Muzyka na długie jesienne wieczory – przegląd płyt z września i października

Everything Everything – Re-Animator. Co prawda „Re-Animatora” to miałem zamiar obejrzeć ponownie (Nawiązuje do klasycznego horroru Stuarta Gordona) a nie słuchać. Wyszło inaczej, i dobrze! Bo to w zasadzie bardzo dobra płyta brytyjskiego art rockowego bandu. Everything Everything byli dla mnie zawsze bardziej ciekawostką aniżeli pasją. Fajnym supportem, a nie występem dnia. Nie śledziłem ich twórczości w ostatnim czasie a tutaj się okazuje, że na wysokości piątego albumu potrafili bardzo pozytywnie zaskoczyć. Słyszalne wzorce od Radiohead po Talking Heads. Dużo dobrych melodii, ładnie zbudowane kompozycje i ciekawa mieszanka syntezatorów i gitar. Jest trochę tanecznie i do posiedzenia przy kubku czegoś mocniejszego. Ocena: 7/10.

Jyoti – Mama, You Can Bet! Georgia Anne Muldrow ukrywająca się od pewnego czasu pod pseudonimem Jyoti to kalifornijska artystka, która od 2006 regularnie wydaje płyty. „Mama, You Can Bet” to jej trzeci album nagrany jako Jyoti. Jeżeli lubicie jazz, który nawiązuje do południowych klimatów z Kuby i okolic to jest to pozycja dla Was. „Mama, You Can Bet!” to dość specyficzna płyta, którą ciężko określić jednym słowem. Pierwsze skojarzenia to na pewno: ciepło, południe, egzotyka. Jednak w sumie czego tutaj nie znajdziemy? Pani Muldrow potrafi rozruszać do tańca jak i zmusić do przemyśleń, a wszystko na dobrym poziomie. Z pewnością jedno z ciekawszych jezzowych pozycji tego roku. Ocena: 6/10.

Hannah Georgas – All That Emotion. O rany, to już 10 lat od mojego ostatniego spotkania z panią Georgas. Dekadę temu na łamach bloga zachwycałem się jej albumem „This is Good„. Swoją drogą album ten poznałem dzięki blogowi „Ciemny Środek Wszechświata”, gdzie było pełno świetnej muzy. ALE To był inny internet, inny świat. Tak samo jest z płytą „All That Emotion„. Słychać na nim jak wiele się zmieniło w życiu Pani Georgas w ciągu minionych 10 lat. Płyta jest dojrzalsza, bardziej przemyślana, nieco melancholijna. Nie ma już tego uroku, tego lekkiego ducha indie popu. Są ballady, fajne i miłe dla ucha, ale czy warto do nich wracać co jakiś czas? Nie wiem. Do „This is Good” czasem wracałem… Ocena: 5/10.

The Flaming Lips – American Head. Sentymentalny powrót do lat 90 wyszedł Wayne’owi Coyne’owi i spółce całkiem fajnie. Grupa z Athens być może przeżywa kryzys twórczy, gdyż zrezygnowała z dalszego nagrywania eksperymentalnych utworów (raz lepszych, raz gorszych) na rzecz wykorzystania sprawdzonych środków, które zdały egzamin przy nagrywaniu chociażby „The Soft Bulletin„. Chociaż nie można odrzucić tezy, że ten nagły powrót do korzeni to po prostu potrzeba poczucia się znowu młodym. Przyjemne gitarowe, nieco beatlesowskie melodie łączą się tutaj z narkotycznymi historiami. Już same nazwy utworów są jednoznaczne: „Mother I’ve Taken LSD„, „You N Me Sellin’ Weed” czy też „When We Die When We’re High„. Swoją drogą sporo tutaj śmierci w tekstach śpiewanych przez Coyne’a. Lubię Flaming Lips, ale nie sądziłem, że są jeszcze w stanie mnie poruszyć. Tutaj im się to udało. Ocena: 8/10.

