Klubowa twarz Kevina Parkera – recenzja albumu „Deadbeat” Tame Impala

Australijczyk Kevin Parker, który tworzy projekt Tame Impala wyrobił sobie już taką markę, że każda jego nowa płyta jest wydarzeniem w świecie muzyki. Na koncie ma już pięć wydawnictw, a maszyna ruszyła przy premierze drugiego krążka pt. „Lonerism„. Efektowny album w klimacie psychodelicznego rocka z lat 60, nadał muzyce gitarowej świeżości i polotu. Wydany trzy lata później „Currents” powtórzył ten sukces, a Parker ponownie znalazł się w czołówce muzycznych podsumowań roku 2015. Jednak już wtedy, dało się odczuć, że artysta zmierza w kierunku bardziej elektronicznym. Całkowitym tego dowodem było wydanie „The Slow Rush” w 2020 roku. Pomimo tego, że sprzedaż stała na wysokim poziomie to krążek został dość chłodno przyjęty, gdyż była to za duża zmiana dla fanów szukających gitarowych brzmień.

Podobnie ma się rzecz z tegorocznym „Deadbeat„. Kevin Parker ponownie eksploruje elektroniczne klimaty. Usłyszymy tutaj zarówno house’owe melodie, jak i elementy chillwave’u czy też ambientu. Poza singlowymi „Dracula” czy też „Loser” próżno tutaj czegoś co nawiązywałoby w jakikolwiek sposób do materiału z okresu „Lonerism„. Trochę szkoda, bo faktycznie tym najbardziej artysta przyciągał. Jednak rozumiem potrzebę nagrywania czegoś nowego i całkowicie to doceniam. Gdy nie patrzy się na ten krążek przez pryzmat wcześniejszych dokonań to okazuje się, że „Deadbeat” to całkiem dobry materiał.

Całość zaczyna nagrany w dość wolnym tempie „My Old Ways„. Jednak już na kolejnym „No Reply” dostajemy przedsmak tego, z czym będziemy się mierzyć podczas odsłuchu „Deadbeat„. Kolejne dwa singlowe „Dracula” i „Loser” to tak jak wspomniałem wcześniej jedyne kawałki, które nawiązują do wcześniej, gitarowej twórczości Australijczyka. Tanecznego vibe’u dostarcza „Not My World„, gdy z kolei „Piece of Heaven” przenosi nas do przełomu lat 80 i 90 za sprawą kapitalnego syntezatora. Podobny nastrój towarzyszy „Obsolete„, który sprawia, że lądujemy na jednej z gorących australijskich plaż. „Ethereal Connection” to już prawdziwy elektroniczny misz-masz, który pokazuje, że obecnie bliższa Parkerowi jest dj-ska konsoleta aniżeli gitary i perkusja. Album kończy się utworem o znamiennej nazwie „End of Summer„.

Kevin Parker nie ukrywa, że największy wpływ na proces twórczy miało jego życie osobiste. W czasie od wydania ostatniej płyty założył rodzinę i urodziła mu się dwójka dzieci. Być może to był ten moment, kiedy postanowił pójść drogą muzyki elektronicznej. „Deadbeat” udowadnia, że Austrijczyk potrafi się odnaleźć zarówno z gitarą jak i syntezatorem. Warto sprawdzić ten krążek, zwłaszcza, że artysta pojawi się niebawem na dwóch koncertach w Polsce. Konkretnie w gliwickiej PreZero Arenie. Póki co w środku zimnej i ciemnej zimy słucham „Deadbeat” i marzę o wakacjach pod palmą i kokosem. Ocena: 8/10.

Ocena: 4 na 5.

Premiery muzyczne z maja

The Soft Pink Truth – Shall We Go On Sinning So That Grace May Increase? Za projektem The Soft Pink Truth stoi Drew Daniel, członek zespołu Matmos. Jeżeli mówią Wam coś te nazwy, lubicie nieoczywiste techno, nieco zabawy z elektroniką, byliście kiedyś na Tauronie w Katowicach i wam się podobało – to jest to pozycja dla Was. Ja generalnie nie słucham takich rzeczy za często, ale gdy już wejdę w te klimaty to siedzę w nich po uszy. Ta płyta przypomniała mi, że techno i house wchodzące delikatnie w ambient to spoko rzeczy. A tutaj dzieje się wiele dobrego. Ocena: 8/10.

