Raekwon – Only Built 4 Cuban Linx PT II

Yo, Yo, Yo. Każdy aspirant na ziomala i każdy prawdziwy white nigga powinien znać Wu Tang Clan. Klasyka hip-hopu, lata 90, esencja, gangsta shit i te sprawy. Wspominam o tym bo członek tej rapowej grupy Raekwon będzie miał swoje 5 minut podczas OFF Festivalu.

Przyznam, że lata 90 w hip-hopie są słabo zbadanym przeze mnie obszarem. Najważniejsze nazwiska i nazwy oczywiście mi są znane, ale Wu Tang Clan zainteresowałem się właściwie z powodu samego Raekwona. Protect Ya Neck czy też The Gravel Pit to klasyki czarnej muzy a co proponuje nam solowo członek tej paki?

Przesłuchałem najnowszą płytę z 2009 roku, która przynajmniej z nazwy jest kontynuacją debiutanckiej płyty z 1995 roku. Na Olnly Built 4 Cuban Linx PT II mamy 14 kawałków, które stylistycznie komponują się z twórczością Wu Tang Clan. Na featuringach pojawiają się przecież członkowie ekipy z Staten Island. Mamy Method Mana czy też Ghostface’a. Poza tym w między tracki wrzucone są różne urywki z filmów, najczęściej odgłosy walki. Produkcja stoi na dobrym poziomie, bity idealnie się komponują w nawijkę samego Raekwona i reszty kumpli z podwórka. Najbardziej charakterystyczny chyba jest Black Mozart, który stanowi przeróbkę motywu z Ojca Chrzestnego. I Raekwon rzucający hasła „gangsta shit” oraz ostrzegający braci „Be careful, niggas”. Pojawiają się też powroty do lat 90 „Since rap got locked right before we visit the 90’s” poza tym dużo opowieści z zycia czarnucha w wielkim mieście, które nie są naszymi klimatami ani klimatami naszych rapujących braci: „They was the ferla joints, 18 karats, bought ’em right in Brazil”.

Generalnie płyta jest bardzo dobra. Raekwon z resztą chłopaków jest prawdziwy, nie czuć w tym starego kapcia a wciąż białego adidasa o rozmiarze 50. Dużo motywów grupowych typu My Niggas, Your Niggas itd. Jednak nie jest to ten chamski rap typu przechwalanki gdzie to się nie bawiłem i czego to nie zaliczyłem. Chłopaki są bossami w swoim fachu i mimo, że płyta podpisana tylko jednym nazwiskiem to nie zależy zapominać o wkładzie reszty.

Jeżeli lubicie pokiwać głową w rytm hh i posłuchać świetnych podkładów do prawdziwej nawijki to sprawdźcie ten album. Ocena:8/10.

Posłuchajcie House Of Flying Daggers

Run-D.M.C. – Raising Hell

Jak to powiedział Chris z pewnego serialu „Najlepszym zespołem świata w latach 80 był Run-D.M.C.”. teza dość śmiała, ale mająca coś na rzeczy. Ci  kolesie w latach kiedy to na salony wchodziła elektronika, David Bowie zagubił się a w kinach rządzili Pogromcy Duchów mocno dawali radę. Muzyka Rapowana stawała się powszechna, nie tylko w dzielnicach pełnych czarnuchów.

Nie będę wnikał czy zainspirował ich Grand MasterFlash czy grupy rockowe lat 70, kiedy to rządziły i dzieliły. Trójka nowojorskich murzynów zrobiła coś czego nikt wcześniej nie zrobił i nie wypromował na taką skalę. Pierwsze trzy płyty: Run-D.M.C., King of Rock oraz Raising Hell powstające rok po roku były kamieniem milowym w muzyce ulicy. Joseph „Run” Simmons oraz Daryll „DMC” McDanniels rapowali innowacyjnie. Nie dzielili się na poszczególnymi zwrotkami jak było wcześniej tylko na przemian rzucali to słówkami, zdaniami, rymowankami. I był to strzał w dziesiątkę. Wraz z dejotem Jasonem „Jam Master Jay” Mizellem tworzyli nową szkołę hip-hopu z której czerpali między innymi Beastie Boys, którzy wprowadzili ją w dalszy, lepszy, globalny etap.

Co jeszcze przysporzyło się do sukcesu grupy Run-D.M.C.? Bity, podkłady oczywiście. Całkowicie czerpali z muzyki rockowej. Już sama nazwa drugiego albumu King of Rock sugerowała, że nie będą to plastikowe, elektryczne podkłady, pełne basu. Mamy tu ostre gitary, walący werbel. Jest rockowo. Na Raising Hell pojawia się przecież najbardziej znany kawałek „Walk This Way”, który został nagrany wraz z pomocą muzyków grupy rockowej Aerosmith. Jednak to nie tylko rockowe bity, śp Jam Master Jay był świetnym mikserem. Koleś robił bity idealnie komponujące się do nawijki Simmonsa (Który obecnie robi Karierę w MTV pisząc pamiętnik w wannie pełnej piany i świec dookoła) oraz McDanniels. Zginął on jak na hiphopowca przystało poprzez postrzelenie w studiu nagraniowe w 2002 roku.

