PRO8L3M przywalił mi w ryja – recenzja albumu „Fight Club”

To, że jestem wielkim fanem duetu Oskara i Steeza wiecie od 2014 roku, kiedy zachwycałem się ich fantastycznym mixtape’em Art Brut. Do każdej ich kolejnej płyty podchodziłem z tymi samymi, wielkimi oczekiwaniami. Co prawda były one raz bardziej, a raz mniej spełniane. Jednak zawsze spełniane, co sprawiało, że zawsze wracałem do ich nowych produkcji. I tak trwała ta historia, do momentu aż pojawił się „Fight Club„…

Po raz pierwszy odsłuch płyty PRO8L3MU nie dostarczył mi żadnych emocji. Co więcej to pierwsza ich płyta, której nie chciało mi się słuchać. Kilka szybkich odsłuchów na youtubie i tyle. Nie wałkowałem tego krążka. Do momentu w którym stwierdziłem, że należy coś o nim napisać. Tylko co? Nie za wiele przychodzi mi do głowy. Generalnie na papierze wszystko wygląda dobrze. Tytuł „Fight Club” sugeruje, że będą nawiązania do zajebistego filmu Davida Finchera, a jeszcze bardziej zajebistej książki Chucka Palahniuka. Gdy przejrzymy tracklistę to dostrzeżemy sztost listę featuringów, gdzie sama śmietanka polskiej sceny muzycznej. Rapująca Broda, Podsiadło, Wilku, Sokół, Paluch, Kaz Bałagane, Kukon, Pezet itd. Tylko brakuje Karwczyka i Popka…

Być może wypaliła się już pewna formuła. „Art Brut 2” było już nieco odgrzewanym kotletem, który jednak każdemu smakował tak jak pomidorówka z niedzielnego rosołu. Styl Oskara jest zbyt przewidywalny, a produkcje Steeza nie działają na tym samym poziomie. Płyta generalnie jest OK, ale ciężko do niej wracać. Problem robi także wybranie wyróżniających się utworów. Niby „Freon” brzmi jak ich typowy hit, jednak gdy posłuchamy starszych tracków to dostrzegamy, że to jednak nie ta sama liga. Chłopaki przedobrzyli z listą gości, gdyż dostajemy zbyt duży misz-masz. I chyba jest to w zasadzie pierwsza ich płyta o niczym, a lubiłem ich koncept albumy, które o czymś opowiadały.

Nie chcę pastwić się nad chłopakami, bo nie spierdolili sprawy. Po prostu nastąpił nieunikniony moment przesytu i wyczerpania się pewnej formuły. Spytacie co robić? Może mała przerwa by pomogła by poczuć głód ich muzyki? Bo póki co mamy 2021 a ja czuje się jakby 2018 się nie skończył… Ocena: 5/10.

Wybudzenie z zimowego snu – przegląd muzyczny z pierwszego kwartału roku

Co tu dużo gadać, nie rozpieszczałem was w ostatnim czasie zbyt dużą ilości publikacji. Jednakże skoro mamy coraz więcej słońca a pogoda staje się coraz to cieplejsza to pora wybudzić się z zimowego snu. Na pierwszy rzut przegląd płyt, które słuchałem minionej zimy.

Slowthai – TYRON. Zdecydowanie najlepsza pozycja jaką słuchałem w minionym kwartale. To wspaniale słyszeć jak Brytyjski raper się rozwija. Co prawda już wcześniejsze „Nothing Great About Britain” było pozycją nietuzinkową, jednak „TYRON” w moim odczuciu jest płytą znacznie lepszą. Nowocześniejsze brzmienie, świetna produkcja, udane występy gościnne (Skepta, James Blake, A$AP Rock) oraz sam Slowthai, który wydaje się dojrzalszy i odważniej depczący po rynku muzycznym. Wystarczy się wsłuchać w genialne „feel away”, by doświadczyć, że obcujemy z rzeczą wielką. „MAZZA„, „terms” czy też „DEAD” udowadniają, że Brytyjczyk idealnie wpisuje się w współczesne rapowe trendy. Co więcej muzyk potrafi też w teledyski. Zobaczcie tylko creepy klip do „feel away” czy też wspaniałe nawiązania do kinomatografii w „CANCELLED„. Sam raper podzielił płytę na dwie części. Pierwsza, pisana dużą czcionką jest bardziej rapowa. Druga, pisana małą czcionką to więcej eksperymentów z innymi gatunkami i znacznie lżejsze brzmienie. Całość jednak daje wspaniały efekt. Widzimy się wysoko w podsumowaniu rocznym. Ocena: 9/10.

