Sierpniowe propozycje filmowe

Zabić Irlandczyka / Kill the Irishman (2011). Któż z nas nie lubi filmów gangsterskich? Wydawać by się mogło, że Trylogia Ojca Chrzestnego czy też takie filmy jak „Człowiek z Blizną”, „Nietykalni”, „Dawno temu w Ameryce” lub „Chłopcy z Ferajny” wyczerpały temat gangsterskiego żywota. Jednak nie. Wciąż można stworzyć coś świeżego w tej materii. Jest jeszcze wiele ciekawych, nieopowiedzianych historii. Jedną z nich jest biografia Danny’ego Greene’a znanego również jako „Irlandczyk”. Film „Zabić Irlandczyka” jest oparty o prawdziwą historię Greene’a, który w latach 70 przewodził „Celtic Club” w Cleveland. Akcja filmu zaczyna się w latach 60, kiedy Greene pracował w dokach przy rozładunku kontenerów. Dzięki jego charyzmie i rosnącej popularności wśród pracowników udaje mu się zostać prezesem związków zawodowych w porcie Cleveland. Kontakty z włoską mafią i nieczyste interesy z czasem powodują utratę tego stanowiska. Greene traci majątek i musi zacząć wszystko od nowa. W powstaniu na nogi pomaga mu Shondor Birns. Wrodzone umiejętności po raz kolejny pomagają mu się stać ważnym i popularnym mieszkańcem. Jednak jak to bywa w kryminalnym półświatku nie wszystko idzie po jego myśli i po pewnym czasie staje się wrogiem numer jeden. Lato 1976 roku będzie wyjątkowo gorące dla Pana Greene.

Ok, zacznijmy od tego, że „Zabić Irlandczyka” to niezły film, przepełniony szybkimi zwrotami akcji. W końcu jego reżyserem jest Jonathan Hensleigh, spec od filmów trzymających w napięciu („Armaggedon”, „Szklana Pułapka 3”, „Punisher”). W odróżnieniu od innych dzieł traktujących o mafii „Zabić Irlandczyka” nie skupia się na sposobie działania gangów, a jedynie na osobie Danny’ego Greene’a. Jest to biografia najbardziej intensywnej części życia Irlandczyka. Ważnym zabiegiem dodającym realizmu są bez wątpienia archiwalne fragmenty wiadomości telewizyjnych z tamtego okresu. Innym atutem tego obraz jest obsada aktorska. Ray Stevenson stworzył bardzo przekonującą kreację irlandzkiego gangstera. Natomiast udział w tym filmie Vala Kilmera czy też Christophera Walkena należy uznać jedynie za pewnego rodzaju ozdobnik i dodatek.

Warto zobaczyć ten film, gdyż sama postać Danny’ego Greene’a jest postacią interesującą i na pewien sposób tragiczną. Ponadto formuła filmu gangsterskiego na swój sposób została odświeżona. Mam dobrą wiadomość dla osób zachęconych recenzją do zobaczenia tego obrazu . Film ten będzie można zobaczyć na stacji Canal Plus w niedzielę, 26 sierpnia. Polecam.

Elena / Элена (2011). Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć wszystkim, że dobre kino powstaje nie tylko za zachodnią granicą Polski. Warto czasem zobaczyć filmy, które powstają u naszych wschodnich sąsiadów. A proszę mi uwierzyć, że wcale nie są w tyle i potrafią tworzyć bardzo dobre dzieła. Jednym z takich filmów z pewnością jest „Elena” Andrieja Zwiagincewa. Tytułowa bohaterka tego obrazu Elena to kobieta już doświadczona, mieszkająca z mężem Vladimirem w bogatej dzielnicy apartamentowców. Małżeństwo Eleny i Vladimira wygląda jak biznesowy układ. W zamian za pieniądze i bezpieczeństwo Elena daje swojemu mężowi opiekę. Jednak oboje mają swoje problemy związane ze wcześniejszym małżeństwem. Córka Vladimira to rozpieszczona przez ojca hedonistka, która nie utrzymuje bliższych kontaktów z ojcem. Natomiast syn Eleny, który żyje niczym Ferdek Kiepski, co miesiąc pobiera emeryturę od matki, gdyż sam nie potrafi utrzymać swojej własnej rodziny. Jednak pewnego dnia pieniądze matki to za mało. Syn Eleny chce wysłać swojego pierworodnego na studia, by ten nie musiał iść do wojska. Elena prosi o pomoc męża, jednak sprawę komplikuje zawał Vladimira i chęć spisania testamentu, który ma przyznać cały majątek jego córce a Elenie jedynie dożywotnią rentę. W głowie Eleny rodzi się okrutny plan.

