Muzyczne podsumowanie roku – 20 najlepszych płyt 2020 roku

Miniony rok jaki był, taki był. Każdy wie jak to było. A na blogu? Dość intensywnie…. Po raz pierwszy od X lat byłem na bieżąco z większością wydawnictw, dlatego też nie spodziewałbym się uzupełniającego wpisu z pominiętymi wydawnictwami. Z resztą zobaczcie kiedy ukazuje się moje podsumowanie… Tego jeszcze tutaj nie było! Na przyszły rok postaram się utrzymać ten poziom + dodać więcej autorskich tekstów, bo tego chyba najwięcej brakuje na blogu. Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do 2020. Przed wami lista 20 płyt, które w minionym roku najbardziej mnie urzekły.

20. Everything Everything – Re-Animator. Brytyjski band spisałem już dawno na straty. Okazało się jednak, że za wcześnie. Dlatego też ta nazwa pasuje do tego krążka, jak żadna inna. Dawny support Muse pokazuje tutaj dobrą mieszankę indie rocka z gitarowym popem, który słucha się lekko i przyjemnie.

19. Coals – docusoap. Przyznam, że czekałem na tą płytę z sporymi nadziejami. W końcu poprzedzające single „Pearls” oraz „Sleepwalker” były dosłownie muzycznymi perełkami. I być może te oczekiwania zaburzyły mi prawidłową ocenę całości, gdyż okazało się, że nie otrzymałem takiej petardy jakiej oczekiwałem. Nie mniej to produkcyjna czołówka na naszym rodzimym rynku muzycznym i nie bez powodu Coals zachwycają się na zachodzie.

18. Dua Lipa – Future Nostalgia. Podobno królowa jest tylko jedna, a w tym roku była nią 25-letnia Brytyjka o korzeniach kosowsko-albańskich. Tegoroczny album od Pani Lipy to popowy majstersztyk, który zachwyca na każdym poziomie. Dobra muzyka dla każdego, którą można puszczać bez obciachu. A że w radiu non-stop grają? W tym przypadku totalnie mi to nie przeszkadza!

17. PRO8L3M – Art Brut 2. Duet Oskar – Steez postanowili powrócić do sprawdzonego patentu zastosowanego już wcześniej na „Art Brut” z 2014 roku. Ponownie poszły w ruch stare kasety i płyty ze starymi przebojami oraz stare nagrania VHS z rodzącego się w Polsce kapitalizmu. A do tego wspominki z dzieciństwa Oskara. Retromania trwa w najlepsze, ale skoro to jest tak dobre i potrafią to świetnie robić? To czemu nie? Chwilo trwaj, bo kiedyś to kurła było.

16. Caribou – Suddenly. Z jednej strony mglisty i ponury, z drugiej melodyjny i taneczny. Taki jest właśnie najnowszy muzyczny pocisk od Daniela Victora Snaitha. Ostatni raz Caribou mnie tak urzekło równo dekadę temu za sprawą „Swim„. Dobrze wiedzieć, że dalej jest w formie w odróżnieniu od innych moich indie rockowych ulubieńców. Szkoda tylko, że nie odbył się OFF Festival bo ten występ mógł być koncertem całej imprezy!

15. Fleet Foxes – Shore. Grupę Robina Pecknolda wielbię od momentu ukazania się ich pierwszej płyty w 2008 roku. I o ile pamiętam jak pozytywne emocje mi towarzyszyły przy słuchaniu debiutu „Fleet Foxes„, tak zapamiętam pozytywne wibracje z minionego roku za sprawą „Shore„. Trzeba przyznać, że 2020 to był wyjątkowo CHUJOWY rok. Jednak dzięki niesamowitej passie punktowej AC Milan i właśnie tej płycie było troszkę cieplej i milej.

14. Tame Impala – The Slow Rush. Płyta od Australijczyków była pierwszą głośną premierą tego roku. Co prawda daleko jej do „Lonerism” czy też „Currents„, ale to wciąż na tyle dobry materiał by o nim pamiętać. Kevin Parker wyrobił swój rozpoznawalny styl na którym bazuje, i to dobrze mu to wychodzi. Na najnowszej płycie Tame Impala znalazło się więcej miejsca na inne instrumenty niżeli gitary a brzmienie zespołu zbliżyło się do bardziej dream-popowego.

