Muzyczne podsumowanie roku 2013: Single

singleCzas na listę 20 najlepszych singli. W tym roku sporo dźwięków z pogranicza hip-hopu i r’nb, ale znalazło się także miejsce dla muzyki gitarowej. Generalnie nie przykładałem większej uwagi do kolejności. Przykładowo utwór numer 15 mógłby spokojnie być na liście 10 itd. Jednakże myślę, że udało mi się ułożyć całkiem niezłą playlistę.

eminem20. Eminem – Rap God. Ja wiem, że Eminem na „Marshall Mathers LP 2” ssie. I to strasznie. Niektórzy poczuli się oszukani, ale tak serio oczekiwał ktoś udanej kontynuacji genialnego „Marshall Mathers”? Z „Rap God” sytuacja wygląda troszkę inaczej. Em pokazuje, że jeszcze potrafi nagrać coś co nie jest totalną siarą i kompromitacją. Ten utwór się broni.

Posłuchaj

daft-punk-lucky-lead18. Daft Punk – Get Lucky. Ło matko, chyba najbardziej przehajpowana i ograna piosenka zeszłego roku. Szczerze? Rzygać mi się chce jak słyszę „Get Lucky„. No, ale doceniam siłę rażenia. Tą piosenkę słyszał chyba cały świat i wszystkim się podobała. I słusznie, bo to lekki i przyjemny w odbiorze hicior. Z resztą słyszeliście to wiecie.

Posłuchaj

blood orange18. Blood Orange – You’re Not Good Enoguh. Retromania trwa w najlepsze. Brytyjczyk Dev Hynes nie jest oczywiście pierwszym, który użył fajnych sampli i „bąknięć” basu by stworzyć utwór przywołujący w skojarzeniach rozpikselowane obrazki z Vice City. Jednak zrobił to na tyle w sprytny sposób, że nóżka sama tupie.

Posłuchaj

pusha-t-kendrick-lamar17. Pusha T (feat. Kendrick Lamar) – Nostalgia. Wspaniały storytelling w wykonaniu Pushy T i Kendricka Lamara. Pierwszy, nie młody już raper doświadczony przez życie opowiada o handlu dragami. Drugi, świeży i gorący Kendrick nawija o problemach spowodowanych przez narkotyki. A wszystko to na surowym beacie od Kanye Westa i Nottza. Props absolutny.

Posłuchaj

deerhunter216. Deerhunter – Monomania. Mało słuchałem w tamtym roku indje rocka. Nie, że nie lubię. Mało było do słuchania, pokazuje to ta lista gdzie rządzi rap z r’n’b. Jednak na Bradforda Coxa zawsze można liczyć. Jego „Monomania” (zarówno jako album i sama piosenka) podobała mi się na tyle, że mogę zarekomendować każdemu.

Posłuchaj

autre ne veut15. Autre Ne Veut – Play By Play. Opener „Anxiety” to majstersztyk. Zmiany tempa, popis wokalny Artura Ashina i wielowarstwowość brzmienia to tylko zalążek tego co by można napisać o tym utworze. Jeden z lepszych singli r’n’b zeszłego roku, który miażdży słuchacza. Jeżeli chodzi o mnie to przy tej piosence dostaje epilepsji (w pozytywnym sensie oczywiście).

Posłuchaj

Drake14. Drake – Hold On We’re Going Home. W wolnych chwilach od rapowania Drake lubi śpiewać i eksperymentować. Trzeba mu jednak przyznać, że zawsze mu to fajnie wychodzi. „Hold On We’re Going Home” to utwór osadzony w latach 80. mający w sobie coś z r’n’b, disco i popu. Od strony lirycznej nie ma żadnej niespodzianki, kolejna piosenka o miłości jakich wiele już słyszeliśmy. Jednakże utwór ten potrafi wciągnąć i czuć w tym zupełny luz.

Posłuchaj

bowie13. David Bowie – Valentines Day. Gdy jak grom z jasnego nieba pojawiła się wiadomość o nowej płycie Bowiego nie byłem tak mocno zdziwiony jaj ludzi z branży muzycznej. David Bowie to klasa sama w sobie i chociaż zdarzały mu się niejednokrotnie wpadki to „The Next Day” okazał się udanym albumem. A same „Valentine’s Day” to fajna, chwytliwa piosenka w sam raz na 14 lutego.