Ocena: 4.5 na 5.

Wild Pink – A Billion Little Lights. Wild Pink to zespół, których powstał w 2015 roku w dzielnicach Brooklyna i Queens Nowego Jorku. I to jest już zadziwiające, gdyż po pierwszych odsłuchach „A Billion Little Lights” myślałem, że to zespół z jakiejś małej mieściny z centrum kraju, ewentualni Kanady. Dream popowe brzmienie zahaczające o folk zmyliło mnie, gdyż Nowy Jork zawsze bardziej kojarzył mi się z surowym i takim czarno-białym podejściem do muzyki. Jak widać i w tym mieście potrafią bujać w obłokach, bo ta płyta jest jak bujanie w obłokach. Słuchając „A Billion Little Lights” czujemy się jak na wakacjach na wsi. Jest ciepło, leniwie, blisko natury, spokojne i trochę nudno, ale to akurat dobrze. Czasami dobrze jest wyłączyć się na wydarzenia ze świata i odpalić sobie taką płytę. Dobry restart dla umysłu. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cassandra Jenkins – An Overview on Phenomenal Nature. Kolejna pozycja z nowojorskiego Brooklynu i kolejna poruszająca brzmieniem piękno świata. Już tytuł tej płyty mówi wprost o czym ta płyta jest. Niestety nie przemówiła ona tak mocno do mnie jak do redakcji Pitchforka. Mimo, że Pani Jenkins prowadzi świetne monologi i bardzo ładnie łączy elementy jazzu z indie-popem to dla mnie zbyt często jest przekraczana pewna granica, która odróżnia muzykę ambitną od tej, która tylko chce być ambitna. Generalnie nie jest źle, ale nie jest to typ muzyki, której chce teraz słuchać. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Lana Del Rey – Chemtrails Over The Country Club. Przyznam, że po pierwszym odsłuchu tej płyty byłem rozczarowany. W sumie to nic dziwnego, bo czego się spodziewać po takim albumie jakim był fenomenalny „Norman Fucking Rockwell!”? To w końcu najlepsza płyta artystki i mój absolutny numer jeden roku 2019. Ta całkowicie normalna i naturalna reakcja zmieniła się po kolejnych odsłuchach. Tej płycie trzeba dać czas zrozumieć, że mamy rok 2021 a nie 2019 by spojrzeć na nią z innej strony. Lana Del Rey to wciąż cudowna wokalistka, która cieszy moje uszy i duszę. Być może najnowsza płyta nie powtarza sukcesu poprzedniczki, ale to świetny zestaw piosenek, który pozostanie ze mną na długo. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Playboi Carti – Whole Lotta Red. W muzycznym podsumowaniu za rok 2017 otrzymał ode mnie naklejkę z napisem „nadzieja amerykańskiego rapu”. Minęły trzy lata a raper z Atlanty udowadnia, że wciąż ma ogromny potencjał. Trochę szkoda, że nie przerodziło się w coś więcej. Nie mniej Tylerowi też zajęło trochę czasu by stać się rapowym wyjadaczem. Póki co na „Whole Lotta Red” słyszymy wszelkie zasady jakimi powinien sie kierować każdy sequel, czyli – „WSZYSTKIEGO WIĘCEJ”. Czy to dobrze? Nie wiem, może i tak bo ludzie wciąż chcą słuchać takiego rapu. W moim przypadku tego typu plastikowe beaty i wszędobylski auto-tune stają się coraz bardziej irytujące. Nie zrozumcie mnie źle, bo słuchanie tej płyty przynosiło mi wiele frajdy. Jednak czuje już w kościach, że kolejny tego typu krążek nie spotka się z moją akrobatą. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