Reszty fabuły nie zdradzę by zaciekawić do obejrzenia. Jednak z góry ostrzegam, że w porównaniu ze wyżej omawianym filmem, tutaj akcja toczy się w bardzo powolnym tempie. Brakuje typowo filmowego dynamizmu, który może odrzucić niejednego widza. Jednak czym innym ten film nas zachwyca. Po pierwsze ta statyczność scen i śladowe dialogi powodują, że nasza uwaga skupia się na innych, ważnych rzeczach takich jak gesty, zachowania, sceneria. Każdy z tych elementów bardzo wiele nam mówi o bohaterach filmu. „Elena” to obraz bogaty w metafory, przenośnie, nawiązania oraz pełen różnorakiej symboliki. Wystarczy wspomnieć sceny wypadku z koniem czy też odcięcie światła w bloku syna Eleny. Film można ten rozpatrywać na wielu płaszczyznach. Można go odnieść do obecnej sytuacji społeczno-finansowej Europy, można również go analizować w oparciu o rosyjską literaturę. ile głów, tyle pomysłów i każdy będzie bliska prawdy. Za to cenię „Elenę” chyba najbardziej. Z pozoru półtorej godziny nudnego seansu zamienia się w wielogodzinne rozmyślanie. Zobaczcie ten film, najbliższa okazja 28 sierpnia na Canal Plus.

Babycall (2011). Ostatnim filmem w moim zestawieniu jest skandynawski thiller opowiadający historię Anny, która wraz z 8-letnim synkiem Andersem wprowadza się do nowego mieszkania w Oslo. Anna i jej syn są objęci programem ochrony światków, gdyż obydwoje są ofiarami przemocy ze strony męża Anny. Dodatkowo co jakiś czas odwiedzają ich pracownicy socjalni by sprawdzić czy Anna jest w stanie opiekować się swoim synkiem. Przykre doświadczenia i nowe miejsce zamieszkania są powodem wielu niepokojów Anny. Postanawia ona zakupić elektroniczną nianię by nasłuchiwać Andersa w nocy. Jednak zamiast niego słyszy ona krzyki innego dziecka. Dodatkowo dowiaduje się, że ojciec nawiązał kontakt ze swoim synkiem. Młoda matka popada w obłędne koło czego świadkiem będzie nowo poznany sprzedawca ze sklepu elektronicznego Helge.

Muszę przyznać, że pomimo powolnego początku, film ten trzymał mnie mocno w napięciu do samego końca. Skandynawscy twórcy od jakiegoś czasu słynną z tego, że potrafią stworzyć ciekawy, fajny film, który pozbawiony jest zbędnej typowej dla hollywood napinki i bełkotu. Największym plusem tego obrazu jest Noomi Rapace, która wcieliła sie w rolę Anny. Ta aktorka o bardzo charakterystycznej urodzie stworzyła kreację nie gorszą niż sama Catherine Deneuve w „Wstręcie” Romana Polańskiego. Razem z nią przeżywamy wszystkie lęki, niepokoje aż w pewnym momencie sami zaczynamy się martwić o Andersa jak nadopiekuńczy rodzice. Innym pozytywem jest obraz opieki socjalnej w krajach skandynawskich. Możemy się przyjrzeć jak wygląda system w którym tak wiele zależy od tak nie wielu. Groźba wytworzenia się w ten sposób sytuacji patologicznych została wyraźnie zaznaczona. Ostatnim powodem dla którego „Babycall” warto obejrzeć jest zakręcona akcja. Mimo, że nie znajdziemy tutaj niczego nowego, czego byśmy nie widzieli już chociażby u Lyncha albo Polańskiego to warto te sprawdzone motywy obejrzeć jeszcze raz w odświeżonej formule.

Prometheus / Prometeusz

Ridley Scott – reżyser takich filmów jak „Helikopter w Ogniu”, „Gladiator”, „Łowca Androidów” czy też „Hannibal” wraca do swoich początków i nawiązuje do swojego najlepszego filmu „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”.

Gdy tylko się dowiedziałem o tym, że kolejną częścią sagi o Alienie ma być prequel nawiązujący do wydarzeń z pierwszej części Obcego z zadowolenia zacierałem ręce. Z czasem jednak projekt ten upadł a Ridley Scott postanowił stworzyć film science-fiction, który w delikatny sposób nawiązuje do filmów o kosmicznym potworze. Jednym słowem to nie jest kolejny film o Obcym. I dobrze!

Mimo, że na taki film czekałem to cieszę się, że mogłem zobaczyć coś innego. Ridley Scott zaserwował mi obraz pełen ważnych, fundamentalnych pytań. Skąd pochodzimy? Czy obca kosmiczna rasa stworzyła ludzi? Jeżeli tak to dlaczego? Te i inne pytania przewijają się przez blisko dwie godziny seansu „Prometeusza”. Fabuła filmu skupia się na wyprawie statku „Prometeusz”, która ląduje na odległej planecie LV-223. Celem załogi jest dotarcie do „inżynierów”. W nienaturalnie wyglądającej jaskini przechadzają się przez sieć tuneli. Po szczegółowej penetracji odnajdują jedynie zwłoki inżynierów oraz dziwną, czarną maź, która z biegiem czasu jest coraz bardziej aktywna. Nieświadomie ich obecność wywołała szereg wydarzeń.