Posłuchaj

disclosure12. Disclosure – F For You. Ok na „Settle” jest pełen zestaw piosenek, które spokojnie mogłyby się znaleźć na tej liście. Jednakże postawiłem na „F For You” jako godnego reprezentanta gdyż ma to „coś” i jest pozbawiony odwracającego od braci Lawrence uwagi głośnego featuringu (tych nie brakowało na krążku). Najbardziej epicki komentarz do piosenki: „WE KNOW IT’S FROM FIFA 14, shut the fuck up man”.

Posłuchaj

Charli-XCX-True-Romance-web-725x38011. Charli XCX – You (ha ha ha). Jeden z lepszych singli na niezauważonym „True Romance”. Przyznaję, żeodkąd usłyszałem  „Stay Away” to jestem fanem twórczości młodej Brytyjki.  „You (ha ha ha)” to ten rodzaj popu na który czekałem. Fajne hooki, teksty z ironią i zdystansowany wokal Panny Charlotte Aitchison w połączeniu dały ciekawy efekt. Czekam jednak na prawdziwą bombę na nadchodzącym „SuperLove„.

Posłuchaj

kixnare110. Kixnare – Gucci Dough. O Kixnare i jego „Gucci Dough” powiedziano już chyba wszystko. Jednak warto powtórzyć. Minimalistyczny singiel producenta z Częstochowy to najlepszy polski utwór nie tylko z gatunków electro, ale muzyki w ogóle. Łukasz Maszczyński serwuje nam coś świeżego i jednocześnie wciągającego. Fajny motyw przewodni oraz sample wokalne powodują, że przybijam piątkę. Polska scena electro ma się dobrze dzięki takim utworom.

Posłuchaj

alunageorge9. AlunaGeorge – Attracting Files. Gdy tylko usłyszałem „Your Drums, Your Love” wiedziałem, że ten duet jest stworzony do tworzenia muzyki pop. George Francis ma zdolność produkowania przyjemnych melodii, co potwierdza wspominane „Attracting Files„. Mamy intrygujący motyw na samym początku, który przewija się przez resztę utworu oraz hooki. Idealnym dopełnieniem jest łagodny wokal panny Aluna Francis. Anglia zdecydowanie jest stolicą obiecującego popu.

Posłuchaj

asap-rocky-460x2508. A$AP Rocky – Fuckin Problems (feat. Drake, Kendrick Lamar, 2 Chainz). Oj śmigało się w zimę przy tej piosence. Konkretny przebój, który wywołuje dyskusje kto lepiej się zaprezentował? Towarzystwo jakie Rakim Mayers zapędził do tego utworu godne podziwu. A wszystko o tych złych kobietach i problemach z nimi związanymi. Pierwszy A$AP Rocky rzuca na przemian „nigga” i „bicz”, Drake buduje oddę do swojej kuśki a Kendrick Lamar rzuca ironią wspominając Halle Berry. A wszystko na fajnym beacie pełnym sampli (m.in. Aaliyah).

Posłuchaj

Yuck7. Yuck – Rebirth. Szczerze powiedziawszy podobało mi się Yuck z okolic debiutu, ale teraz jakby zyskali. Zmienił się wokalista, zmienił się styl. Ich zeszłoroczne „Glow & Behold” to jedno z lepszych dzieł shoegaze i jedna z nielicznych udanych prób odpowiedzi na twórczość My Bloody Valentine. „Rebirth” to potwierdza.

Posłuchaj

arctic monkeys6. Arctic Monkeys – R U Mine. Prawdopodobnie najlepsza piosenka arktycznych małp od czasu debiutu. Turner z ekipą zrzucają z siebie brytyjskie uniformy by wdziać na siebie szaty Black Sabbath i dać czasu. Kapitalne gitarowe riffy i wielka robota perkusisty. Jeden z nielicznych brytyjskich zespołów ery New Rock Revolution, który się rozwija. Dzięki Homme’owi z QOTSA wszystko idzie w dobrą stronę.