Cloud Nothings – The Shadow I Remember. Chyba nie myśleliście, że nie sprawdzę najnowszej płyty chłopaków z Cleveland będąc ogromnym fanem ich wcześniejszej twórczości? Takie krążki jak „Attack On Memory„, „Here And Nowhere Else” czy też nagrane na spółkę z Wavves „No Life For Me” na stałe wpisały się do mojego osobistego panteonu „CZADERSKIEJ MUZYKI” (określenie to kolejny oryginalny pomysł mojej żony). Niestety nie mogę tego powiedzieć o najnowszej propozycji Dylana Baldiego i ekpiy. Co prawda „The Shadow I Remember” to przyzwoity krążek, który pokazuje, że Cloud Nothings wciąż potrafią doskonale w Lo-Fi. Jednak dla mnie jest on zbytnio przewidywalny, wtórny, trochę za grzeczny by nie mówić nudny. Przesłuchałem kilka razy, jest OK, jednak nie na tyle by wracać do niego po latach. Jednak by nie zniechęcać powiem na koniec, że to wciąż dobra muzyka. Po prostu jako ich ogromny fan, wymagam od nich nieco więcej. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Na ostatniej prostej – przegląd płyt z listopada

Słabo ten rok się kończy pod względem muzycznym. Pod filmowym z resztą też, wychodzą na wierzch pandemiczne efekty. Niemniej zdołałem przesłuchać parę płyt w ostatnim czasie, o to moje spostrzeżenia:

Action Bronson – Only for Dolphins. Raper z Queens w przyszłym roku będzie obchodził dziesięciolecie swojej rapowego debiutu na rynku wydawniczym. To ciekawe jak potoczyła się jego droga, od ciekawostki w hip-hopie to pełnowymiarowego fundamentu tego gatunku. Co prawda z Panem Bronsonem jestem na Ty dopiero od 2015 roku, kiedy to zachwycił za sprawą kapitalnego „Mr. Wonderful„. Jednak mogę śmiało powiedzieć, że koleś znalazł dla siebie miejsce gdzieś pomiędzy funkiem a rapem. Jego najnowszy album ponownie potwierdza tą tezę. Zabawa z gatunkami muzycznymi w podkładach to znak rozpoznawczy Bronsona. Dostajemy m.in. muzykę orientalną w „Mongolii„, jazz w „Vega” czy też discowo-funkowy „Splash„, a to tylko zalążek bo jest tego więcej. Do tego dochodzi oryginalny, uliczny flow rudobrodego grubaska. Mi to ponownie się podoba. Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.

Kylie Minouge – DISCO. Przyznaję, że ostatnią dekadę w wykonaniu Kylie przespałem. Ostatnia jej płyta, którą słuchałem to „Aphrodite” z 2010 roku… A przecież jako wielki fan Australijki swego czasu zrobiłem przegląd jej twórczości na blogu. Nie mam zatem porównania jak się ma jej najnowszy album do tych wydanych w ostatnim czasie. To jednak nie szkodzi w ocenie, która jest pozytywna. Kylie Minouge to zawsze gwarancja jakości. Tym razem artystka uderza w modne w ostatnim czasie disco. Po wcześniejszych płytach Jessie Ware czy chociażby Arcade Fire można było się spodziewać, że ów trend obierze szerszy zasięg. Płyta słucha się przyjemnie, jest tanecznie, melodyjnie i … troszkę na jedno kopyto. Większość kompozycji brzmi podobnie, co jest dość istotnym mankamentem. Nie mniej na imprezę sylwestrową się nada, a w 2021 na pewno będzie dużo lepszych płyt do słuchania. Ocena: 5/10.

