Król goes pop – recenzja albumu „Dziękuje”

Błażej Król – człowiek orkiestra (muzyk, kompozytor, tekściarz i wokalista w jednym) z Gorzowa Wielkopolskiego w świecie niezalu pojawił się dzięki zespołowi Kawałek Kulki. Większość fanów alternatywnych brzmień będzie raczej bardziej go kojarzyć dzięki duetowi UL/KR, który robił szum w latach 2012-14. Pamiętacie zresztą ich debiutancki krążek „UL/KR” z 2012? Ja o nim wspominałem tutaj. Po rozpadzie projektu tworzonego z Maurycym Kiebzą-Górskim, Król rozpoczął solową karierę. I przez te siedem lat nagrał już 6 albumów. Jedne bardziej udane, inny mniej. Nie mniej warte uwagi. Zwłaszcza „Wij” z 2015 oraz jego przedostatni „Nieumiarkowania„, które ukazały się w 2019. Dzięki udziałowi w zeszłorocznym hymnie Męskiego Grania o artyście zrobiło się głośno w skali krajowej, a tegoroczny album „Dziękuje” potwierdza jego aspiracje do tworzenia na szerszą skalę.

Dziękuje” wydaje się najbardziej „radio friendly” i przystępnym dla zwykłego słuchacza popu albumem. Wystarczy wsłuchać się w single promujące płyty „TAK JAK TY” czy też „NIE ZROBIĘ NIC„, gdzie Król ładnie lawiruje pomiędzy mainstreamem a alternatywą. Romans z popem odnajdziemy także w innych utworach jak np. „TAKI PIĘKNY UNIK” czy też „PRZYTULAJĄC PULSUJĄCA TWARZ / Zasłużyłem„. Pomijając jednak ten zabieg otwarcia się na innych słuchaczy, Król wciąż pozostaje sobą. Na „Dziękuje” znajdziemy zarówno poetyckie teksty jak i sporo poczucia humoru i dobrej zabawy przy tworzeniu muzyki.

Głównym motorem napędowym tego albumu jest oparcia brzmienia o syntezatory i elektronikę. Retromania oraz sięganie nie raz po bardzo dziwaczne rozwiązania nadają uroki całości. Nie brak tutaj jednak klasycznego, indie rockowego zestawu instrumentów jak i mocno wyeksponowanego saksofonu. Lata 80 i 90 wciąż mają się dobrze, a sam Król po raz kolejny udowadnia, że jest utalentowanym tekściarzem. W części utworów wspomaga go żona Iwona Król, która przyzwyczaiła już fanów Króla, że jest wartością dodatnią w jego kompozycjach.

Dziękuje” rozpoczyna się od wymownego podziękowania fanom, które można także traktować jako przywitanie nowych. Nie ma co ukrywać, pojawianie się w telewizji śniadaniowej nie wzięło się znikąd. Nie ma jednak co narzekać i grozić palcem, bo jeżeli taka muzyka ma lecieć w głównych radiostacjach to jestem na TAK. Mimo, że nie jest to najwybitniejsze dzieło Króla to doceniam ten ruch. Album ten nie zapisze się w kanonie indie rocka, ale za to w udany sposób łączy w sobie muzykę popową z alternatywną, a sam Błażej Król udowadnia, że jest artystą nietuzinkowym. Ocena: 6/10.

Zmiany klimatu i nocne przemyślenia wg Cut Copy – recenzja płyty „Freeze, Melt”

O tym, że jestem ogromnym fanem Cut Copy wiecie doskonale. Nie przez przypadek członkowie tego australijskiego bandu widnieją już od paru lat w górnym logo mojego muzycznego bloga. Miłość do ich muzyki zaczęła się od pamiętnego „In Ghost Colours”. To była muzyka mojej młodości, późne imprezy do rana przy dźwiękach „Lights & Music„, zachwyty nad „So Haunted” czy też odpowiedni na każdy moment „Hearts on Fire” to soundtrack mojego życia z tamtego okresu, ale także kamień milowy dla muzyki z pogranicza popu, indie i elektroniki. Później pojawiły się: „Zonoscope„, „Free Your Mind” oraz „Haiku From Zero„, które były dobre, ale nigdy nie dorównały poziomem do mojego wielbionego krążka z 2008 roku

Teraz grupa powraca ponownie z kolejną porcją muzyki, której bliżej do ambientu aniżeli typowego tanecznego popu. Sam lider grupy w końcu powiedział, że „to najbardziej elektroniczny album jaki zrobiliśmy i jednocześnie najmniej taneczny. Wcześniej będąc w studiu nagraniowym chcieliśmy zmusić ludzi do wyjścia na parkiet, teraz chcemy ich poruszyć emocjonalnie”. I to słychać na „Freeze, Melt„. Dan Whitford i spółka tym razem udają się w nieco spokojniejsze i mroczniejsze regiony, jednocześnie sięgając ponownie po sprawdzone patenty z lat 80. Muzycznie możemy odnaleźć tutaj porównania do Portishead, Boards of Canada czy też Hansa-Joachima Roedeliusa.

Freeze, Melt” to hipnotyczny, ciekawy w brzmieniu album, który faktycznie zmusza do przemyśleń. Tematycznie skupia się na pogodzie, zmianach klimatycznych, nocnych przemyśleniach. Skąd ta zmiana z dość lekkiej muzyki do potańczenia na muzykę do politycznych rozważań? Pomyślicie, że człowiek się starzeje i poważnieje wraz z wiekiem. Może, acz niekoniecznie. Liderowi grupy udzielił się skandynawski klimat. Pan Dan Whitford przed nagraniem płyty pomieszkał chwilę w Kopenhadze i po prostu udzielił mu się nieco nastrój zimna i długich skandynawskich nocy. Wyobraźcie sobie, że wcześniej urzędujecie w słonecznym australijskim Melbourne. Albo w ciepłych stanach USA. To duża zmiana, która dała dość fajny efekt w postaci longplaya „Freeze, Melt„.

Podsumowując, najnowszy, szósty krążek Cut Copy to album mniej taneczny, ale bardziej osadzony w elektronice. Jest mrocznie, ambientowo, hipnotycznie i ciekawie. Tęsknie za rozrywkowym Cut Copy, ale takie też mi odpowiada w pełni. Płyta warta przesłuchania, zwłaszcza teraz – w długie, jesienne wieczory. Podczas odsłuchu możecie się poczuć jak Dan Whitford podczas mroźnych, duńskich nocy. Ocena: 7/10.

Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.