Posłuchaj

jt5. Justin Timberlake (feat. Jay-Z) – Suit & Tie. Po pierwszych odsłuchach zdania co do nowego singla Justina Timberlake były podzielone. Jedni od razu wkleili to na „walla”, inni odłożyli to na później. Być może oczekiwaliśmy czegoś innego od Timberleka, a być może dał nam TO co chcieliśmy? Ja „The 20/20 Experience” polubiłem z czasem, tak samo jak ten utwór. Jest to fajny popowy kawałek, który powinien spodobać się każdemu. Tylko ten Jay-Z odstaje pomimo tego, że jego zwrotka w tym utworze to najlepsza rzecz jaką zarapował w 2013 roku…

Posłuchaj

new-slaves4. Kanye West – New Slaves (feat. Frank Ocean). Według RapGeniusa był to najlepszy kawałek hip-hopowy zeszłego roku. Czy hip-hopowy nie wiem, na „Yeezusie” na pewno jedne z najbardziej wyróżniających się. Tak jak na całej płycie brzmienie jest noisowe i surowe. Zaczyna się dosyć ponuro a Yeezy nawija coś o nowych niewolnikach. Utwór mocno zabarwiony politycznie kończy się samplem zespołu Omega i jego „Gyöngyhajú lány” podczas którego pod nosem mamrocze coś Frank Ocean. Kanye West nie omieszkał też zrobić oryginalnej premiery tego singla wyświetlając go w 66 różnych miejscach na raz.

Posłuchaj

Drake-Girls-Love-Beyonce-James-Fauntelroy3. Drake – Girls Love Beyonce (feat. James Fauntleroy). Rok 2013 należał do kanadyjskiego rapera. Obok kapitalnego albumu „Nothing Was The Same” w zeszłym roku ukazał się szereg konkretnych singli. Między innymi chwytliwe „Girls Love Beyonce„. Całość jest oparta na fajnym beacie od Noach ‚czterdzieści’ Shebiba a w refrenie słyszymy Jamesa Fauntleroy’a wyśpiewującego „Say My Name” od Distiny’s Child. Sam Drake trochę śpiewa, trochę rapuje – jak to on. I rozkminia na temat kobiet, trudności w ich zdobywaniu bez konieczności brania udziału w „grze”. Szkoda, że nie znalazł się ten track na jego zeszłorocznym LP.

Posłuchaj

davidlynch2. David Lynch (feat. Lykke Li) – I’m Waiting Here. Utwór ten znalazł się jako bonus track na „The Big Dream” i szczerze powiedziawszy chciałbym by każdy bonus był taki jak ten. To zdecydowanie najlepsza piosenka jaką wymyślił Lynch. Generalnie wszystko opiera się na prostocie gitary i maszyny perkusyjnej. Jednak sporo robi głos modnej w ostatnim czasie szwedki Lykke Li. Piękna, klimatyczna i kojąca mój umysł piosenka.

Posłuchaj

jessie-ware1. Jessie Ware – Imagine It Was Us. Brytyjka zachwyciła mnie już w 2012 roku za sprawą albumu „Devotion„. Zeszłoroczny singiel „Imagine It Was Us” nadal pozostaje w estetyce zadymionego klubu, jednakże jest utworem bardziej tanecznym. Użyte syntezatory eksplorują modną w ostatnim czasie brytyjską scenę elektro-popwoą. Gitarowe wstawki i handclaping nawiązują do przeżywającego renesans disco. Utwór ten znalazł się na amerykańskim wydaniu „Devotion” i trzeba pozazdrościć jankesom takiego „Gold Edition”. Polskie radiostacje nie doceniły ogromnego potencjału tego kawałka (nie pierwszy raz), nie wiem też jak wyglądała sytuacja na parkietach (nie bywam). Jednak u mnie ten kawałek często śmigał, życzyłbym sobie więcej takich houseowo-popowych szlagierów w 2014 roku!