Błędem byłoby nie wspomnienie o tym jak Ci kolesie się prezentowali. Ciemne stroje, skóry, kapelusze, złote łańcuchy i oczywiście białe adidasy, o których nawet rapują w My Adidas. Trzeba przyznać, że Ci kolesie mieli stajla. Sprawy wizerunku są istotne również a z perspektywy czasu ich design nie jest obciachowy a wręcz oldschoolowy. Dlatego też przetrwają w ludzkiej świadomości jako Ci legendarni.

Chodź działalność zawiesili w 2002 roku to najlepiej ich pamiętać głównie z lat 80. Trzy pierwsze płyty warto przesłuchać. Dobrze by było poznać jak to się wszystko zaczęło zanim posłucha się kawałków typu „Nasze bloki są zajebiste”. Raising Hell wydaje się najbardziej hiciarską płytą, która powinna przypaść do gustu każdemu sympatykowi czarnych rytmów jak i sympatyka gitar. To też było plusem grupy z Queens. Ich słuchali nie tylko czarnoskórzy, biedni i łamiący prawo obywatele Stanów Zjednoczonych. Pewna anegdota na ich temat głosi, że kręcąc teledysk do Walk This Way potrzebowali różnorodnej publiki. Jednak pod studiem jak się okazało stali samo czarnoskórzy, groźnie wyglądający fani. Okazało się, że biali, którzy też chcieli wziąć udział w kręceniu klipu bali się wyjść z samochodów. Zostali oni jednak wprowadzeni tylnym wejściem i zajęli w ten sposób najlepsze miejscówki na przodzie. Efekt można sprawdzić tutaj.

Na koniec zacytuję znowu Chrisa” rok 1986 był bardzo dobrym rokiem” – zgadzam się zdecydowanie. Ocena: 10/10. Posłuchajcie It’s Tricky

Jamie T – Kings & Queens

jamietDużo ostatnimi czasy się dyskutuje na temat wydawnictw muzycznych. Zwłaszcza o formie w jakiej mają być dostępne. O ile jestem przeciwnikiem sprzedawania wyłącznie bezpłciowych mp3 zamiast płyt cd. Wiadomo półka z płytami lepiej wygląda niż dysk z milionem gigabajtów mp3. Jednak już nagrywanie wyłącznie singli zamiast całych albumów powinno niektórym wykonawcom wyjść na dobre.

Taki Jamie T to tylko kropla w morzu  na brytyjskim (i nie tylko) rynku muzycznym pełnym bezwartościowego grania. Skuszony dwoma singlami postanowiłem sprawdzić całą płytę. Nuuuuudyyyy. Ta płyta Kings & Queens to tylko dwie w miarę fajne piosenki: Sticks ‚N’ Stones oraz Chaka Demus. Oba single. Reszta to totalne zapchaj dziury tylko po to by nagrać cały album. Single jak wiadomo są przebojowe. Jamie T łączy hip-hop z indie rockiem. Chórki dodają do tego popowości. Mamy hity. Całościowo jednak wygląda to dość mizernie. Piosenki są płytki, nijakie, nudne, ciągnące się w nieskończoność. Po przesłuchaniu płyty dochodzi do nas: „Jej co ja w zasadzie słuchałem?”.

Wolę młodego angola jako żywo rapującego kolesia do fajnych melodii o brytyjskim społeczeństwie itd. Na płycie to różnie wygląda. Emily’s Heart to typowy gitarowy wzruszacz. Nie przekonywuje mnie tutaj Jamie. Już taki Castro Dies lepiej brzmi. Słychać inspiracje amerykańskim wpływem. RUN/DMC zapewne jest znany młodej gwieździe MTV2. To taki w zasadzie jaśniejszy punkt tej płyty poza wspomniani dwoma singlami. Earth, Wind & Fire generalnie ma dobre momenty to i by uszło. British Intelligence ma natomiast nawet fajną gitarkę w tle. Jednak to za mało na dobrą ocenę. Za mało. Lubię The Streets bo wiem, że Mike Skinner na pewno miał ogromny wpływ na to co teraz robi Jamie T. Jednak Kings & Queens to słaba płyta. Nie ma co przeciągać tą i tak już naciągniętą recenzje. Ocena: 3/10

Posłuchajcie Chaka Demus.