nędzy bo jakąś minimalną wartość estetyczną ta płyta prezentuje. Może i nie jest to elektronika tych wymiarów co kawałki robione z nudów przez Thoma Yorke’a, ale przecież mowa o albumie, który z definicji musi być lekki i łatwy do strawienia. Bawcie się, odpoczywajcie, relaksujcie i słuchajcie Passion Pit. Ocena: 7/10.

Juvelen – Make U Move EP

Jonas Pettersson najnowszą EP-ką zapowiada wyśmienicie taneczne wakacje 2011.

Make U Move EP jest pewnego rodzaju trailerem nadchodzących gorących dni, drinków z palemką, podświetlanych dancefloorów i pestek w plażowych piaskach nad polskim morzem. 4 wyśmienite tracki, które wchodzą w moje gusta jak nóż w masło. Juvelen idealnie trafia w sedno pojęcia „udanej zabawy”. Nie chodzi przecież o nocne golcowanie z butelką soplicy w ręce? O nie, nie. Make U Move jest świetnym parkietowym killerem, który wyciągnie do tańca najbardziej trzeźwego gbura na imprezie. For Only U pomoże nam się zrelaksować, dychnąć i łyknąć czegoś dobrego. Jednak to nie koniec zabawy, to dopiero połowa.

Sweat It Out idealnie wkomponuje się w każde wakacyjne krajobrazy, od puszczy białowieskiej po ulice zapchane rewolucjonistami w Syrii. Na koniec należy baunsować po murzyńsku a la Lil Wayne przy rytmach Hope U Like It. YES I LIKE IT!!! Proszę zabierzcie tę płytę na wakacje, proszę amatorski dejocie puść to na dyskoo. YOO. Udanej zabawy wszystkim. Ocena: 9/10.

Posłuchaj

100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT 100 LAT !!!!!!!!! A kto z nami nie wypije, niech go piorun…. 100 LAT!!!