Posłuchaj

Urodzinowa Playlista Paweuu Alternativ Blog

birthdayTo już 6 lat. Zaczynałem jako licealista zafascynowany indie rockiem. Z czasem jednak otwarłem się na wiele innych gatunków i wciąż poszukuje tego „czegoś” dla mnie. Mimo, że recenzowanie płyt to żmudna robota to odnajdywałem w tym radość i z roku na rok starałem się być coraz bardziej innowacyjny. Z różnym oczywiście skutkiem. Chociaż prawie wcale nie zaglądam do starszych publikacji (wynika to z strachu i wstydu jednocześnie) to postanowiłem stworzyć urodzinową playlistę składającą się z najbardziej esencjonalnych kawałków dla każdego roku mojej twórczości. Nie życzcie 100 lat, bo raczej tyle nie wytrwam, ale mam nadzieje, że jeszcze nie raz odnajdziecie tutaj coś fajnego.

2007. Bloc Party – Song For Clay. Gdy zaczynałem indie rock przeżywał swój renesans, zwłaszcza ten brytyjski. „A Weekend In The City” to była pierwsza zrecenzowana przeze mnie płyta. I mimo tego, że z perspektywy czasu nie mogę powiedzieć, że była to dobra publikacja to od tego koślawego, nic nie wnoszącego tekstu wszystko się zaczęło. Później było zdecydowanie lepiej, czego nie można powiedzieć o muzyce Bloc Party.

Posłuchaj

2008. British Sea Power – Waving Flags. Rok 2008 to pierwsze spotkanie z OFF Festiwalem. Artur Rojek i jego impreza odcisnęli mocno swoje piętno na funkcjonowanie mojego bloga. Zafascynowany ilością tak wielu fajnych artystów postanowiłem stworzyć cykl prezentowania najlepszych płyt artystów, którzy mieli wystąpić na Offie (Do dziś z resztą to robię). Na tamtym festiwalu było wielu fajnych wykonawców, ale to British Sea Power przyjechali jako nieliczni z nowym materiałem do Mysłowic.

Posłuchaj

2009. Władek – Zbyszek daj se. To był przełomowy rok, zmieniła się formuła podsumowania rocznego, zwróciłem większą uwagę na aktualne wydania muzyczne, pojawiły się pierwsze relacje z koncertów. Do tej pory  uważam, że to był wyjątkowy rok pod wieloma względami. A Tajemniczy Władek w zabawny sposób podsumowuje tamten okres.

Posłuchaj

2010. Caribou – Odessa. W 2010 lato było gorące, a zima zimna. Wszystko było na swoim miejscu, poza oczywiście wodą w rzekach i prezydenckim samolocie (Nie może być nigdy idealnie). OFF Festival przeniósł się do Katowic a na Paweuu pojawiły się pierwsze playlisty. Z tamtego okresu mógłbym wyróżnić wiele fajnych singli, których słuchałem podczas przygotowań do obrony, ale postawiłem na Caribou. Jest to rekompensata za brak w podsumowaniu, gdyż za projekt Dana Snaitha wziąłem się dopiero w 2011, jak już było po ptokach.

2011. Iza Lach – Nic Więcej. Jeżeli chodzi o działalność bloga rok 2011 można podzielić na dwa etapy. Dołowania i wybicia się. Przyznaje, że trochę brakowało pomysłów i chęci by zastopować nieugięcie spadające kliknięcia. Jednak w sierpniu odżyłem niczym Andrea Pirlo w Juventusie. Duża w tym zasługa pewnego portalu społecznościowemu na „F”, któremu długo się opierałem. Niestety obecnie nawet blog czy strona internetowa bez konta na fejsie po prostu nie istnieje. Co do muzyki to nie wspominam 2011 jakoś wybitnie, na plus można odhaczyć płyty, które pojawiły się na rodzimym rynku między innymi Izę Lach.

2012. Frank Ocean – Pyramids. To był dobry rok dla bloga. W styczniu dzielnie wojowałem o miano blog roku w kategorii Kultura. Niestety nie udało się wejść do finałowej trójki i zatrzymałem się na pierwszej dziesiątce. Mimo to udział w konkursie i wprowadzenie nowego schematu podsumowań (lista gości pisana przez rodzimych muzyków) pozwoliła blogowi wrzucić większy bieg. W drugiej części roku uruchomiłem własną audycję radiową, która zanim na dobre się zaczęła to musiała się skończyć z powodów technicznych. Natomiast dzięki współpracy z Canal Plus rozwinęła się nieco filmowa część bloga. Muzycznie rok 2012 należał do czarnych klimatów, odzwierciedla to lista podsumowująca.

