David Lynch – Crazy Clown Time

Nasz ulubiony reżyser, twórca takich filmów jak „Blue Velvet”, „Mullholland Drive” czy też „Indland Empire” bierze się na poważnie za robienie muzyki.

Wcześniejsze doświadczenia muzyczne Pana Lyncha odnoszą się wyłącznie do tworzenia soundtracków do własnych filmów w współpracy z Angelo Badalamentim oraz wydania kompilacji „Polish Night Music” stworzonej przy pomocy Marka Zebrowskiego. Co tym razem wymyślił rewelacyjny reżyser?

Otóż mistrz klaustrofobicznych ujęć wymyślił sobie (a może wyśnił?) nagrania z muzyką taneczną. Utwory na „Crazy Clown Time”  nie są typowymi utworami pop, które odnalazłby się na byle prywatce. Gdyż jest to muzyka mroczna, psychodeliczna i nadająca się świetnie do leśnych barów żywcem wyjętych z „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Klimat, który został tutaj wytworzony dzięki tajemniczym wokalom i gdzieniegdzie wtrącającej się gitary można porównać do barowych powitań wstającego słońca. Jednym słowem muzyka idealna na powrót do domu po dłuuuugim wieczorze.

Słuchając tej płyty ma się wrażenie jakby po raz kolejny David Lynch chciałby zgłębić tajniki ludzkiej psychiki. Oczywiście w sposób obrazowy, czyli tworzenie filmów wychodzi mu to znakomicie. Z muzyką jest jednak tak, że Ameryki nie odkrywa. Nawet Karen O z Yeah Yeah Yeahs znajduje się na tej płycie jedynie ze względów marketingowych. Mianowicie chodzi mi o to, że gdyby nie nazwisko Lynch na okładce to ta płyta nigdy by nie zaistniała na taką skalę.

Jednak trzeba oddać artyście to, że jest wszechstronny, niemalże renesansowy. I co więcej to co robi, robi dobrze. Bo „Crazy Clown Time” to płyta dobra, ale nie zapadająca w pamięć tak jak ujęcia z filmów  „Lost Higway” czy też „Wild At Heart”. Dlatego tylko 6/10.

Liars – WIXIW

Szósty album grupy pochodzącej z Brooklynu pokazuje, że na zachodzie bez zmian.

Twórczość nowojorczyków można określić jednym słowem: Constans. Liars skrupulatnie od 10 lat wydaje równe, dobre i ciekawe płyty. I tym razem na „WIXIW” udowadniają, że forma ciągle jest.

„WIXIW” nie jest dobry album na ciepłe, letnie dni. Nie jest to też typowa depresyjna muzyka na deszczową jesień. Ciężko jednoznacznie ją zakwalifikować. Odkąd panuje moda na „dziwne granie” takie zespoły jak Liars nie mają problemu znaleźć potencjalnych słuchaczy. Hipsterska plaga łatwo łyka muzykę odstającą, odrzucając jednocześnie melodie popularne. Czemu o tym mówię? Dlatego, że ten album nie jest łatwy do łyknięcia dla przeciętnego słuchacza. To jakaś mroczna, mglista dyskoteka w lesie. Ujadający pies i tym podobne klimaty. Z pewnością dużym plusem jest brzmienie, niosące tą płytę basy rozrywające każdą przeszkodę oraz a może przede wszystkim genialny klimat wytworzony podczas obcowania z tym krążkiem. Różnorakie syntezatory, których jest pełno na tym albumie wzmagają poczucie niepokoju a wokal jakby wydobywający się z piwnicy jeszcze bardziej potęguje to uczucie.

Ciekawą drogą kroczy zespół, jednak nie każdemu przypadnie to do gustu. O ile na poprzednich albumach łatwo było jeszcze znaleźć piosenki nadające się na singla, tutaj jest z tym cholerny problem. Każda brzmi podobnie, żadna nie nadaje się do kręcenia teledysku. Pytanie jednak jest inne, czy to absolutnie przeszkadza w odbiorze „WIXIW”? Oczywiście, że nie. Bo jak wspomniałem wcześniej to jakaś popieprzona dyskoteka w lesie. Zatem bawmy się. Ocena: 7/10.