
Podczas minionej pandemii koronawirusa wydarzyło się wiele złych rzeczy. W kategorii kultura najgorszą były odwołane festiwale, w efekcie czego Mac DeMarco nie pojawił się jednak w Katowicach podczas Off Festiwalu. Mam jednak nadzieję, że co się odwlecze to nie uciecze i Pepperoni Playboy pojawi się w naszym kraju, a najlepiej na Górnym Śląsku. Póki co, pozostały mi do słuchania jego wydawnictwa płytowe i właśnie o najnowszym będzie dzisiejszy wpis.
„Five Easy Hot Dogs” to wbrew nazwie żadna oda do ciepłej parówki. Mac DeMarco przy okazji wydania swojego piątego długograja postawił na instrumentalne zabawy z muzyką. Tak, dobrze czytacie. Na najnowszym krążku nie pada ani jedno słowo, sama muzyka. Dla tych, którzy śledzą wiernie poczynania Kanadyjczyka nie jest to niespodzianka, gdyż artysta ma już w dorobku parę takich utworów. Najsłynniejsze są oczywiście utwory wydane na cześć zmarłego kota PICKLESA.
W zasadzie zawartość najnowszej produkcji DeMarco nie wiele różni się od kociej trylogii. To ten sam luźny, nieco zwariowany, nieco zaimprowizowany klimat. Gdy słyszymy utwory typu „Gualala” czy też „Chicago” to mamy wrażenie, że proces twórczy tych piosenek trwał kilka sekund. Tak jakby Mac DeMarco chwycił za gitarę i po prostu nagrał pierwsze co przyszło mu do głowy. Co więcej, te brzmienie jest już tak charakterystyczne, że od razu wiemy kto za tym stoi, nawet jak nie słyszymy wokalu. I za to SZACUNECZEK.

Mimo, że nie ma tutaj tekstów i wokali, to dobrze wiemy, że to płyta drogi. Mówią o tym tytuły piosenek, które są nazwami miejscowości. DeMarco nagrywał ten album podczas trasy z Los Angeles do Nowego Jorku. I tak też wędrujemy na mapie, dzięki utworom. Rozpoczynamy od Gualala w stanie Kalifornia, lecimy przez Crescent City i Portland. Zahaczamy na dłuższy moment Victorię, Vancouver i Edmonton w Kanadzie po czym wracamy do Stanów, a dokładnie do Chicago. Kończymy przy Atlantyku, a dokładnie w Rockaway.
„Five Easy Hot Dogs” to album ciepły, luźny, miły w odsłuchu. Doceniam to jak zgrabnie Mac DeMarco obsługuje się gitarą i jak świetnie wypracował swój własny, rozpoznawalny styl. Nie mniej nie jest to płyta na miarę „2” czy też „Salad Days” bym do niej wracał namiętnie. Chętnie bym jeszcze usłyszał coś więcej od Kanadyjczyka poza przeróbkami świątecznych utworów i instrumentalnymi improwizacjami. Mam nadzieję, że usłyszę jeszcze jakąś kozacką piosenkę o jaraniu szlugów. Póki co mocne 7. Ocena: 7/10.