Sufjan Stevens – The Ascension. Pomimo tego, że jestem ogromnym fanem działalności Sufjana Stevensa to często ciężko mi jest przewidzieć jego następny ruch. Jego ostatni wybitny album „Carrie and Lowell” z 2015 roku to mocno osobista rzecz. Następnie artysta zajął się nieco eksperymentalnymi rzeczami nagrywając „Plantearium„, „The Decalogue” oraz „Aporia„, które były krążkami nagranymi w kolaboracji. I w ten sposób dochodzimy do „The Ascension„, które w porównaniu do swoich poprzedniczek jest albumem mocno gorzkim i mrocznym. Nie chcę używać słowa topornym, ale materiał trwa prawie tyle samo co mecz piłkarski. Pomimo tego, że jest tu parę zjawiskowych i fajnych utworów jak np. „Video Games” to całości słucha się raczej ciężko i żmudnie. Stevens śpiewa o religii i Ameryce, a muzykę opiera głównie na elektronice. Album jest dopracowany w każdym szczególe i nie wykluczam, że to jedno z tych dzieł, których wspaniałość odkrywamy po czasie. Ale czy tak faktycznie będzie? Tego nie wiem… Czas pokaże, póki co rzucam ostrożne 6/10, bo zupełnie nie wiem jak ocenić to wydawnictwo.

Metz – Atlas Vending. Kolejny mój powrót po latach. Z Metz miałem do czynienia w 2012 roku przy okazji ich debiutanckiego albumu „METZ„. Widzę, a raczej słyszę, że chłopaki dalej potrafią przypierdolić, także jest spoko. Warto sprawdzić. Ocena: 6/10

nath – Nathing. Nie będę ukrywał, że działalnością nath jak i samym albumem „Nathing” zainteresowałem się po usłyszeniu FENOMENALNEGO singla „nowe dni” nagranego na współkę z Kachą Kowalczyk z Coals. Jest to z pewnością najlepsza rzecz na tym krążku. Reszta jest spoko, ale odstaje poziomem. Może gdyby cała płyta była nagrana z wokalistką\raperką z Coals? Można gdybać, ale nie ma co narzekać, bo jest nieźle. nath całkiem zgrabnie łączy elementy indie-popu, dream-popu z modnym w ostatnim czasie trapem. Może i jestem starym dziadem, któremu zdarza się zasnąć przed 23 i odmawia kolegom grania w piłkę z powodu bólu kolana, ale muzyczne trendy staram się wyłapywać. Mgliste kompozycje nath brzmią dobrze zarówno w rodzimym języku Mickiewicza, jak i Szekspira. Płyty słucha się dość szybko i sprawnie, całość w końcu trwa niespełna 30 minut. Posłuchajcie by przekonać się, że nie tylko Margaret potrafi w naszym kraju rapować. Ocena: 6/10.

Indie-folkowa propozycja od Taylor Swift – recenzja „Folklore”

Koronaświrusowy lockdown z początku roku wielu artystów spędziło w bardzo płodny sposób. Charli XCX dopracowała kolejny album w zaciszu swoich czterech ścian, Wczasy napisali parę nowych piosenek, które w wersji live brzmiały fajnie a Cut Copy nagrali nowy album poruszający temat zmian klimatu. Ogólnoświatowa przerwa przysłużyła się samej Taylor Swift, która przy pomocy braci Dessnerów z The National, Justina Vernonan (znanego szerzej jako Bon Iver) oraz Jacka Antonoffa nagrała jeden z najbardziej poruszających albumów w swojej szerokiej dyskografii.

Zawiedzeni mogą się poczuć na pewno wszyscy fani Miss Americany, którzy oczekiwali kolejnego popowego hitu spod znaku „Lover”, „Reputation” czy też „1989″. Artystka wraz z pomocą uznanych specjalistów od indie rocka i folku nagrała płytę spokojną, wyciszającą, osobistą i delikatną w brzmieniu. Tegoroczny longplay ukazał się dość niespodziewanie, gdyż czas od ogłoszenia premiery do wydania „Folklore” był stosunkowo krótki. Jednak reakcja na album była jednakowa – zachwyt. I to całkiem słuszny, gdyż jest to dzieło poruszające i piękne.

Najbardziej za serce chwyta „exile” nagrane wspólnie z panem Vernonem. Taki rezultat nie był dla mnie taki oczywisty, gdyż twórca „For Emma, Forever Ago” nie zawsze był wartością dodatnią na płytach, gdzie śpiewał gościnnie. Tutaj jednak udało im się stworzyć świetny duet, który zachwyca od pierwszych brzmień utworu. Już od pierwszych taktów „the 1„, wiemy, że mamy do czynienia z czymś wybitnym. Utwór ten idealnie wprowadza nas w nastrój płyty. Kolejne „cardigan” tylko utwierdza nas w przekonaniu, że dokonaliśmy dobrego wyboru stawiając na Taylor Swift. Dalej jest równie pięknie. „mirrorball” to oniryczna dream-popowa ballada, którą idealnie słucha się późnym wieczorem. Sporo emocji odnajdziemy także w „august” czy też „this is me trying„. Czy wy też uważacie, że „mad woman” to piosenka w stylu Lany Del Rey? Jeżeli tak, to jesteśmy w tej samej drużynie!

