W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku – recenzja gry „Obcy: Izolacja”

W kosmosie nikt nie usłyszy Twojego krzyku, jednak te które będziesz z siebie wydawać podczas grania w „Obcy: Izolacja” usłyszy cała twoja ulica, zapewniam. Wydana w 2014 roku gra przez Segę to ostatnia pozycja, którą nadrabiałem z uniwersum Aliena. Jak dotąd nie recenzowałem w tym miejscu gier komputerowych, jednak ta pozycja jest na tyle dla mnie ważna, że musiałem poczynić debiut w tej materii.

Obcy: Izolacja” jest bezpośrednią kontynuacją filmu Ridleya Scotta „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo”. Akcja ma miejsce w 2137 roku, 15 lat po wydarzeniach z Nostromo. Główną bohaterką jest Amanda Ripley – córka Ellen Ripley, która wyrusza na stację kosmiczną Sewastopol w celu odnalezienia czarnej skrzynki Nostromo i odkrycia prawdy o zaginięciu matki. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że stacja jest opustoszała a nieliczni ocalali walczą nie tylko między sobą, ale także z androidami oraz tajemniczym, kosmicznym mordercą…

Na czym polega wyjątkowość „Alien: Isolation„? Przede wszystkim, że jako jedyna gra z uniwersum Obcego bazuje w głównej mierze na klimacie oraz świecie przedstawionym w filmie Ridleya Scotta. Wszystkie gry (a nie było tego mało) z obcym w głównej roli, takie jak cała seria „Alien vs Predator” czy też „Aliens: Colonial Marines” nawiązywały do sequelu Jamesa Cameroona „Obcy: Decydujące Starcie„. Rozgrywka polegająca na rozwalaniu hordy ksenomorfów została zredukowana do skradania się i rozwiązywania zagadek. Gra z 2014 roku to gatunkowo horror i głównym zamierzeniem jej jest straszenie. A to jej udaje się wyśmienicie. Zwłaszcza za sprawą muzyki oraz niesamowitego dźwięku. Swoje robi także kapitalna sceneria, która bezpośrednio nawiązuje do wyglądu wnętrza Nostromo. Długie wąskie korytarze, liczne schowki w ścianach, komputery, szyby wentylacyjne czy też rekwizyty sprawiają jakbyśmy faktycznie znajdowali się w środku filmu z 1979 roku.

Jadnak najwięcej strachu nagoni nam pojawiający się nieraz znikąd Obcy. Ripley, mimo tego, że posiada różnorakie skonstruowane przez siebie bomby hukowe, dymne, świetlne a także zestaw broni w postaci miotacza ognia, shotguna czy też rewolweru nie jest w stanie zabić stwora. Każde bliższe spotkanie z obcym kończy się naszą śmiercią i rozpoczęciem gry od zapisu. Wspomniane bronie w innych seriach gier o obcych spokojnie starczyłyby na stado ksenomorfów. Tutaj, co najwyżej przegonimy go na chwilę by móc dostać się do następnego pomieszczenia lub punktu zapisu. I to jest najpiękniejsze w tej grze, gdyż czujemy tę samą niemoc i strach co załoga Nostromo. Jedyną opcją jest unikanie kosmity poprzez chowanie się w zakamarkach, szafkach czy pod stołem (Co też nie daje 100 procentowej gwarancji, że nas nie znajdzie) lub odwracanie jego uwagi poprzez robienie hałasu. Obcy w tej grze nie porusza się także utartymi schematami, które można by zapamiętać i wykorzystać. Ba, można nawet powiedzieć, że to cwana bestia w grze. Uwierzcie, zginiecie z jego ręki (a raczej szponów czy też ogona) wiele razy!

Jednak nie tylko Obcy nam zagraża. Na Sewastopolu poruszają się także uzbrojone grupy ludzi oraz „zepsute” androidy, które przez pomoc rozumieją duszenie i rozwalanie czaszki. Wspomniane przeszkody można zlikwidować bronią, jednak często nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdyż przywołujemy w ten sposób obcego. Najlepszym rozwiązaniem jest skradanie, a korzystanie z broni zostawić do absolutnej konieczności. W grze pojawiają się dwie rzeczy, które ułatwiają nam rozgrywkę. Pierwszą z nich jest czujnik ruchu, który nie dość, że wskazuje nam kierunek w którym powinniśmy się udać to pokazuje poruszające się dookoła obiekty. Drugą natomiast jest wspomniany miotacz ognia, który sprawia, że obcy staje się mniej groźny.

