Sentymentalny powrót do dzieciństwa – recenzja „Art Brut 2” PRO8L3Mu

Trudno nie oceniać najnowszej płyty PRO8L3Mu w kontekście ich debiutu i opus magnum jednocześnie jakim było „Art Brut„. W końcu Oskar i Steez wypuszczają krążek o wiele mówiącej nazwie „Art Brut 2„, czyli mamy zapomnieć o ostatnich wydawnictwach jakimi było „Widmo” czy też „PRO8L3M„… Albowiem o to wychodzi sequel wydarzeń z debiutu. Dodatkowo smaczku dodaje sama okładka (Można pomyśleć, że będzie rozpierdol) i lista gości (Znowu będą stare hity wykorzystane jako sample).

Jednak dość szybko okazuje się, że będzie to zupełnie inna płyta, mimo, że zarazem jest podobna do „Art Brut„. Zacznijmy od tego co łączy te dwa krążki? Na pewno nazwa i koncept. Ponownie usłyszmy przerobione stare przeboje z lat 70, 80 i 90. Na warsztat zostały wzięte m.in. „Domy z Betonu” Martyny Jakubowicz, „Hi-Fi” Wandy i Bandy czy też „Spisek Owadów” Majki Jeżowskiej. Steez kolejny raz udowadnia, że samplowanie starych utworów to jego działka, Oskar natomiast ponownie bawi się formą.

Jednak o ile na nieoficjalnym mixtape’ie jakim był „Art Brut” stare utwory ładnie wpasowały się w uliczne opowieści Oskara i ze sobą grały, to na najnowszym albumie bywa z tym różnie. Przede wszystkim same historie się zmieniły. Oskar postawił tym razem na wspominanie dzieciństwa i starych czasów. Czasami robi to sentymentalnie jak w „Domach z Betonu„, gdzie przedstawia wizję samotności dziecka po stracie matki a czasami bardziej na luzie jak w „Przeboju nocy„, gdzie pojawiają się wspominki z giełdy samochodowej i pracy w dziupli u wujka. W „Matchboxach” Oskar wraca do szkolnych lat wspominając: „U koleżki porno - film niemiecki / Przypomniałem se słonecznika pestki / A na drugie Prince Polo i Grześki / Jak jumałem jej orzeszki i żelki. W „Skrablach” raper idzie dalej i mówi o pierwszych miłościach:

Panna, w której się kochałem wtedy, nic nie wiedziała
Koleżanka, której powiedziałem, niestety jej powiedziała
Kolega mój bliski tego dnia złamał rękę, skurwysyn Marcinek
Bo parę lat później, gdy wyjechałem na ferie, odbił mi dziewczynę

Natomiast w „BMK” powraca do mniej pozytywnych wspomnień jakim było dilerstwo narkotykami:

Ojcu nie mówiłem a on też nie pytał
Pod zegarem tyrał, zegar wiecznie cykał
Mój brat w wojsku, czasem mi pomagał
Dzieliłem się z nim po prostu, jak pan Bóg przykazał

Poza tym PRO8L3M bardziej się tutaj skupia na celebrowaniu wspomnień i retrospekcji. „Art Brut 2” to park rozrywki dla osób, które chcą powspominać stare dzieje i często powtarzają: „KIEDYŚ TO BYŁO”. Częste odwołania do popkultury, codzienności lat 90 i lat szkolnych to zupełnie inna tematy jaka była poruszana na mixtape’ie z 2014 roku. Fragmenty filmowych dialogów, które dodawały klimatu zostały zamienione na archiwalne wypowiedzi i fragmenty wiadomości z przeszłości, co oczywiście także dodaje kolorytu całości, gdyż możemy pełniej poczuć tą minioną dekadę.