Przeglądając opinie w sieci możemy odnaleźć multum malkontenckich narzekań na braki logiczne w filmie. Jednak na dobrą sprawę, każdy film posiada wiele nielogicznych rozwiązań fabularnych, nawet filmy postrzegane jako arcydzieła kina. Dlatego nie postrzegałbym tego za minus, jeżeli wszystko inne gra. A tutaj gra! Świetna praca kamer Pana Wolskiego, jest napięcie, film nie nudzi, rewelacyjne efekty specjalne, gra aktorska na solidnym poziomie. Świetnie ze swojej roli wywiązał się Michael Fassbender (filmowy robot David), który de facto grał już wcześniej (sex)maszynę w filmie „Wstyd”. Brak tutaj głupich, amerykańskich dialogów, które zastąpione są fajnymi cytatami z klasyka kina. Jedyny minus dostrzegam jedynie w sposobie dystrybucji, mianowicie nie przepadam za 3D, ale to temat już na inną rozprawkę.

Po seansie byłem zadowolony z tego co zobaczyłem. To kolejny, ważny film Ridleya Scotta, który koniecznie trzeba zobaczyć. Ma wymiar nie tylko stricte rozrywkowy, ale i egzystencjalny. W pewien sposób zmusza do refleksji, już pierwsza scena filmu daję wiele do myślenia i zapada głęboko w pamięć. Natomiast dobrą wiadomością dla fanów „Obcego” jest to, że w ostatniej scenie pojawia się furtka do kolejnej części, gdzie zapewne będzie nam dane bliżej się przyjrzeć Ksenomorfom. To był na prawdę dobry i ciekawy film. Ocena: 8/10.

Dark Shadows / Mroczne Cienie

Najnowszy film najbardziej pokręconego reżysera Hollywood.

O tym, że Tim Burton ma swój własny świat dyskutować długo nie trzeba. Wystarczy obejrzeć parę jego filmów by się o tym przekonać. Mroczne miejsce akcji, grobowa atmosfera, połączenie świata umarłych/fantazji z światem żywych/normalnym, dziwne stworzenia, pogrzebowe barwy, samotni bohaterowie poszukujący miłości i akceptacji. Z wszystkim tym mieliśmy do czynienia w między innymi takich filmach jak: „Edward Nożycoręki”, „Miasteczko Halloween” oraz „Sok z Żuka”. Sprawdzonych motywów i czarnego humoru nie zabrakło także w najnowszej produkcji wyreżyserowanej przez Burtona „Mroczne Cienie”.

Film opowiada historię Barnabasa Collinsa, który nie dość, że traci rodziców, ukochaną i zostaje zamieniony w wampira to w dodatku zostaje zakopany w zaplątanej w łańcuchy trumnie. Wszystko za sprawą Angelique, której Barnabas łamie serce. Po blisko dwustu latach wampir uwalnia się ze swojej pułapki i próbuje na nowo odbudować potęgę rodziny Collinsów. Jednak trudności dodaje fakt, że świat poszedł do przodu (co będzie wymagało przystosowania) a w mieście wciąż żyje Angelique Bouchard.

Ten film to typowy obraz w stylu Tima Burtona. Mamy do czynienia ze wszystkimi motywami o których wspominałem na początku. Dodatkowo po raz kolejny główne role odgrywa „stara ekipa” w postaci Johnny’ego Deep’a oraz Heleny Bonham Carter. Dla kogoś kto oczekiwał czegoś nowego „Mroczne Cienie” będą dużym rozczarowaniem. Natomiast wierni fani twórczości Pana Burtona łykną ten obraz od razu. Ja osobiście mam mieszane odczucia co do „Mrocznych Cieni”. Z jednej strony lubię ten klimat i urok filmów Burtona, z drugiej jednak oczekiwałem chyba czegoś więcej. Z pewnością na plus trzeba zaznaczyć muzykę w filmie (Alice Cooper!) oraz grę aktorską. Obraz ten pokazuje także, że Pan Burton sprawdza się zarówno jako reżyser komediowy, jak i reżyser filmów grozy. Niektóre sceny potrafiły rozbawić, ale i nie zabrakło takich, których sam John Carpenter lub Wes Craven by się nie powstydzili. Przemilczę błędy fabularne i niektóre nieścisłości, które tak na prawdę pojawiają się w KAŻDYM hollywoodzkim filmie. Logiki szuka się dziś niestety ze świeczką. Mimo to mogę polecić ten film wszystkim tym, których codzienna, podwójna porcja meczów już wykańcza. Ocena: 7/10.