2013. A$AP Rocky – Goldie. Rok 2013 tak na prawdę nie zdążył się jeszcze rozkręcić, dlatego w tym miejscu obiecuje, że postaram się wymyślić znowu coś co uczyni Paweuu Alternativ ciekawym dla każdego miejscem. Aha i piosenka, którą najczęściej słuchałem przez ostatnie 3 miesiące.

Muzyczne podsumowanie roku 2012: Albumy

albumyOstatnia część mojego podsumowania to lista 10 najlepszych płyt, które z najmilszą chęcią słuchałem w 2012 roku. W tegorocznym podsumowaniu syntezatory, sample i mikrofon były górą nad gitarami. By nie przedłużać – zaczynamy!

killer-mike10. Killer Mike – R.A.P. Music. Killer Mike, koleś z Atlanty nagrał w zeszłym roku jedną z lepszych płyt hip-hopowych. „R.A.P. Music” być może nie jest tak milowym i ważnym dziełem jak „good kid m.A.A.D city” Kendricka Lamara, ale z całą pewnością jest to ciekawa pozycja. Kawał dobrej czarnej muzy, który powinien zaciekawić nie tylko znawców tematu. Od pozostałych hip-hopowych dzieł wyróżnia ją charyzma, która po kilku latach rapowania udzieliła się Killer Mike’owi. Poza tym świetne beaty, zwłaszcza w „Don’t Die” czy też „Anywhere But Here”. Oczywiście są tutaj słabsze momenty, które psują odbiór całości – między innymi toporny „Butane (Champion’s Anthem)”. Poza tym w jakiś sposób stajemy po stronie Killer Mike’a i zgadzamy się z jego tokiem myślenia. Mimo, że teksty nie zawsze stanowią mocny punkt to genialność niektórych zwrotek sprawia, że przybijamy piątkę Mike’owi i kiwamy głową dalej.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

fiona-apple-the-idler-wheel9. Fiona Apple – The Idler Wheel Is Wiser Than The Driver Of The Screw & Whipping Cords Will Serve You More Than Ropes Will Ever Do. Najmocniej hajpowana płyta na zachodzie zeszłego roku, w Polsce natomiast trochę jakby mniej było o niej słychać. A szkoda. Bo Fiona Apple na „The Idler Wheel Is…” stworzyła bardzo emocjonujący klimat. Słowo „Emocje” to słowo klucz w przypadku tracków zawartych na tym albumie. Głos Fiony Apple, teksty i melodie są momentami mocno wzruszające i chwytające za serducho. Nie chce wyjść na mazgaja co to płacze przy słuchaniu płyt, ALE to kapitalna płyta jest. Wsłuchajcie się w takie piosenki jak „Werewolf” czy też „Jonathan” a zrozumiecie o co mi chodzi. No a poza tym sama Fiona Apple ma bardzo ładny głos <git>.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Chromatics-Kill-for-Love-e13327744494438. Chromatics – Kill For Love. Chromatics powrócili w bardzo dobrym stylu. „Kill For Love” to zdecydowanie najlepsza rzecz z elektroniki jaką słyszałem w poprzednim roku (krytyka: słuchałem mało elektroniki, ale co tam). Najlepsze w tym wszystkim jest TO, że sukces tej płyty osiągnęli w standardowy sposób sięgając po sprawdzone sztuczki z poprzednich płyt. W porównaniu do takiego „Night Drive” to już na sam widok tracklisty widać podobieństwa (również zapodali ponad 15-minutowego potwora). Ta płyt jest mocno chromatiksowa, zespół wypracował swój własny styl i się go trzyma. Na razie pomysł ten sprawdza się, ja to kupuje. „Kill For Love” to album mocno hipnotyczny, utwory typu „Lady” zachwycają swoją transową psychodelią. Muszę także wspomnieć, że w moim przypadku im dłużej tej płyty słuchałem to tym bardziej mi się podobała. W kwietniu była dla mnie umiarkowanie dobra, obecnie jest na tyle dobra, że znalazła się na liście najlepszych płyt (do ostatniej chwili się zastanawiałem, czy nie wcisnąć tutaj Twin Shadow’a?)