Trudno odmówić talentu tekściarskiego Oskarowi, jego umiejętności storytellingu wskoczyła na poziom wyżej. W „Domach z Betonu” jego opowieść jest ujmująca i przekonywująca, reszta wspomnień to świetna podróż w czasie dla osób urodzonych w latach 80. W końcu, kto nie żuł gumy Turbo, nie oglądał Tsubasy czy też nie miał wujka kombinatora? Ucho natomiast cieszą wykorzystane bardziej lub mniej znane stare polskie utwory, które dopracował Steez.

Art Brut 2” to dobra płyta, jednak nie osiągnęła poziomu pierwszej części. Trzeba jednak przyznać, że dorównanie  „Art Brutu” z 2014 roku jest nie do osiągnięcia. Mimo to, najnowsza produkcja PRO8L3Mu to pozycja obowiązkowa nie tylko dla fanów. To kawał dobrego rapu, który w ciekawy sposób opowiada o szarych, ale i jednocześnie kolorowych latach 90. Ocena: 7/10.

Kilka recenzji w kilku zdaniach – styczniowe premiery

Udało mi się przesłuchać paru nowości w tym miesiącu. Postanowiłem obrać formę krótszego opisywania płyt, a dłuższe tekst zostawić na poważne wydawnictwa i teksty specjalne. Efekt poniżej.

Eminem – Music To Be Mordered By. Slim Shady chyba już nie pasuje do obecnych czasów. Bardzo ciężko mi się słuchało jego najnowszych wypocin. Raper od jakiegoś czasu próbuje nawiązać do swoich najlepszych lat, z różnym skutkiem. O ile na „The Marshall Mathers LP 2” byłem w stanie znaleźć jakieś pozytywy to już „Revival” był nie do strawienia. Trzeba chyba zdać sobie sprawę, że lata 2000 nie wrócą. Najnowszy krążek to ograne do bólu schematy rapera, ponowna próba bycia najszybszym raperem i puszczanie oczka w stronę mainstreamu. Generalnie nie polecam. Ocena: 4/10.

Mura Masa – R.Y.C. Drugi długograj Alexandra Crossana to zupełna zmiana klimatu i pójście w spokojniejsze, bardziej melodyjne regiony muzyki. Znajdziemy tutaj sporo „futurystycznego elektro-popu oraz nostalgicznych gitarowych hymnów”. Muzyka bardziej do posłuchania, niż potańczenia. A ja chyba wolałbym jednak to drugie. Mimo to doceniam spróbowania czegoś innego. Ocena: 6/10.

Mac Miller – Circles. Wiedziałem, że powstanie pośmiertnego albumu Maca to tylko kwestia czasu. W końcu MJ i Elvis wydają do tej pory. Ten kto śledzi mojego bloga, to wie, że mam na ten temat dość ostrożne zdanie. Czy żyjący Mac wydałby taki album jakim jest „Circles„? Szczerze wątpię. Nie jestem pewien czy raper na tym etapie twórczości zacząłby śpiewać nostalgiczne pieśni. Nie mniej jako pośmiertny hołd dla twórczości Millera jest to całkiem spoko propozycja. Ocena: 6/10.

Wolf Parade – Thin Mind. Cieszyłem się z powrotu kanadyjskiej indie rockowej grupy w 2017 roku. W końcu lubię wracać do już prawie legendarnego „Apologies to the Queen Mary” z 2005 roku oraz wydanego trzy lata później i niedocenionego „At Mount Zoomer”. Jednak po przesłuchaniu najnowszej propozycji od Dana Boeckera i ekipy stwierdzam, że wilkowa parada prochu już nie wymyśli. Nie mniej fajnie, że jeszcze są. Mam sentyment do indie rockowych bandów z lat 2000. Ocena: 5/10.

of Montreal – UR FUN. Kevin Barnes w końcu dotarł do popu z lat 80. I o ile zawsze gdzieś tam eksperymentował z tego typu brzmieniami, to tym razem jest to bardziej oczywiste. Nie jest to płyta wielka, ale też nikt takiej nie oczekiwał. Grupa wciąż utrzymuje się w grze i regularnie wydaje przyzwoite albumy, które za każdym razem sprawdzam. Ocena: 5/10.

