Andrew Bird – Hands of Glory

Andrew Bird powraca ze swoim siódmym w kolekcji albumem. Czy jest to powrót w tytułowej glorii? Odpowiedzi szukajcie w tekście poniżej.

Folk to jeden z tych gatunków w muzyce, który jest szczególnie przeze mnie ceniony. Obecnie kojarzy się on z czymś naturalnym, tradycyjnym, z jakimś brodatym kolesiem mieszkającym w lesie i śpiewającym o skowronkach. Jednak należy pamiętać, że muzyka folkowa ma bardzo bogatą historię i kilkadziesiąt lat temu była mocno upolityczniona i zaangażowana w życie społeczne. Mimo to Bob Dylan dawno temu porzucił zaangażowany folk dla przyjemnego rocka, a jego miejsce na salonach politycznych zajął Bruce Springsteen. Co w tym wszystkim robi Andrew Bird? Nagrywa dobrą muzykę folkową, tak po prostu.

„Hands of Glory” zaczyna się w piękny sposób. Pierwsze basowe dźwięki „Three White Horses” wywołują ciarki na plecach. Andrew Bird w bardzo urzekający sposób śpiewa: „Don’t dismiss it like it’s easy / Tell me what’s so easy / About coming to say goodbye?”. Istotną rolę w całym utworze odgrywa dziwny dźwięk z okolic 1:24 a także wejście gitary w 2:28. Co do skrzypiec, czyli głównej broni Andrew Bird’a to przypominały mi one w tym momencie pierwsze utwory Arcade Fire. Dalej jest jednak nie mniej pięknie. W podobny spopsób Bird wpływa na nasz nastrój utworem „Spirograph” oraz „Something Biblical”. Sielankowo brzmi jedynie utwór „Railroad Bill”, natomiast partia skrzypiec w „Orpheo” to muzyczna próba przedstawienia wszelkich smutków i depresji związanych z jesienią.

Tak samo jak pięknie się zaczyna „Hands of Glory” to jeszcze piękniej się kończy dzięki „Beyond the Valley of the Three White Horses”, który jest mocno rozbudowaną wersją openera. Andrew Bird wyciągnął z tego utworu absolutne maksimum.

Tematyka całej płyty nie odbiega od kolaboracji uczuć z zjawiskami naturalnymi. Może nie jest zbyt oryginalna, ale gdyby się tak zastanowić to o czym innym chcemy słuchać piosenek? Płyta jest nagrana w bardzo profesjonalny sposób. Bird jest szczery, uroczy, czarujący. Swoim brzdąkaniem na skrzypcach w mocny sposób wpływa na nasz nastrój. Wokalnie może nie jest już tak dobrze, ale pasuje do reszty.Wracając do zadanego na początku pytania można powiedzieć, że to dobra płyta i jak najbarfdziej Andrew Bird może być z niej dumny. Ocena: 7/10.

Dry The River – Shallow Bed

Długo oczekiwany debiut wychodzi na światło dzienne.

Debiut oczekiwany od sierpnia 2011 roku, kiedy to ujrzałem tą grupę na Off Festiwalu i zachwyciłem się ich muzyką. Byli wtedy niczym przyjemny podmuch bryzy morskiej, wspaniale się odnaleźli na scenie leśnej. Po koncercie wszyscy fani lekkiego grania byli zadowoleni. Angielska ekipa do tej pory wydała jedynie parę ep-ek i mini koncertowych albumów. Pojedynczymi singlami potrafili zachwycić. Pytanie było, czy uda im się to na długo grającym albumie?

Odpowiedź na to pytanie znajduje się na „Shallow Bed”. Ich pełne życia utwory, łączące w  sobie szorstkość i wrażliwość, nasiąknięte są patosem takich grup jak British Sea Power czy The National. Natomiast znajdujące się tutaj smyczki przypominają nam o pierwszych utworach Arcade Fire. Piękne, gitarowe ballady z ekspresyjnymi refrenami idealnie komponują się z obecną aurą i oczekiwaniem z wypiekami na twarzy na wiosnę. Kompozycje zawierają sporo energii, jednak przy tego typu debiutach jest to niemalże znak rozpoznawczy. Sporo nawiązań do zespołów, które już w rejonach indie i folku odniosły dużo, ale znajdziemy na płycie całkiem niezłą ilość autorskich pomysłów i rozwiązań. Czuć świeżość, może nie na tyle by zmienić oblicze muzyki, ale na tyle by przyjemnie spędzić w własnym ogródku miesiące marzec-kwiecień. Jestem zdecydowanie na tak. Ocena: 7/10.

Sufjan Stevens

Sufjan Stevens. Jeden z najbardziej uzdolnionych i płodnych artystów amerykańskiego niezalu. Wciągu 10 lat wydał osiem albumów długogrających, każdy został dobrze odebrany w środowisku muzycznym i dziennikarskim. W moim osobistym ranking Sufjan jest w czołówce wykonawców łączących folk z szeroką pojętą muzyką indie. Niniejszym wpisem spróbuję przedstawić albumy Amerykanina o litewskich korzeniach. Mam nadzieję, że uda mi się w ten sam sposób opisać innych ważnych artystów o których do tej pory nie miałem okazji wspominać. Miłej lektury i zachęcam do zapoznania się z twórczością Pana Stevensa.

