
1442 dni a bardziej precyzyjnie 2 076 480 minut. Tyle czekałem na nową płytę od amerykańskiego zespołu Wavves. Ich najnowszy, ósmy krążek ukazał się paręnaście dni temu 27 czerwca tego roku. To, że jestem mega fanem ich twórczości wiecie przy okazji recenzowania ich każdej płyty. Dlatego też z utęsknieniem czekałem, aż Nathan Williams skończy głaskać psy i koty, odłoży browara w kąt i weźmie w końcu się za robotę!
No i doczekałem się albumu „Spun„, który od początku roku zapowiadał singiel „Goner„. Już po pierwszym odsłuchu wiedziałem, jakiej płyty należy się spodziewać. Zwłaszcza, że za produkcję tego utworu odpowiedzialny był Travis Barker z blink-182. Pierwszy singiel to typowy kalifornijski pop-punk oparty na prostych chwytach, który od początku wpada w ucho. Podobnie ma się prawa z drugim utworem dopieszczonym przez perkusistę blink-182 – „Way Down„. To drugi singiel z krążka, który ponownie łączy popowe melodie z punkową gitarą i perkusją. Przyznam szczerze, że najbardziej jednak przypadł mi do gustu utwór „So Long„, który najbardziej mi przypomina Wavves z okresu wydania płyty „V„. Jest tutaj mocny refren, który z miejsca działa i klimat typowego Wavves, który zawsze działa o tej porze roku.

Należy jednak zwrócić uwagę, że „Spun” to generalnie bardzo bezpieczny materiał. Założenie było proste, nagrywamy letni garażowy rock. Wystarczy wsłuchać się w takie utwory jak „Busy Sleeping” czy nawet otwierający całość „Spun” by o tym się przekonać. Co prawda, Williams śpiewa, że lato się kończy i robi się chłodniej… jednak dźwięki sugerują zupełnie coś innego. Z całą pewnością nie jest to nawet zbliżenie się do poziomu „King of the Beach” czy też „Afraid of Heights„. Nie jest to także próba znalezienia czegoś nowego jak w przypadku „Hideaway„. To album na zasadzie fanserwisu, który z całą pewnością zadowoli oddanych fanów grupy, jednak na pewno nie przyciągnie im nowych. Bo z całą moją miłością dla bandu z San Diego, to trzeba przyznać, że nie jest to płyta roku, ani nawet poziom na TOP100. Od premiery słuchałem tego krążka namiętnie i idealnie pasował do otaczającej aury. Gdy wróciłem do niego po paru dniach z powrotem, nie znalazłem niczego więcej jak przyjemnego, letniego grania. No, ale nie oczekiwałem niczego więcej. Tęskniłem po prostu za starym, dobrym Wavves i to otrzymałem, dlatego też jestem zadowolony ze świadomością, że chłopaki nie podbili rynku muzycznego tą płytą.
Czy warto sięgnąć po „Spun„? Oczywiście tak, nawet jak nie jesteście takimi psychofanami jak ja to znajdziecie tutaj sporo przyjemności. Zwłaszcza, że jest lato i jest to idealny podkład do samochodowej wyprawy czy nawet imprezowego grilla. Poza tym każda nowa płyta, to także okazja do trasy koncertowej. Niestety Wavves ponownie omija nasz kraj, a w zasadzie cała ich europejska trasa nie jest jakoś zbytnio rozbudowana… Jednak postanowiłem wziąć sprawy we własne ręce. I jeżeli góra nie przyszła do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry. Nie oznacza to, że jadę do San Diego w stanie Kalifornia, ale kupiłem już bilety na ich przyszłoroczny koncert w Berlinie. Także jak to powiedział pewien polityk: „für Deutschland” i widzimy się 24 lutego w Rajchu. A „Spun” trochę z sympatii naciągam ocenę do siódemki.



