Dobre i złe strony bycia kolejnym Ostrym – recenzja „Tango”

Pozwoliłem sobie przejrzeć recenzję najnowszego, bo szóstego krążka grupy Rasmentalism – „Tango„. Przede wszystkim w większości tytuł wpisu nawiązywał do dawnego przeboju Budki Suflera, co sprawiało, że czułem się jakbym czytał rozprawkę gimnazjalisty. Druga kwestia to wysokie oceny. Jak dla mnie zbyt wysokie i dziwi mnie ten nie poprawny optymizm przy ocenianiu tej płyty. Sprawdźmy jak to naprawdę jest z tym albumem.

Fakt, jest to dość dobra i solidna płyta. Ras ponownie wypluwa z siebie wyśmienite zwrotki a Ment tym razem poszedł w bardziej przystępne podkłady nawiązując do muzyki pop i r’n’b. I jest to jak najbardziej OK. Z tym, że po takich krążkach jak „Za Młodzi na Heroda” czy też „1985” można by spodziewać się czegoś więcej. To trochę jak z płytami Ostrego. Przyzwyczaił nas do swojego wysokiego poziomu i pewnego standardu, jednak momentami brakowało na jego nowych płytach tego „czegoś”. Słuchamy i mówimy sobie „OK”, ale wciąż nie ma tego „WOW”.

„Tango” to przyjemny w odbiorze longplay, który przede wszystkim cieszy ucho zgrabnie dobranymi podkładami. Jest ciepło, prawie wakacyjnie i melodyjnie. To duża zmiana w porównaniu do zimnego i chłodnego „1985”. To wciąż hip-hop, ale sporo tu śpiewania i melodyjności. Rosalie oraz Vito z Bitaminy dbają o to by refreny na płycie wpadały w ucho. Jeżeli chodzi o kwestie liryczne to Ras rzuca dość ciekawe i trafne spostrzeżenia. Z przyjemnością wyłapuje się różne porównania jak chociażby: „wzrok ci uciekał jak Theon Greyjoy , „Odpalaj „Narcos”, takie chwile są tratwą” czy też „Będę czwartym paskiem w Twoim Adidasie Originalsie”. Natomiast ta linijka „Miałem jeść to z kumplami do rana, ale z żonami przyszli” niech będzie symbolem miejsca w którym obecnie znajduje się duet. Jednak jak się zagłębimy w teksty to brakuje tutaj przekazu, a więcej modnych i wielkomiejskich słówek. Wyjątkiem jest „Duch„, gdzie Sokół i Oskar z PRO8L3MU nie stanowią wyłącznie ozdobnika do tracklisty.

Może nie jest to księga współczesnej życiowej filozofii, ani poradnik jak żyć w czasach komunikacji hasztagami i zabijania czasu na fejsie i instagramie. No, ale jak to kiedyś wspomniałem w pewnej recenzji – nie zapominajmy o walorach rozrywkowych, te z pewnością tu znajdziemy. Spędzajcie miło czas przy „Tango„, ale nie spodziewajcie się, że zapadnie wam w pamięć na stałe bądź odmieni czyjeś życie. W moim przypadku tak nie było. Ocena: 6/10.

Tyler, kreator i łąka pełna kwiatków

Pan Tyler Gregory Okonma nie zwalnia tempa. Po całkiem obiecującym i mrocznym zarazem debiucie „Goblin„, reper wydał interesujące „Wolf” i genialne w mojej ocenie „Cherry Bomb„. I to wszystko na przestrzeni czterech lat! Minęły dokładnie dwa lata od jego ostatniego longplaya i czuć, że gość wciąż jest w grze. Ba, można powiedzieć, że zabawa w muzykę wychodzi mu coraz lepiej!

A to wszystko za sprawą „Flower Boy„, które ukazało się 21 lipca. Album z miejsca zebrał dobre recenzje. I to całkowicie zasłużenie. Tyler już od jakiegoś czasu stawia na bardziej rozbudowane i melodyjne beaty. W końcu to nie jest jakaś pieprzona ubojnia by rapować do wiercenia wiertarki. Cieszy mnie fakt, że Tyler obrał taką a nie inną drogę. Oczywiście nie odstawił całkowicie na bok swoich mrocznych zapędów, na najnowszym krążku usłyszymy je chociażby w „Who Dat Boy„. Jednak zdecydowanie więcej tu melodyjnego r’n’b niż psychodelicznych odlotów Tylera z czasów „Goblina„.

Czuć na tym krążku wyraźne inspiracje Frankiem Oceanem, zwłaszcza jego pomarańczową stroną z „channel ORANGE„. Okonma nie mógł wybrać lepiej. Rapowanie do elektronicznych melodii w „Garden Shed” czy też poruszanie się w bardziej popowych klimatach jak w „See You Again” to jest to co mi się podoba. Natomiast „Where This Flower Blooms” brzmi jak zaginione nagranie z wcześniej wspomnianego „channel ORANGE„. Zresztą już opener płyty „Foreword” zapowiada, że będzie dobrze. Na „Flower Boy” raperowi udała się nie lada sztuka. Mianowicie sprawił, że każdy utwór na płycie jest inny i wyróżniający się. I ja to szanuję.