A Sun Came! (2000). „A Sun Came!” to debiutancki krążek Sufjana Stevensa. Artysta nagrywając ten rewelacyjny album postawił sobie wysoko poprzeczkę a co najważniejsze w późniejszych latach zdołał ją przeskoczyć wielokrotnie pobijając wcześniejsze osiągnięcia. Sufjan zamieścił na tym albumie 21 utworów. Część utworów jest kilku sekundowymi skitam, które przeważnie pojawiają się na rap albumach. „A Sun Came!” to przede wszystkim mieszanka wielu instrumentów, brzmień i dźwięków, które nawiązują do różnych kultur. Taki „Demetrius” łączy w sobie rock’owe brzmienie z orientalnym transem. Natomiast „Ya Leil” to już typowy oriental bez żadnych domieszek. Na płycie dominują przeważnie akustyczne, gitarowe, folkowe utwory. Jednak nie brakuje mocnych odjazdów przy użycia gwizdka w „Satan’s Saxophones” czy też zastosowania elektroniki w utworze „Joy! Joy! Joy!”. Ta płyta pokazała tak na prawdę jakie zdolności w tworzeniu posiada Sufjan Stevens i jak potrafi być różnorodny. Ocena: 7/10

Enjoy Your Rabbit (2001). To drugi album w dorobku Sufjana Stevensa, który zupełnie różni się od debiutanckiego. Po pierwsze płyta ta jest zupełnie instrumentalna, a po drugie brzmienie jej jest w pełni nasycone elektroniką. Sufjan już na wcześniejszym albumie bawił się tego typu elektroniką, jednak dopiero teraz dał w pełni upust swoim zdolnościom w tej materii. I trzeba przyznać, że udało się. Kompozycję są nieprzewidywalne i ciekawe. Sufjan Stevens tym albumem oddał hołd kulturze Dalekiego Wschodu, gdyż poszczególne utwory swoimi nazwami nawiązują do chińskiego horoskopu, co wydaje się być pomysłem ciekawym. Jak się później okaże Sufjan Stevens nie raz nas zaskoczy swoją pomysłowością. Ocena: 7/10.

Greetings from Michigan: The Great Lake State (2003). Przy okazji wydania tego albumu Pan Stevens zapowiedział chęć nagrania po jednym albumie poświęconemu jednemu stanowi w USA, jak się okazało projekt zatrzymał się tylko na dwóch stanach: Michigan i Illinois. Jednak trzeba przyznać, że intencje były dobre a sam pomysł niespotykany w świecie muzyki. Ja jednak myślę, że jeszcze kiedyś Sufjan nagra coś o jakimś stanie. Wtrącę także pewną anegdotę dotyczącą Sufjana i tej płyty. Całkiem niedawno na zajęciach podczas oglądania dziewiętnastowiecznej mapy Stanów Zjednoczonych wspomniałem znajomemu o projekcie Sufjana Stevensa. Ów Znajomy wtedy zapytał co to znaczy „alternatywny wykonawca”, czy oznacza to, że jeździ on autobusem? Otóż nie. Odpowiedź tkwi w twórczości Sufjana Stevensa i pomimo, że ta cała gadka o projekcie 50 Stanów była tylko akcją promocyjną to sam materiał zgromadzony na tym albumie jest unikatowy. „Greetings from Michigan” to opis rodzimego stanu Sufjana (Urodził się w Detroit – miasta Robocopa oraz miasta przeżywającego ostatnio proces wyludniania). W Stanach Michigan ze względu na swój krajobraz jest nazywany „Stanem Wielkich Jezior” (coś a la nasze Mazury). I tego akcentu nie zabrakło na tym właśnie krążku, jest on opisem przyrody jak i ogólnym zarysem samego Michigan. Teksty nawiązują do typowych problemów społeczeństwa nie tylko amerykańskiego. Ponadto nadal przychodzi nam zachwycać się bogatą barwą brzmień. Ten koncept album był ogromnym krokiem w przód dla Sufjana Stevensa. Ocena: 9/10.

Seven Swans (2004). Na kolejny album Sufjana fani nie musieli czekać długo, gdyż pojawił się rok po wydaniu bardzo dobrego Michigan. Jak się okazało następny krążek nie wpisywał się w „projekt 50 Stanów” a jego problematyka nawiązywała do sfery religijnej. Czwarta płyta w dorobku artysty jest jakby skromniejszy w brzmieniu w porównaniu do wcześniejszych „bogatych” i „grubych” wydawnictw. Słodki, chłopięcy głos Sufjana Stevensa łączy się tutaj z miłymi żeńskimi chórkami, fortepianem, lekko podkreśloną perkusją, która momentami zanika. Oczywiście nie zabrakło banjo, które stało się takim znakiem rozpoznawczym Stevensa obok czapki z daszkiem i doklejonych skrzydeł. Najlepsze określenie na „Seven Swans” to słowo mistyczny. Sufjan Stevens zawarł tutaj wiele przemyśleń dotyczących sfery sakralnej a same teksty nawiązują do chrześcijaństwa: „Abraham, put off on your son. / Take instead the ram /until Jesus comes” czy też „And when we are dead, we all have wings / We won’t need legs to stand”. Płyta ta mocno wpływa na nasze myśli i zmusza do refleksji nad pewnymi sprawami, pomaga nam w tym w pewnym sensie minimalizm brzmienia, ale i także świetne teksty Sufjana Stevensa. Esencją tego krążka jest tytułowe „Seven Swans”, które pięknie się rozwija od spokojnego dźwięku banjo i głosu Sufjana do mocno patetycznego uniesienia, gdzieś w okolicach 4:34. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś po prostu niesamowitym. Ocena: 9/10.