Poza kwestiami wizualnymi i dźwiękowymi najmocniejszą stroną gry jest jej fabuła i postacie. Historia jest ciekawa, zaskakująca i wciągająca. Dziwię się, że nikt jeszcze nie wpadł na pomysł zrealizowania serialu opartego na tej historii. Co prawda w 2019 roku powstał 7-odcinkowy serial „Alien: Isolation Digitaj Series„, jednak jest to wyłącznie zlepek scen z gry wzbogacony o parę ujęć nie ukazanych wcześniej, który należy bardziej traktować jako ciekawostkę albo dodatek do gry. Generalnie w historii Amandy tkwi potencjał na coś dużego, co sprawnie wykorzystała Sega wydając grę.

Pomimo tego, że poniższa ocena nie wskazywałaby tego to gra zwiera kilka błędów i minusów. Jednak dla mnie są one na tyle nieistotne, że nie miały wpływu na końcową ocenę. Nie mniej ze względu na rzetelność recenzji napomnę, że wielu graczy może zrazić długość rozgrywki. Momentami ciągnie się ona za bardzo. Zwłaszcza początek rozgrywki jest zbytnio rozbudowany. Denerwująca może być także schematyczność zadań, które powtarzają się. W grze często pojawia się motyw, że pomimo tego, że udało nam się gdzieś dostać i „coś włączyć” to nie ma to żadnego pozytywnego wpływu, gdyż zawsze „coś pójdzie nie tak”. Pojawiają się także bugi w postaci wiszącej w powietrzu broni czy też obcego idącego w miejscu.

Nie mniej „Obcy: Izolacja” to z całą pewnością najlepsza gra z uniwersum Obcego jaka dotąd powstała oraz jedna z najlepszych gier jakie przyszło mi grać. Co prawda, nie jestem wytrawnym graczem i generalnie wolę „popykać” w coś co grałem już kiedyś, jednak ta proporcja strachu i rozrywki urzekła mnie. Swoją drogą ciężko mi opisać swoje odczucia bo nigdy wcześniej nie robiłem sobie przerw w trakcie gry by złapać oddech i odsapnąć. Już wiele emocji wywoływało u mnie samo włączanie gry, gdyż ponownie poczułem te same ciarki gdy pierwszy raz na Polsacie wieczorem oglądałem film „Obcy: Ósmy Pasażer Nostromo„. Co więcej, mimo, że gra wciągnęła mnie na maksa to spędziłem z nią mnóstwo czasu, gdyż robiłem sobie trwające czasem kilka dni przerwy by dawkować te emocje w mniejszych proporcjach. I dlatego też jest to dla mnie totalne arcydzieło. Ocena: 10/10.

Ocena: 5 na 5.

Quo vadis, współczesny horrorze?

Horror. To zdecydowanie mój ulubiony rodzaj filmów. Dlaczego? Żaden inny gatunek filmowy nie jest w stanie w ciągu 90 minut zahaczyć o sprawy polityczno-społeczne, przedstawić głęboki obraz świata, ludzi, emocji, wartości, wiary i jednocześnie dać widzowi wiele przy tym rozrywki.

Spora ilość filmów za mną, wiele jeszcze przede mną. Jednak już na tym etapie zauważam coś niepokojącego. Coś złego dzieje się z współczesnym filmem grozy. Mianowicie problematyczna jest kwestia jakości horrorów, które możemy widywać w kinie i na dvd. Problem ten przekłada się oczywiście na inne gatunki filmowe. W tym momencie można mówić o pewnego rodzaju zarazie. Zarazie nijakości.