Nowe, chrześcijańskie oblicze Kanye Westa – recenzja „Jesus is King”

Zastanawiam się na ile nowe, chrześcijańskie oblicze Kanye Westa jest prawdziwe. Znając amerykańskiego rapera, możliwe, że wkrótce zmieni swoje podejście do tematu religijności o 180 stopni. Po chwaleniu Pana na swoim najnowszym krążku ściągnie maskę nowego proroka i krzyknie „ŻARTOWAŁEM FRAJERZY!”. Zaskoczyłoby Was to? Bo mnie nie. Być może się tak nie stanie, być może Kanye faktycznie jest szczery? Zwłaszcza, że pewne odniesienia do Boga, religijności i uderzanie w tony gospel pojawiały się na jego poprzednich płytach. Jednak nigdy nie były tak dosadne jak na „Jesus is King

O tym jak mocno ta muzyka oddziałuje na ludzi możemy się dowiedzieć chociażby z komentarzy na YouTube (Ostatnio moja ulubiona kopalnia wiedzy na temat wszystkiego jak i forma rozrywki). Parę przykładów poniżej uświadomi Wam, że nie blefuje.

I’m a 28 yo atheist.. This has me crying..
A może nie należy brać tego dosłownie i traktować Jezusa jako metaforę wiary, motywacji do zmiany na lepszego człowieka czy też po prostu lepszego życia ? Wiecie coś na miarę współczesnego coachingu życiowego mówiącego, że wszystko jest w zasięgu ręki – wystarczy chcieć i wierzyć. Jaka by nie była prawda na temat „Jesus is King„, jedno jest pewne – To najlepsza płyta Westa od czasów „My Beautiful Dark Twisted Fantasy„. Oburzą się pewnie fani i znawcy, ale tak „Life of Pablo” i „Yeezus” są dla mnie płytami gorszymi i zrobionymi na pół gwizdka. Dowód? Do „MBDTF” wracam od czasu, do czasu. Do tamtych płyt już nie. Oczywiście to były dobre płyty. Tak jak „Ye„, „Watch The Throne” czy też „Kids See Ghosts„. Jednak to album z 2010 był tym ostatnim udanym w pełni.
Ok, „Jesus is King” nie brakuje swoich mankamentów. To prawda, że płyta jest nierówna. Pierwsza część albumu jest wręcz rewelacyjna. Otrzymujemy popis chóru Sunday Service Choir w „Every Hour” jako otwarcie. Następnie pojawia się prawdopodobnie najlepszy na płycie „Selah„, gdzie gospel łączy się z mocnym rapem Westa. To najbardziej patetyczny i podniosły moment na płycie, aczkolwiek emocje będą nam towarzyszyć do końca „JiK„. Po „Selah” pojawia się kolejna perełka w postaci „Follow God„, które jest najbardziej hip-hopowym utworem na płycie i aż szkoda, że trwa tylko 1 minutę i 45 sekund. „Closed On Sunday” to kolejna dawka dobrych dźwięków i podniosłych odczuć. Druga część płyty jest nieznacznie gorsza, ale nie hejtowałbym jej, gdyż tam znajdziemy jeden z lepszych utworów na płycie „Use This Gospel„, gdzie swoją solówkę ma Kenny G. No i też w tej części płyty usłyszymy jeden z moich ulubionych tracków na LP – „God Is”. Ta nierówność płyty nie wygląda w sposób dobra – zła, tylko bardzo dobra – dobra.
Podsumowując Kanye West znowu namieszał. Pitchfork już w październiku zrobił swoje podsumowanie dekady. Jak zresztą duża część portali czy recenzentów. A tu pojawia się płyta, która powinna się tam znaleźć jak najbardziej. Poza tym spodziewaliście się czegoś takiego po Kanye? Jasne po nim można się spodziewać wszystkiego, ale i tak potrafi zaskoczyć. Ocena: 8/10