Drake – Dark Lane Demos Tapes. Rok bez nowego materiału od Drake’a to rok stracony – można by rzec. Na szczęście Aubrey tym razem za bardzo nie przesadza i daje nam TYLKO 14 tracków. W zasadzie to już nie wiem co pisać o kolejnej jego płycie… To, że się rozwija? Próbuje nowych rzeczy jednocześnie pozostając w duchu starych wydawnictw? To, że trochę momentami przynudza, ale i tak jest spoko? To wszystko prawda, która powtarza się co roku. Powiedzmy po prostu tylko tyle, że Drake wydał nowe LP i że warto je sprawdzić jak każde inne. Ocena: 7/10.

Perfume Genius – Set My Heart On Fire Immediately. Z Panem Michaelem Aldenem Hadreasem miałem rozbrat na prawie 8 lat. Ostatni jego album jaki sprawdziłem (I Podobał mi się, dowód TUTAJ) to „Put Your Back N 2 It” z 2012 roku. Fajnie usłyszeć, że wszystko u niego OK i że robi coraz lepszą muzykę. Tak, jego tegoroczny album to jak do tej pory jego najlepsze dzieło. Najbardziej dojrzałe, przemyślane od początku do końca, emocjonalne i pełne pięknych brzmień. Trochę szkoda, że spłaszczam tę płytę tylko do tak krótkiej notki w zbiorowym wpisie, bo czuję, że to naprawdę ważna rzecz. Ocena: 9/10.

Charli XCX – how i’m feeling now. Już od pierwszych brzmień „pink diamond” wiemy, że będziemy mieć z czymś nowym w wykonaniu Charlotty Aitchison. Sugestywne, mocne i pokręcone elektroniczne brzmienie wprowadza nas w świat jaki wykreował się w głowie artystki podczas światowej kwarantanny. Mówię o tym, gdyż trzeba dodać, że ten krążek powstał w około miesiąc w absolutnej izolacji. Jaki efekt? Nadzwyczaj dobry, gdyż od „True Romance” z 2013 roku coraz mniej zapamiętywałem z nowych płyt Charli. A tutaj proszę nieprzekombinowany, spontaniczny i całkiem spoko popik. Ocena: 8/10.

The 1975 – Notes on a Conditional Form. Powiem bardzo nie popularną, ale szczerą opinię. Nie ogarniam fenomenu The 1975. W sensie, gdy wszyscy zachwycali się ich albumem sprzed dwóch lat „A Brief Inquiry Into Online Relationships” to ja dalej mamy jakiś problem z tego typu muzyką. Może dlatego, że nigdy nie byłem wielkim fanem The Cure? Co prawda było tam parę spoko piosenek, ale żeby od razu się tak zachwycać? To samo mam z nową ich płytą. Trochę za długa, trochę za podobna do poprzedniczka, trochę nie w moich klimatach. Ocena: 5/10.

Pure X – Pure X. Przyznam szczerze, że nie znałem wcześniej bandu z Austin. A to już ich czwarta płyta w dorobku! Przesłuchałem wszystkie i dzięki temu mogłem odkryć genialność w psychodelicznym brzmieniu „Pleasure„. Świetny krążek, ale to niestety nie nad nim mam się rozwodzić. „Pure X” nie ma już tego przebicia, wrażenia się spłaszczają a zespół popada nieco w banał. Niemniej to poprawny longplay, który całkiem przyjemnie się słucha. Być może bardziej by mi się podobał, gdyby nie sięgnął dalej w ich dyskografie. No niestety… Ocena: 6/10.