Illinois (2005). Piąty album w dorobku artysty jest nie tylko powrotem do idei projektu 50 stanów, ale także powrotem do bogatej i ciekawej aranżacji utworów i szerokiej gammy instrumentów wykorzystanych przez Stevensa. Osobiście uważam ten album za najlepszy w dorobku Sufjana Stevensa, który spiął się tutaj na wyżyny swojej zdolności tworzenia genialnych piosenek. Cały album jest genialny i bezbłędny. Słowa to za mało by opisać uczucia towarzyszące tej płycie. Dla mnie ten krążek ma „wewnętrznego ducha”, który zachwyca swoim bogatym brzmieniem. Sufjan Stevens opisał na nim Stan Ala Bundy’ego, który jest sąsiadem stanu Michigan. Opis jest ten różnorodny, bo z jednej strony jest „JOHN WAYNE GACY, JR.” – jeden z najokrutniejszych i najbardziej znanych zabójców seryjnych XX wieku w Stanach Zjednoczonych a z drugiej „THE SEER’S TOWER”, czyli najwyższy wieżowiec USA. Najwięcej braw album zebrał za rewelacyjny utwór „Chicago”, który do tej pory jest uznawany za największy „hit” artysty. Jednak każdy utwór na tym albumie tak na prawdę jest fenomenalny. Podoba mi się spokój i sposób prowadzenia narracji w Casmir Pulaski Day. Na duże brawa zasługuje intro albumu złożone z dwóch pierwszych utworów, które rewelacyjnie wprowadza nas w świat przedstawiony przez Stevensa. Dużą wyobraźnią wykazał się Sufjan także pisząc te absurdalnie długie tytuły piosenek, których nazw wolę nie przytaczać ze względu na ich długość. Konstrukcją album ten przypomina debiut Stevensa, mamy mnogą ilość tytułów (22) oraz pojawiające się co jakiś czas kilku sekundowe przejścia. Dalsze opisywanie Illinois nie ma sensu, tą płytę należy posłuchać. Tych, których zniechęcą zakręcone tytuły i ilość utworów proszę o chwile cierpliwości i skupienia, z pewnością polubicie tą płytę tak jak ja ją polubiłem. Ocena: 10/10.

The Avalanche: Outtakes & Extras from the Illinois Album (2006). Czyli tak jak w tytule – jest to zlepek odrzutów z poprzedniej płyty oraz kilku dodatkowych piosenek. Album ten pokazuję tak na prawdę jak bogaty wybór miał Sufjan Stevens przy wyborze 22 utworów, które miały stworzyć rewelacyjne Illinois. Pozostałe piosenki, mniej pasujące i mniej rewelacyjne utworzyły właśnie to wydawnictwo. Mimo ich solidności i równości oraz zaprezentowania Chicago w trzech różnych wersjach, nadal są to utwory, które z jakiegoś powodu nie znalazły się na Illinois. Siłą rzeczy nie może to być album na miarę poprzednich i jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem, nad którym nie ma sensu głębiej się rozwodzić. Można to potraktować jako album „kopalnia”, czyli każdy będzie mógł poszukać czegoś dla siebie. Ocena: 5/10.

The BQE (2009). Ten album to kolejny ciekawy pomysł Sufjana Stevensa w karierze. The BQE to płyta składająca się wyłącznie z intrumentalnych, symfonicznych utworów. Czyli jest to całkowicie coś nowego, czego wcześniej nie mieliśmy u naszego bossa alternatywy. Jednak bądźmy szczerzy, Stevens po nagraniu tylu świetnych płyt i genialnego „Illinois’ mógł sobie pozwolić na tego typu odstępstwo. Pomimo, że ten pomysł momentami zahacza o banał i raczej nie jest czymś co fani „Illinois’ przyjmą owacjami na stojąco to ja w sumie rozumiem chęć stworzenia przez Stevensa czegoś na miarę klasyki. Na tego typie muzyce nie znam się za bardzo i nie jestem w temacie, ale uważam, że płyta ta może się spodobać poniektórym fanom o wrażliwej, romantycznej i klasycznej duszy. Dla mnie jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem i ciekawostką oraz przerwą w napiętym grafiku tworzenia absolutów przez Stevensa. Ocena: 6/10.

The Age of Adz (2010). O tej płycie pisałem już rok temu tutaj.