posłuchaj / przeczytaj recenzje

grizzly-bear-shields7. Grizzly Bear – Shields. Grizzly Bear to sprawdzona marka, już przed puszczeniem „Shields” wiedziałem jak będzie. Bez zaskoczenia podczas recenzowania tego albumu mówiłem o pewnej kolejności rzeczy. Ta płyta jest naturalnym następstwem „Veckatimest”. Album z 2009 wciąż mi się podoba i czasem do niego wracam, dlatego też nie było żadnego powodu by najnowszy krążek mi się nie spodobał. „Shields” i „Veckatimest” to płyty w zasadzie podobne. Różnice tkwią w szczegółach, zespół wciąż wykorzystuje swoje sprawdzone techniki do tworzenia magicznego folku. Jest mniej singlowo, ale to bardzo dobry materiał. W dobie zalewu folkiem i alternatywą (nawet w mainstreamie!) na jedno kopyto, nudnym, marnym i w moim przypadku cholernie denerwującym, Nowojorczycy mają swoje stałe miejsce na muzycznej mapie świata.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Jessie-Ware-Devotion6. Jessie Ware – Devotion. Zakochałem się w tym materiale od pierwszego razu. Jessie Ware, którą wcześniej można było usłyszeć w piosenkach SBTRKT nagrała świetny debiutancki album. Sukces tej płyty tkwi w niesamowitym klimacie zadymionego jazzowego klubu, bogatego brzmienia (posłuchajcie tych piosenek w słuchawkach!), ciekawego głosu Panny Ware oraz przebojowości singli, które podbiły najbardziej komercyjne stacje radiowe. Trudno oprzeć się urokowi „Wildestm Moments”, zadziorności „Running” czy też chwytliwości „110%”. „Devotion” to zdecydowanie najlepsza popowa rzecz poprzedniego roku i również zdecydowanie najlepsza brytyjska płyta. W Polsce „Devotion” Jessie Ware zostało bardzo ciepło przyjęte i pokryło się platyną, Brytyjska wokalistka odwiedzi nasz kraj po raz kolejny na wiosnę. Czekamy z niecierpliwością.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Cloud-Nothings-Attack-on-Memory5. Cloud Nothings – Attack On Memory. Natomiast „Attack On Memory”  to najlepsza rzecz z gatunku indie rocka, której słuchałem w poprzednim roku. O ile można mówić tutaj o indie rocku, bo zespołowi z Cleavlend w stanie Ohio bliżej do punk rocka czy też hardcore’u. Cloud Nothings nagrało kapitalną, energiczną płytę. Słychać tutaj inspiracje Trail of Dead – mistrzów hardkorowego indie. W szczególności zachwycił mnie rozbudowany, epicki „Wasted Days”, który sprawił, że poczułem się jak 17-latek. Kapitalnie słucha się również takich piosenek jak „Our Plans” czy też „Stay Useless”. Reszta utworów to nie ułomki, całość prezentuje się obficie. Ta płyta oczywiście nie wnosi nic nowego do gatunku, ale w dobry sposób podsumowuje wcześniejsze dokonania i dostarcza wiele rozrywki podczas słuchania. Czekam teraz na jakiś koncert, mam nadzieję, że zaklepie ich Artur Rojek na tegoroczną edycje Off Festiwalu.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

miguel4. Miguel – Kaleidoscope Dream. Miguel, czyli Prince XXI wieku. Tak o nim pisałem podczas recenzowania „Kaleidoscope Dream”. Zdania nie zmieniłem i do tej pory słucham tego krążka z wypiekami na twarzy. Jest to mocno precyzyjna, świetnie dopieszczona pod każdym względem płyta. Miguel i jego nieziemski głos stanowi oczywiście tutaj najważniejsze, centralne miejsce. Poza tym naszą uwagę zwracają kapitalne wstawki gitarowe, takie jak w „Use Me” czy też „Gravity”. „Kaleidoscope Dream” to spora dawka świeżego powietrza dla współczesnej muzyki rozrywkowej. Troszkę tej płycie zabrakło by załapać na podium. Jednak polecam ją szczerze każdemu, idealna propozycja na tło do romantycznego spotkania z dziewczyną. Nawet jeżeli teksty są czasami gorzkie to gwarantuje wam nie powtarzalne przeżycia. Taki jest Miguel.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