13. The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Projekt za którym stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos to mroczna, ambientowa propozycja, która najbardziej mi przypadła do gustu z tego typu klimatów. Przyznam, że wkręciłem się dość mocno w tą płytę w minione lato i gdy przypomniałem ją sobie parę dni temu to odzew był równie pozytywny.

12. Charli XCX – how i’m feeling now. Gdy w 2013 roku pisałem o Charli XCX to nie sądziłem, że Brytyjka zrobi taką karierę w świecie muzyki. Lubię takie zaskoczenia, gdyż w jakimś sensie dołożyłem swoją małą cegiełkę do promocji tej artystki. Charlotte Emma Aitchison radzi sobie doskonale, czego przykładem jest jej ostatni album. Świetne, nowoczesne i melodyjne kompozycje idealnie układają się z puszczonym przez autotune wokalem artystki. „how i’m feeling now” to pop najwyższych lotów, który warto znać.

11. Destroyer – Have We Met. Wspominając tą płytę na blogu w lutym zeszłego roku, zastanawiałem się czy będę ją pamiętał w momencie robienia listy podsumowującej. PAMIETAM! I Oto tego efekt, o włos a weszłaby do TOP 10. Chociaż w przypadku moich list (zawsze to wspominam) to różnica między miejscem 17 a 12, czy też 9 a 11 jest znikoma. Jednak trzeba przyznać, że Daniel Bajer wciąż potrafi tworzyć dobre kompozycje i jego umiejętności nie zakończyły się na pamiętnym „Kaputt„.

10. Taylor Swift – Folklore. Pandemia Covid-19 (Nie wierzę, że pisze o tym GÓWNIE nawet tutaj) zmusiła wielu artystów do pozostania w domu. Efekty tego były różne. Od bawienia się w łańcuszki typu Hot16Chellange po nagrywanie nowej muzy w zaciszu swego domu. Pozytywnym efektem kwarantanny z pewnością jest album „Folklore” od Taylor Swift. Gwiazda POP postanowiła nagrać indie folkowy album przy pomocy speca w tej materii Bon Ivera. Efekt? Dzieło zbliżone mocą i emocjami do „For Emma, Forever Ago„.

9. Grimes – Miss Anthropocene. Najbardziej kosmiczna płyta minionego roku. W sumie czego się spodziewać od żony Elona Muska? Grimes potwierdza formę na najnowszym albumie, który zachwyca zarówno od strony wokalnej jak i dźwiękowej. Osobiście przypadł mi najbardziej do gustu singiel „Violence„, który jest pewnego rodzaju wisienką na torcie. Oczywiście album broni się jako całość równie świetnie, gdyż dostajemy tutaj Grimes pod różnymi postaciami. Jednak, gdyby miał wskazać drogę Kanadyjce to kazałbym jej nagrywać takie utwory jak wspomniane „Violence„.

8. The Flaming Lips – American Head. Czasami najprostsze rozwiązanie bywa najlepsze. Udowadnia to hiper grupa z Oklahomy, która postanowiła powrócić do starego stylu. Po długiej podroży pełnej muzycznych eksperymentów i wielu dziwności Wayne Coyne stwierdził, że powróci do tego co grali na pamiętnym „The Soft Bulletin„. I był to strzał w dziesiątkę, bo na takie Flamig Lips wszyscy czekali!

7. Nothing – The Great Dismal. Wałkowałem ten album praktycznie cały grudzień. Nie rezygnowałem z niego nawet dla świątecznych piosenek, które gdzieś tam zawsze towarzyszą przy ubieraniu choinki czy też myciu auta. Za sprawą Nothing ponownie zatęskniłem za brzmieniem ciężkich i przesterowanych gitar. W końcu „The Great Dismal” to potwierdzenie, że shoegaze ma dalej sens. Generalnie grupa Domenica Palermo dobrze idzie w post-rockowych brzmieniach, czego doskonałym jest przykładem ich tegoroczna płyta.

6. Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach daje popis swojej wielostronności. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, szczypta awangardy. Porównania do D’Angleo nie bezzasadne, ale też nie ma co przesadzać. Czuć na tym krążku, jak i na poprzednich, że facet ma dryg to muzyki i dobrze mu te kombinowanie wychodzi. „Græ” to sporo materiału to nadrobienia jeżeli nie słyszeliście, ale warto bo wciąga.

5. King Krule – Man Alive! To co zrobił młody Brytyjczyk na pamiętnym z 2017 roku „The Ooz” było sporym sukcesem. Tegoroczny album nie przebija tego sukcesu, ale też nie zniża poziomu. Rudzielec, który powiedział „NIE” Kanye Westowi ponownie penetruje mroczne i mgliste tereny Londynu tworząc klimat tak gęsty, że można kroić go nożem. Archy Ivan Marshall ponownie miesza gatunki, raz śpiewa, raz rapuje, bawi się stylami i formami. Tego typu eksperymenty wychodzą mu dobrze i co najważniejsze stały się jego znakiem rozpoznawalnym.

4. Run The Jewels – RTJ4. Czwartą część RTJ, El-P zapowiadał już od dłuższego czasu. Płyta w końcu pojawiła się wraz z zamieszkami spowodowanymi śmiercią George’a Floyda. I był to bardzo dobry moment, gdyż zwrotki Killer Mike’a nabrały głębszego i większego wydźwięku niż zwykle. Nie od dziś wiadomo, ze raper z Atlanty udziela się na co dzień politycznie i komentuje sprawy bieżące Ameryki, zwłaszcza segregacji rasowej i problemu przemocy wobec Afroamerykanów. Jednak i bez tej głośnej otoczki album sam w sobie jest wyśmienity. Run The Jewels to gwarancja jakości, która nigdy nie zawodzi. Czwarta płyta z rzędu (co prawda po dłuższej przerwie) a oni wciąż potrafią człowieka wciągnąć.

3. U.S. Girls – Heavy Light. Meghan Remy nie zwalnia tempa. Po wyśmienitym „In A Poem Unlimited” artystka z Toronto wydaje równie świetne „Heavy Light„. Kanadyjka lawiruje pomiędzy gatunkami muzycznym, cieszy ucho melodyjnością a rozum bogactwem nawiązań i inspiracji, które jest w stanie wyłapać każdy. Mi ta propozycja wyjątkowo przypasowała, gdyż lubię tego typu podejście do muzyki pop. Z jednej strony prosto, melodyjnie i zwyczajnie – każdy tego posłucha. Z drugiej jednak strony nieszablonowo, inaczej i z bogatym wachlarzem inspiracji. Istotne jest także to, że by odkryć tego typu płytę to trzeba jednak siedzieć w niezalu, bo w radiu tego nie zagrają.

2. Jessie Ware – What’s Your Pleasure? W 2020 nie było lepszego popu niż ten zaprezentowany przez Brytyjską wokalistkę. Jessie Ware postanowiła zanurzyć się w latach 70 i wyciągnąć to co najlepsze z muzyki DISCO, soulu i electro-popu. „What’s Your Pleasure” to wyjątkowo taneczny krążek, który nadaje się zarówno na parkiet, imprezę jak i do zwykłego codziennego odsłuchu. Omawiany longplay urzeka tutaj zarówno wspaniałym głosem Ware jak i samą produkcją. Pulsujące dźwięki „Spotlight” czy też tytułowego „What’s Your Pleasure” wprowadzają nas w klimat płyty, który przywołuje namyśl najlepsze pozycje z dyskografii Kylie Minouge czy też Madonny.

1. Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. O najnowszej płycie Perfum Geniusa pisałem w maju opisując muzyczne premiery miesiąca. Przyznam, że trochę mam wyrzuty sumienia, że najlepszy album minionego roku opisałem trochę po macoszemu. Dlatego to dobry moment by królowi oddać to co królewskie. Michael Alden Hadreas nagrał najlepszy krążek w 2020 moim zdaniem z kliku powodów. Po pierwsze to najbardziej emocjonalna pozycja zarówno w jego całej dyskografii, jak i w ogóle całego poprzedniego roku. Amerykański wokalista łapie za serce i ściska za sprawą swoich osobistych i intymnych tekstów. Po drugie to jego najbardziej dojrzałe dzieło. Słychać jak wokalista się rozwija, zwłaszcza kiedy odpalimy sobie debiut „Learning” z 2010 roku i porównamy z tegorocznym longplayem. W końcu od tego momentu minęła już dekada! „Set My Heart On Fire Immediately” zachwyca słuchacza także muzycznie. Hadreas nie zamyka się w jednym gatunku, rozbudowując swoje brzmienie. Znajdziemy tutaj zarówno garażowe gitary, jak i smyczki i instrumenty klawiszowe prowadzące nas w stronę muzyki klasycznej. Najnowsza płyta od Perfume Genius to emocjonalna bomba, która została zabarwiona mnogością instrumentów, brzmień i sposobów śpiewania. To jedna z tych płyt o której pamięta się latami.

10 koncertów na których mogłem być, a nie byłem i teraz żałuje…

Życie to ciągłe decyzje. Jedne gorsze, drugie lepsze. Z niektórych jesteśmy zadowoleni, z innych nie bardzo. Tak samo bywa z chodzeniem na koncerty. Ile razy odpuszczałem poniektóre występy w myśl, że jeszcze będzie okazja… Oczywiście tej „okazji” już nigdy nie było. Czasami dobrze jest się kierować w myśl zasady z filmy „Yes Man” i mówić sobie za każdym razem TAK. Przed wami lista koncertów, które mogłem zobaczyć a na które ostatecznie się nie wybrałem i teraz żałuje.

Sufjan Stevens (5.05.2011 / Warszawa). No cóż, zacznę chyba od mojego największego bólu… Mija prawie 10 lat od ostatniej wizyty Sufjana Stevensa w Polsce. Muzyk zagrał „podobno” kapitalny występ w Teatrze Polskim w Warszawie. Nie będę ukrywał, że jestem ogromnym fanem Stevensa i wielbię jego twórczość od początku. Swego czasu to jego twarz zdobiła blogowe logo (a to już coś znaczy!). Dlaczego nie pojechałem jednak do Warszawy? Trochę zniechęcająca była odległość 315 km, miejsce koncertu (wtedy nie zachwycała mnie wizja występu w Teatrze…) i cena biletów, która (o ile się nie mylę) wahała się w granicach 150 zł. W tamtym czasie za tą kwotę mogłem nabyć 3-dniowy karnet na OFF Festival (albo całkiem pokaźny zapas alkoholu…). Do tej pory pluje sobie w brodę, gdyż Stevens już nigdy potem nie przyjechał do Polski. Co więcej usłyszeć nowe utwory z „Age of Adz” i stare hity z „Illinois” czy też „Seven Swans” w otoczeniu desek teatru to musiało być coś pięknego…

Cut Copy (22.04.2014 / Warszawa). O moim statusie uwielbienia dla australijskiego bandu pisałem już w ostatnim wpisie podczas recenzji ich ostatniej płyty. Co więcej to zespół, który także lubi moja żona. W tamtym czasie planowałem zaręczyny z moją obecną żoną i koncert Cut Copy był jedną z opcji. Ostatecznie postawiłem na wycieczkę do Wiednia, niemniej żałuje, że nie wybrałem się jednak na ten koncert do warszawskiego Basenu. Tak jak w przypadku Stevensa, Australijczycy już nigdy nie wrócili do naszego kraju i chyba nie prędką wrócą…

Fleet Foxes (13.11.2011 / Chorzów). Ulubiony zespół indie-folkowy? I to w dodatku w mieście gdzie się urodziłem? Co poszło nie tak, że nie pojawiłem się na tym występie? Do tej pory nie rozumiem tego… Fleet Foxes zagrali w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w ramach Ars Cameralis. Nie dość, że sam śląski festiwal spuścił z tonu i już nie zaprasza tak głośnych nazw to i sam Fleet Foxes dwa lata później zawiesił działalność… Co prawda grupa Robina Pecknolda wróciła do grania, ale do Polski już nigdy potem nie wrócili…