Lata 30 i 80 to złota era filmów grozy. Lata 30 to przede wszystkim produkcje Universal Studios. Wszyscy przecież pamiętamy rewelacyjne kreacje Beli Lugosiego jako Draculi oraz Borisa Karloffa jako monstrum z filmu „Frankenstein”. Natomiast drugi okres przyniósł nam takich autorów jak John Carpenter (Halloween, Coś), Clive Barker (Hellraiser), Wes Craven (Koszmar z Ulicy Wiązów) oraz Sam Raimi (Martwe Zło). Czy obecnie powstają podobne do tamtych produkcje? Czy są jacyś nowi twórcy?

Odpowiedź na te pytania jest prosta: Nie. Obecnie można zauważyć kilka bardzo popularnych trendów. Po pierwsze na masową skalę wypuszcza się niekończącą ilość remake’ów, sequeli, prequeli itd. Jak łatwo się domyślić wynika to z braku pomysłów na nowe filmy, więc wraca się do starych, sprawdzonych scenariuszy. Co z tego, że ilość remake’ów lepszych od oryginału można policzyć na palcach jednej ręki? I co z tego, że niektóre filmy ciągnie się w nieskończoność serwując widzowi po raz 10, 15 odgrzany kotlet? Najważniejsza jest kasa, bo takie filmy zarabiają. Wszystko jest podane szybko, zgrabnie, przejrzyście w płytkiej formie. Poza remake’ami filmów z lat 70 i 80 skurczybyki z Hollywood kręcą własną wersje każdego nie-amerykańskiego filmu. A mają gdzie szukać pomysłów, gdyż w tym momencie kino azjatyckie podbija świat. Natomiast w Europie także można trafić co jakiś czas na jakąś perełkę. Literatura (Stephan King, Lovecraft) a także gry komputerowe i komiksy to również idealne kopalnie hollywoodzkich scenariuszy.

„Najlepsze scenariusze pisze życie”. To fakt, dlatego drugim popularnym trendem filmowym jest tworzenie obrazów dokumentalizowanych (co to niby opartych są na faktach) nakręconych zwykłą kamerą. Oczywiście kamieniem milowym w tej materii był „Blair Witch Project”, jednak mamy teraz do czynie z całym wysypem podobnych produkcji. „Paranormal Activity” doczekał się w poprzednim roku trzeciej części a przecież były jeszcze takie filmy jak „Rec”, „Cloverfield”, „Apollo 18”, „Dystrykt 9” i wiele, wiele innych. Osobiście nie mam nic przeciwko tej formie tworzenia filmów, jednak i tutaj można zauważyć pierwsze objawy zjadania ogona.

Trzeci kierunek opiera się na bezmyślnym epatowaniu przemocą. Horror idealny to taki, który przeraża czymś tajemniczym, nieznanym, nieraz zwykłym, powszednim, ale zawsze złym. Oczywiście efekty gore i ukazanie przemocy to często niezbędny dodatek do filmu. Dobrze, że to się pojawia. Horror musi być straszny. Jednak wszystko musi być wyważone. Obecnie stawia się na to by w ciągu 90 minutowego filmu widz mógł oglądać od pierwszych sekund do końcowych napisów hektolitry krwi, tony wypruwanych flaków itd. Wymyśla się tylko co jakiś czas efektowniejszy sposób na śmierć filmowego nieszczęśnika. Serie takich filmów jak „Piła”, „Hostel” czy też „Oszukać Przeznaczenie” to tylko przykłady jak można zmarnować cenne godziny życia na oglądanie podobnych filmów. Oczywiście dają one jakąś rozrywkę, ale wartości w tym żadnej.

Taki stan rzeczy powoduje, że z niechęcią oglądam nowo powstałe produkcję. Oczywiście są wyjątki, duże nadzieje wiążę z kinem amatorskim i produkcjami niskobudżetowymi, które pokazują potencjał. Jednak i tak zdecydowanie wolę zobaczyć film starszy, ale mimo wszystko lepszy. Dlatego też apeluje do każdego. Za nim pójdziecie na kolejny remake do kina obejrzyjcie wpierw pierwowzór i zastanówcie się czy na prawdę warto wydać ponad 20 zł na bilet tylko dlatego, że będzie to w 3D?