lonerism tame impala3. Tame Impala – Lonerism. Zdecydowanie najlepsza gitarowa płyta zeszłego roku. Australijski zespół na „Lonerism” przywołał dawnego ducha lat 60. Odwołując się do twórczości The Beatles, The Doors czy też Led Zeppelin nagrali materiał pełen psychodelicznych, zakręconych i kolorowych dźwięków. Panuje tutaj mocno narkotyczny nastrój dopieszczony lekkim sentymentalnym spojrzeniem na amerykańskie plaże z przełomu lat 60. i 70. Plusem albumu jest wyeksponowana perkusja oraz kapitalne klawisze i wszelkie synthowe brzmienia, które powodują, że całość jest odbierana przeze mnie ciepło i przyjemnie. Ta płyta wchodzi do głowy z taką samą łatwością jak zimne żuberki w letni, upalny dzień. Mimo, że chłopaki z Tame Impala co prawda nie wymyślają niczego nowego to i tak chętnie będę wracał do tej płyty.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

Frank-Ocean-Channel-Orange2. Frank Ocean – channel ORANGE. Nikt tak bardzo nie umilił mi wakacji jak Frank Ocean ze swoim wiekopomnym „channel ORANGE”. Co prawda byłaby to płyta roku, gdyby nie Kendrick Lamar, ale w wielu innych rankingach została uznana za numer one. Frank Ocean już od jakiegoś czasu dawał sygnały, że posiada nie lada talent. Szło go było usłyszeć na płytach Kanye Westa czy The Throne (K. West z Jay-Z), poza tym już na poprzednim mixtapie zdradzał pierwsze oznaki zajebistości. Wszystko to zostało oficjalne potwierdzone na „channel ORANGE’, które w pewnym sensie podsumowuje cały dorobek muzyki R’n’B. By oddać esencję tej płyty zacytuje samego siebie: „Mowa tutaj o świetnie wyważonym popie, który wciąga, chce się go nucić pod nosem, słuchać rano, w środku dnia i późnym wieczorem”. Na koniec jeszcze dodam, że Frank Ocean wcale nie musiał się odkrywać ze swoją prawdziwą naturą. Muzyka zawsze sama się obroni.

posłuchaj / przeczytaj recenzje

kendrick-lamar-good-kid-maad-city-cover1. Kendrick Lamar – good kid, m.A.A.D city. Dla wielu to Frank Ocean nagrał płytę roku. Dla mnie też „channel ORAGNE” był do pewnego momentu albumem roku. Do czasu, gdy usłyszałem „good kid, m.A.A.D city” Kendricka Lamara. Młody raper, który pochodzi z Compton! nagrał album życia. Do tej pory zachwycam się efekciarskim sposobem rzucania słów przez Kendricka, zajebistymi podkładami oraz kapitalnymi singlami. Lamar postanowił na albumie przedstawić dzień z życia w Compton. Jest to płyta naszpikowany wieloma odniesieniami i skojarzeniami. Najbardziej widoczne (a raczej słyszalne) są odnośniki do wiary i religii, w końcu cały album rozpoczyna się od modlitwy, która kontynuowana jest również dalej. Dzięki „good kid, m.A.A.D city” Kendrick Lamar na stałe wpisał się do kanonu muzyki hip-hopowej i nie tylko, bo płyta powinna się spodobać każdemu. Można przy niej się dobrze bawić, ale również wsłuchiwać w szczere opowieści Kendricka, który między innymi spowiada się ze swojego problemu z alkoholem. Na koniec warto również wspomnieć o ciekawych gościach, którzy pojawiają się na płycie – Dr. Dre czy też Drake.

posłuchaj / przeczytaj recenzje