Uffie (10.02.2012 / Szczyrk). Na początku lutego 2012 roku miała miejsce impreza Burn in Snow w Szczyrku. W związku z zmaganiami na snowboardzie zaplanowana była także impreza muzyczno-taneczna. Wystąpiła m.in. Uffie, chłopaki z Hot Chip oraz Kamp! Line-up ciekawy i to wszystko w położnym 60 km od mojego domu Szczyrku. By dodać dramaturgii dodam, że wstęp był bezpłatny. Tylko ostatni dzban mógł się tam nie wybrać… i w sumie ja… Na swoją obronę dodam tylko, że 8 lat temu były surowsze zimy niż obecnie. Było dużo śniegu, temperatura spadała do -20 a ja dysponowałem wtedy samochodem marki Fiat Uno, który przy takich warunkach odpuszczał jazdę. Nie raz się zdarzało, że musiałem wchodzić do auta przez bagażnik, gdyż wszystkie zamki były zamrożone… To był w sumie ostatni moment by zobaczyć Annę Katarzynę w dobrej muzycznej formie zanim zajęła się rodzeniem dzieci.

Animal Collective (13.10.2008 / Katowice). Zacznę od tego, że w momencie koncertu nie byłem takim fanem muzyki Animal Collective jak obecnie. Co więcej cena 60 złotych za bilet była w tamtym momencie dla mnie zaporowa. Jednak żałuje, że nie udałem się jednak do katowickiej Hipnozy na ten występ. Z całą pewnością miałbym więcej do opowiadania wnukom na starość. Zwłaszcza, że Panda Bear i spółka spóścili obecnie z tonu i już nie wydają tyle nowej muzyku co kiedyś. Ich ponowna wizyta w Polsce, a zwłaszcza na Śląsku może nie prędko nastąpić. O ile nastąpi… ŻAL.

Tyler, The Creator (20.08.2015 / Katowice). Tauron Nowa Muzyka to festiwal, który uwielbiam. Od paru, dobrych lat bywam na tej imprezie w ramach dziennikarskiej akredytacji, której w 2015 roku niestety nie otrzymałem…. Oczywiście nie przyszło mi do głowy by kupić bilet chodź na jeden dzień by zobaczyć mojego ulubionego rapera z ameryki. No waśnie, bo Tyler, The Creator to obecnie jeden z najlepszych graczy w dziedzinie rapu. Co prawda w 2015 roku dopiero się rozkręcał, ale już wtedy jego „Cherry Bomb” mocno mi się podobało. Wiem, że festiwalowy występ pewnie nie byłby doskonały, ale to zawsze lepsze niż nic…

Opener Festival 2013 (03-06.2013 / Gdynia). W ramach wyjątku dodaje tutaj cały festiwal. Dlaczego akurat ten? Po pierwsze uważam, że na papierze to była najlepsza edycja Openera EVER. Po drugie z mojego miasta wyjechała ekipa na ten festiwal, także było z kim jechać. A co przegapiłem? M.in. These New Puritans świeżo po wydaniu „Field of Reeds„, pierwszy występ w Polsce Blur, zawsze genialne Queens of The Stone Age z Joshem Hommem, Arctic Monkeys grające „AM„, genialnego Kendricka Lamara oraz legendarnego Nicka Cave’a. Poza tym wystąpili tam też Kings of Leon, Animal Collective, Miguel, Johnny Greenwodd, Tame Impala, Violets, The National… Jednym słowem było grubo.

Ścianka (28.10.2006 / Mikołów). Ostatnio pisałem o swoim rozczarowaniu związanym z niedawnym występem Ścianki w Katowicach. Okazuje się, że w chwili gdy jeszcze grali piosenki, których nie usłyszałem na żywo w Królestwie zespół występował w moim mieście. Co więcej bilet kosztował tylko dyszkę, odbywał się w barze gdzie regularnie zalewam „mordę” a na drugie danie serwowano Tymona Tymańskiego z zespołem Transistors. Żal tym większy, gdyż przekonałem się niedawno, że tamta Ścianka już nie wróci… No, ale co zrobić gdy było się w tym czasie tępym licealistą….