Ocena: 2.5 na 5.

Nothing – The Great Dismal. Dobrze słyszeć, że w 2020 shoegaze wciąż ma się dobrze. Czwarta w kolekcji płyta Nothing to mocna pozycja w kategorii alternatywne gitarowe granie. Lider grupy Domenic Palermo ponownie stawia na ciężki klimat i jeszcze cięższe gitarowe przestery. Swoją drogą ta mieszanka dream-popu, shoegaze i post-punku wyjątkowo dobrze brzmi. Już od pierwszych sekund „A Fabricated Life” wiemy, że będziemy mieli do czynienia z czymś klaustrofobicznym, mrocznym i klimatycznym! Być może Nothing nie wymyślają tutaj prochu, ale w ładny sposób układają te klocki. Małe tego typu płyt słuchałem w tym roku, ale jeszcze mnie płyt na tak wysokim, dobrym poziome. A to się ceni. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

TV Freaks – People. Na swoim czwartym już w kolekcji albumie grupa z Hamilton w prowincji Ontario wciąż brzmi jak typowy garażowy punkowy band. W sumie płyta została nagrana w domowych warunkach jednego z członków zespołu, i to w jeden weekend. Można powiedzieć, że Kanadyjczycy nie przerwanie od momentu debiutu w 2011 roku nie spuszczają z siebie part. Jest mocno, energicznie, agresywnie i DOBRZE. Grupa postanowiła zadedykować album zamkniętemu nie dawno klubowi muzycznemu This Ain’t Hollywood znajdującemu się w ich mieście. Ów miejsce było nieformalnym domem zespołu oraz sceną dla lokalnych legend gatunku. Co prawda czasy się zmieniają, miejsca przemijają, bandy się rozpadają, ale siła w punku wciąż brzmi ogromna. Ocena: 7/10.

Ocena: 3.5 na 5.

$NOT – Beautiful Havoc. Edy Edouard nie zwalnia tempa. Nie dawno ( 6 marzec 2020) wydał debiutancki krążek „TRAGEDY +„, (którego nazwa brzmi jak jeden z programów socjalnych od partii rządzącej), by pół roku później wypuścić kolejny materiał. To niezwykłe jak przez te sześć miesięcy udało się młodemu raperowi przygotować jeszcze lepszy, dojrzalszy longplay. Urodzony w Nowym Jorku, a obecnie urzędujący w West Palm Beach na Florydzie całkiem nieźle sobie radzi na hip-hopowym rynku. Nie jest to być może odkrycie na miarę Migos czy też Earla Sweatshirta, ale czuć potencjał. Bardzo dobrze chłopakowi zrobił wyjazd na południe, gdyż czuć w jego muzie ten ciepły chillout. Szóstka na zachętę.

Ocena: 3 na 5.

Taco Hemingway – Europa. Przyznam szczerze, że w ostatnim miałem problem z nowymi wydawnictwami Taco Hemingwaya. Trochę za dużo było naśladownictwa zachodnich, trapowych raperów. Nieznośna maniera opatrzona wąsem na tyle spodobała się szerokiej gawędzi, że moje odczucia do warszawiaka szły w zupełnie odwrotną stronę. Na szczęście na „Europie” raper zauważa, że nie jest Kanye Westem i że rap to powinno być coś więcej niż chwalenie się gadżetami i dupami. Nagrany w pandemicznych warunkach album stara się być koncept-albumem o współczesnych czasach z COVIDEM w tle. Wydany kilka dni wcześniej „Jarmark” jest w sumie podobnym stylu i tonie. Wspominam o tym krążku, gdyż „Europa” ukazała się niespełna tydzień po „Jarmarku„… Który z nich jest lepszy? Oceńcie sami. Osobiście rozpatruje obie płyty jako jedną składająca się z dwóch krążków… Ocena: 6/10.

Ocena: 3 na 5.