Nie zagłębiam się w teksty Tylera, które są delikatnie mówić oryginalne. Jednak na sam koniec tych rozważań wspomnę, że bogata lista występów gościnnych nie zawiodła. I to też plus. Wiele by można płyt wymieniać, gdzie nazwiska na papierze na boisku pokazały tylko piach. Prym oczywiście wiedzie Frank Ocean – mentor młodego autora „Flower Boy„. Jednak należy wyróżnić takżę Estelle, Lil Wayne’a czy też Kali Uchis.

Podsumowując, „Flower Boy” to prawdopodobnie najlepsza płyta w dorobku Tylera. Bogate brzmienie, różnorodność, świeżość i kreatywna głowa rapera, to najważniejsze atuty tego longplaya. Jedna z lepszych rap rzeczy tego typu w tym roku. Mocno polecam i zachęcam do przesłuchania najnowszej płyty Okonmy. Ocena: 9/10.

Pijany Thundercat, wciąż smutny Drake

Dziś dwie pieczenie na jednym ogniu. Zajrzymy co słychać u wiecznie smutnego Drake’a i dowiemy się co po pijaku robi nijaki Thundercat. Zaczniemy od tego drugiego zgrywusa. Miłej lektury! No i czekam na Wasze komentarze co sądzicie na temat albumów „Drunk” i „More Life„.

Stephen Bruner, znany szerzej jako Thundercat wyłania się powoli z wody i zerka na nas! Zerka oczami maniaka i wariata. Na szczęście muzycznego wariata. Co tu się odsmerfowało na tym albumie? Thundercat zdaje się grać przez cały czas jedną piosenkę. Każdy utwór na albumie to coś około dwóch minut rozpoczętego motywu, który nagle się urywa. Aż się prosi o rozwinięcie, lecz nie te numery z Thundercatem. Dostajemy tylko namiastkę jego pomysłu. Z jednej strony to dobrze, bo płyta intryguje i zmusza do myślenia. Jednak pozostaje pytanie, czy to nie było, tak, że artyście zabrakło pomysłu na dalszą część?

Gdy słucham „Drunk” to pierwsze co mi przychodzi na myśl to twórczość Maxa Tundry. Sporo tu dziwacznych brzmień, które za pierwszym razem mogą odrzucać. Jednak, gdy się wsłuchamy to odkryjemy w tym coś więcej niż szalone odjazdy. W moim przypadku, ten krążek zyskiwał za każdym kolejnym odsłuchaniem. Słucha się go przyjemnie, szybko i pozostawia po sobie to „coś”. A dokładnie myśl: „Kurde, ale to dobre”. Panie Stephanie, udało Ci się! Ocena: 8/10.

Drake nie zwalnia tempa. „More life” to kolejny krążek w kolekcji rapera. Niby wszystko brzmi po staremu, ale jest w tym coś po prostu lepszego. W sumie nic dziwnego, gdyż ostatni longplay Kanadyjczyka pozostawił po sobie wielki niedosyt. „Views” było cholernie nudne, a tu, gdy się wsłuchamy to dzieje się bardzo wiele. Podkłady stoją na dobrym, wysokim poziomie. Mamy tutaj chwytliwe melodie z „Passionfruit” czy też „Madiba Riddim„, które mieszają się z melancholijnymi nutami w „4422” czy też „Nothing Into Somethings„. W „Teenage Fever” Drake pokazał, że z mainstremowego mega hitu Jennifer Lopez „If You Had My Love„, można wykrzesać coś kapitalnego. No i nie zapominajmy o bangerach w postaci „Gyalchester”. Generalnie podobają mi się tutaj zgromadzone beaty, gdyż każdy wnosi coś od siebie istotnego i co najważniejsze innego. Ta różnorodność podoba mi się, Drake skorzystał ze swoich doświadczeń i przedstawił całkiem ciekawą mieszankę.

A lirycznie? No cóż, Aubrey wciąż jest smutny. Smutek, mocno bije z tej płyty. Co prawda, raper rzuca zuchwale „more life, more everything”, ale ja chyba mu nie wierzę. W sumie to dobrze, bo nic tak dobrze nie wpływa na wartość muzyki jak pęknięte serce. Drejku, bądź smutny jak najdłużej. Wychodzi Ci to na dobre, serio. Poza tym trzeba dodać, że „More Life” zostało wypuszczone w świat jako playlista. Długa playlista. I trzeba przyznać, że ta mnie oficjalna forma wydawania wychodzi raperowi lepiej od rozdmuchanych albumów długogrających. Ostatni taki twór „If You’re Reading This, It’s Too Late” zebrał dobre oceny. „More Life” na razie też zalicza same pochwały. Nie inaczej będzie u mnie. Aubrey, dobra robota! Ocena: 8/10.