Moses Sumney – Græ. Artysta o ghańskich korzeniach zadebiutował trzy lata temu. Jego „Aromaticism” spotkało się z dobrym odbiorem i postawiło Sumneyowi wysoko poprzeczkę. Na szczęście udało mu się przeskoczyć ten poziom. Czego tutaj nie ma? Soul, art-pop, jazz, folk, r’n’b, trochę awangardy. Nie przez przypadek porównuje się go do najlepszych. Koleś tutaj dobrze kombinuje. Ma swoje skomplikowane, pokręcone ścieżki, ale wiecie co? Dobrze się tego słucha, pomimo tego, że to nie jest łatwa muzyka. A mówiłem, że przy płycie palce maczali Thundercat i James Blake? Słychać to bardzo wyraźnie. Co więcej Moses postanowił dawkować ten nietuzinkowy album. Pierwsza część ukazała się w lutym, druga w maju – i już teraz się mówi o muzycznym serialu. To album o którym będzie się wspominało latami. Ocena: 9/10.

Blake Mills – Mutable Set. Pitchfork się zachwyca, ja raczej mniej. To znaczy, lubię spokojne gitarowe granko. Wałkuje dość często oniryczne klimaty Sufjana Stevensa więc tego typu muzyka jest mi bliska. Millis prochu nie odkrywa, ale jest to przyzwoity album, który wpada w ucho i o którym w zasadzie nie ma co więcej pisać. Ocena: 6/10.

Todd Terje – It’s Album Time

todd terjePod nazwą Todd Terje urywa się 33-letni norweski dj i producent Terje Olsen. Słuchaczom dał się poznać jako wybitny muzyk dzięki EP-ce z 2012 roku zatytułowanej „It’s the Arps” oraz licznym remiksom. Jako producent pracował między innymi z  grupą Franz Ferdinand, Robbie Williamsem i Lindstrom’em. Za sprawą singla „Incspector Norse” oczekiwania wobec debiutanckiej płyty były spore. W tym roku doczekaliśmy się pierwszego krążka, a Pan Olsen nazwał go przewrotnie „It’s Album Time„.

Płyta ukazała się 8 kwietnia i już osiągnęła status „klasyka”. Słuchając „It’s Album Time” odnosi się wrażenie, że jest to lepsze „Random Access Memories„. Norweg również eksploruje w elektronice z przełomu lat 70 i 80, dodając elementy disco i słynnego skandynawskiego house’u. Myli się ten, kto myśli, że to płyta stricte taneczna. Oczywiście są parkietowe bangery w postaci latynoskiego „Svensk Sas” czy też podzielonego na dwie części „Swing Star„. Jednakże przez większość czasu mamy do czynienia z spokojniejszymi, synthowymi melodiami nasączonymi retromanią. Utwór „Leisure Suit Preben” swoim powolnym, acz stałym tempem wycisza słuchaczy i przygotowuje do podróży w czasie. „Preben Goes To Acapulco” rzuca nas w czasy świetności Giorgio Morodera natomiast „Strandbar” wprowadza nas w pewnego rodzaju trans.

Todd-Terje album timeKolejny w zestawie „Delorean Dynamite” oparty na elektryzujących synthach i fajnych wstawkach gitarowych przywołuje na myśl ostatnie dokonania takich zespołów jak Chromatics czy też Glass Candy. Następnie pojawia się jedyny na albumie utwór zawierający wokal  – gościnie występuje Bryan Ferry z Roxy Music. Mowa o coverze utworu Roberta Palmera „Johnny and Mary„, który w nowym wykonaniu jest chyba jeszcze piękniejszy. Końcówka płyty staje się bardziej taneczna a na samym końcu dostajemy wspomniane wcześniej „Inspector Norse„.

It’s Album Time” to świetna płyta zarówno na ciepłe, jak i deszczowe dni. Kompozycje na niej zawarte są dobrze wyprodukowane, jednak Todd Terje nie ustrzegł się przed błędami popełnionymi przez Daft Punk przy nagrywaniu RAM. Brakuje mi na tej płycie pewnej łączności między utworami a czasami wydaje się ona przekombinowana. Szczególnie gryzie się tutaj wstawienie w sam środek „Johnny and Mary” oraz następne „Alfonso Muskedunder„. Co nie zmienia faktu, że jest to krążek na wysokim poziomie i na pewno znajdzie się na wielu listch podsumowujących. W tym mojej. Ocena: 8/10.