…And You Will Know Us by the Trail of Dead (04.08.2018 / Katowice). …Trail of Dead powinien w sumie pojawić się na tej liście jeszcze w ramach koncertu z 11 kwietnia 2013 roku, gdy występowali w wrocławskim Firleju. Postawiłem jednak na występ z Off Festiwalu z dwóch powodów. Po pierwsze grali rzut beretem od mojego domu, a po drugie mieli zagrać całą, legendarną już płytę „Source Tags & Codes„. Występ marzenie, dlatego tym bardziej mi przykro.

Wavves (06-09.08.2009 / Mysłowice). Na koniec mały bonus w postaci odwróconej sytuacji. W pierwszy weekend sierpnia 2009 roku byłem w Mysłowicach, jednak nie było tam Nathana Williamsa i spółki! Wavves odwalili wtedy niezłą szopkę podczas festiwalu Primavera i odwołali resztę występów. Na szczęście zespół się pozbierał i zaczął nagrywać o wiele lepszą muzykę . Mimo to wciąż czekam na ich pierwszy występ w Polsce. Przyrzekłem sobie nawet, że jeżeli kiedykolwiek zapowiedzą się w Polsce to pojadę, choćby nie wiem co. Także, Panie Williams teraz twój ruch!

Odrobina optymizmu od Fleet Foxes – recenzja albumu „Shore”

Od blisko tygodnia widok za okna pozostaje niezmienny. Szaro, buro i ponuro. Nieustający deszcz, niezbyt ciepła temperatura i coraz krótsze dni nie wpływają na człowieka pozytywnie. W dodatku kot żony przynosi do sypialni codziennie nową porcję błota i piasku. Humoru nie poprawia zaglądanie do mediów, tam nigdy nie ma nic prawdziwego i pocieszającego. Co robić zatem? Jest recepta! To najnowszy album Fleet Foxes.

Shore” to czwarty długograj w dorobku zespołu z Seattle. Robin Pecknold i spółka postanowili odejść tym razem od długich i rozbudowanych utworów, jakie znajdowały się na poprzednim „Crack-Up„. Tym razem band nawiązuje do swojego optymistycznego, pozytywnego i radosnego debiutu z 2008 roku. Utwory są krótsze, bardziej zwięzłe i pogodne. Trudno się nie zgodzić z tezą, że to dobrze obrana droga. Z jednej strony zespół nawiązuje do swojego najlepszego dzieła, jakim było „Fleet Foxes„, z drugiej świat potrzebował pogodnego i uśmiechniętego Pecknolda. Zwłaszcza w obecnych czasach.

Shore” to kolekcja wyjątkowo zgrabnych 15 utworów, przy których czas mija nam szybko i miło. Brzmienie zespołu jest łagodne, to wciąż miła dla ucha muzyka z pogranicza folku i indie rocka. Otrzymujemy tutaj również popisy wokalne Robina Pecknolda, który eksperymentuje ze swoim głosem i wychodzi to całkiem obiecująco. Lirycznie płyta skupia się na krótkich, pozytywnych historiach, które nie zmieniają naszego życia. Ale też nie taki jest cel tej płyty. Obcujmy z naturą, cieszmy się i żyjmy chwilą – tyle w skrócie można powiedzieć o „Shore„.

Warto również pochwalić produkcję płyty za którą stała Beatriz Artoli. Słuchając „Shore” nie słychać tego, że pracę nad płytą kończył w pojedynkę sam Pecknold. Co prawda większość materiału została stworzona jeszcze przed globalną paniką związaną z covid-19, jednak ze względu na pandemię lider musiał zrezygnować z towarzystwa reszty zespołu. Co prawda wokalista Fleet Foxes mógł liczyć na wsparcie muzyków Grizzly Bear oraz The Dap-Kings.

Podsumowując, najnowszy album Fleet Foxes to udany powrót do korzeni. Muzycy z Seattle ponownie zachwycają pogodnymi, zwięzłymi i melodyjnymi utworami, które są dobre na każdą okazję. Zespoły takie jak FF to skarb, słuchajmy ich zatem jak najczęściej by wciąż mogły nagrywać muzykę! Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.