Podsumowując, najnowsza płyta od Talylor Swift to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wrażliwców i romantyków, którzy lubią przy muzyce się wzruszyć, rozmarzyć czy też po prostu wyciszyć po ciężkim dniu. Amerykańska wokalistka dokonała świetnej transformacji z gwiazdy pop w wokalistkę folkową, która potrafi złapać za serce. Nie wiem czy to jej najlepsza płyta (poprzednie też lubię), ale jest to na pewno dzieło warte sprawdzenia. Ocena: 8/10.

Na taki powrót Uffie czekałem! – recenzja „Tokyo Love Hotel”

Anna Catherine Hartley znana szerzej jako Uffie  po 9 letniej przerwie powróciła z nowym wydawnictwem, jakim jest EP-ka „Tokyo Love Hotel„. Co prawda nie była to dekada ciszy w wykonaniu wokalistki. W między czasie wypuściła kilka fajnych singli jak np. „Wordy Rappinghood” czy też „Sideways” oraz udzieliła się na płycie Charli XCX oraz Jin Akanishi. Niemniej po dobrze przyjętym debiutanckim albumie „Sex Dreams and Denim Jeans” czekaliśmy z utęsknieniem na kolejny wydawniczy krok artystki.

Czy EP-ka „Tokyo Love Hotel” spełnia te oczekiwania? W moim przypadku jak najbardziej tak. Co prawda, to tylko 20 minutowy materiał, ale ile tu pięknych brzmień! To bardzo osobisty i emocjonalny krążek. Już otwierające całość „Drugs” urzeka nas wyznaniami w stylu: „The drugs don’t love you like I do / Don’t walk away from me tonight” czy też „Everything we ever wanted is in front of us / Begging you to try and see before you give it up„. Z kolei w „Sharpie” będącym na płycie „breakup anthem” Uffie ubolewa nad rozstaniem i z żalem wspomina: „But, I really miss the wild / Nights like this„. Swoją drogą wiele się zmieniło w życiu Anny Katarzyny. Na swoim pierwszym longplayu z 2010 roku śpiewała o pierwszej miłości, pierwszych pocałunkach i imprezach. Teraz po dwóch ciążach artystka śpiewa o burzliwym związku i rozstaniu. Jedynym wspólnym mianownikiem są imprezy. Z tym, że wtedy je celebrowała a teraz w „Sadmoney” śpiewa, że w każdy poniedziałek rano ma wyrzuty sumienia.

Sama osobowość artystki też uległa zmianie. W „No Regrets” w istnie raperskim stylu stwierdza, że ciężko jej się teraz otworzyć przed kimś i jest zimna niczym lód: „I wear my ice, yeah / I wear my ice around my neck / Like a gold chain„. W „My Heart” widzi swoje winy: „I know you’re good / I know you’re right / Why do I still put up a fight?„. Jednak i tak ostatecznie w „Nathanielu” stwierdza: „I don’t wanna hurt you / I just wanna love you„.

A jak wygląda płyta pod względem brzmienia? Jest melodyjnie, różnorodnie i modnie. Moje ulubione „No Regrets” to trapowy szlagier, gdzie Uffie funkcjonuje poza beatem niczym Post Malone. „Sadmoney” oraz „Drugs” to z kolei spokojne indie ballady, oparte na prostych, zapętlonych motywach. Najbardziej przyjazne radiu „Sharpie” to pełen energii pop z fajnymi hookami. „My Heart” to klasyczny utwór popowy oparty na charakterystycznym gitarowym motywie. A kończący całość electro-popowy „Nathaniel” przypomina mi nieco mieszankę wczesnego MGMT z utworami granymi przez fikcyjny band Munchausen by Proxy z filmu „Yes Man„.

Podsumowując, „Tokyo Love Hotel” to udany powrót po dłuższej przerwie  przez Uffie. Bezpretensjonalna, mocno emocjonalna, a momentami intymna płyta to prawdziwy dowód na to, że artystka wciąż potrafi zachwycić. Nowa EP-ka Uffie to mieszanka świetnej muzyki z dobrymi, osobistymi tekstami. Szkoda tylko, że ta wspaniała przygoda trwa nieco ponad 20 minut. Ocena: 8/10.