V nie zawsze jako Victoria – recenzja najnowszego albumu The Horrors

The Horrors to jeden z tych zespołów, co do których się niestety pomyliłem. Gdy pierwszy raz usłyszałem o angielskim bandzie, pomyślałem, że to jakiś indie rockowy odpowiednik Lordi. Mroczny wizerunek miał przysłaniać kiepskie kompozycje. Okazało się jednak, że Faris Badwan i spółka mają całkiem sporo do zaoferowania. Od momentu debiutu „Strange House” w 2007 roku każdy ich następny album był coraz to lepszy. „Primary Colours” z 2009 roku był całkiem niezłym albumem i świetnie się go słuchało na żywo podczas pamiętnego OFF Festiwalu 2010, jednak to „Skying” z 2011 oraz „Luminous” z 2014 roku nazwałbym ich momentem szczytowym.

„V” to najnowsza propozycja od Londyńczyków. Oprócz nazwy album ma też inne charakterystyczne cechy dla prawie każdej piątej płyty w dyskografii zespołu (Nie wliczajcie w to stwierdzenie m.in. Radioheadów, Beatlesów czy też Stonesów). Główna to problem z określeniem kierunku w jakim miałby iść ten krążek. Trochę czuć te zagubienie u Farisa i reszty. Momentami słychać próbę zagrania czegoś innego, nowego. Jednak te eksperymenty nie trwają długo, gdyż dostajemy również sporą dawkę tego co już dobrze znamy. Nie chcę z tego robić zarzutu wobec płyty, jednak po drodze jaką przeszli The Horrors spodziewałem się… w sumie nie wiadomo czego. Może jest dobrze, a ja się tylko czepiam? Jedno jest na pewno pewne, nie jest to tak wybitny krążek jak wspomniane wcześniej „Luminous” czy też „Skying„, na których czuć mnóstwo świeżości, porywających momentów, kapitalnych singli i niesamowitego klimatu. Te dwa albumy są najbardziej zwięzłe i konkretne, a przez to w mojej ocenie najlepsze. To trochę tak jakby wygrali dwa mecze w pewnym stylu po 3:0, a potem 1:0, z czego ten jeden gol był z rzutu karnego.

Piątka to z pewnością najbardziej dojrzały album w ich dyskografii. I kto wie? Może z czasem bardziej go docenię? Tak jak chociażby doceniłem z prawie 5 letnim poślizgiem „Shields” od Grizzly Bear. Wiecie co mi najbardziej imponuje w Horrorsach? Te ich bogate inspiracje muzyczne. Generalnie nie polecam żadnych odnośników do social mediów, jednak w tym przypadku sprawdźcie ich Facebook’a. Znajdziecie tam całe zastępy świetnej i nieraz zapomnianej już muzyki.

V” to album, który należy ocenić pozytywnie. Dobrze się go słucha, bo The Horrors zawsze dobrze brzmią. Kompozycje są ciekawie zbudowane, mają swój charakterystyczny, trochę mroczny klimat i są to piosenki w zasadzie do wszystkiego. Do większości, w tym kapitalnego „Something To Remeber By My” śmiało można nawet potańczyć. Brytyjczycy nie robią tutaj absolutnie niczego na siłę. Trochę na początku recenzji zacząłem psioczyć na poziom płyty, jednak tak na poważnie tej płycie można zarzucić jedynie to, że nie jest jeszcze lepsza od poprzednich w bogatej dyskografii The Horrors. Ocena: 7/10.

Powrót Wolf Parade taki sobie, a cieszy! Recenzja „Cry Cry Cry”.

Jesień to okres powrotów. Dzieciaki wracają do szkoły, nauczyciele do pracy, dobrze znane seriale wracają na antenę, gwiazdy znowu tańczą na polu minowym, a muzyczni dygnitarze dają zielone światło na premierę nowych albumów. Na powrót Kanadyjczyków z Wolf  Parade trzeba było czekać aż 7 jesieni. Zespół, który w 2005 roku zadebiutował kapitalnym albumem „Apologies to the Queen Mary” jest dla mnie jednym z lepszych przedstawicieli indie rocka od nudniejszego sąsiada Stanów Zjednoczonych. Co prawda, drugi ich krążek „At Mount Zoomer” nie był już tak udaną produkcją jak debiut, ale i tak w moim odczuciu był całkiem niezły. Klapą należy określić „Expo 86” z 2010 roku. Po jego wydaniu Dan Boeckner z resztą zgrai zamilkli na długie 7 lat (Nie wiem czy w Tybecie).

Prawdopodobnie w zeszłym roku chłopakom zabrakło siana, dlatego postanowili wydać debiutancki album w wersji DELUXE i ponownie się reaktywować. Efektem ponownej współpracy Boecknera i spółki jest nowy album „Cry Cry Cry„. Zaczyna się on dość słabo i nudnie. „Lazarus Online” to kiepski wybór na opener. Ogólnie pierwsza część płyty jest dla mnie taka troszkę nijaka. Niby Wolf Parade stosuje sprawdzone chwyty, ale ciężki mi  było się wciągnąć w ten krążek. Na szczęście druga część tego longplaya jest znacznie lepsza i zaciera niesmak pozostawiony po pierwszych trackach. Zaczyna się od „Baby Blue„, który równie dobrze mogli by nagrać Arcade Fire… parę lat temu. Natomiast na kolejnym „Weaponized” grupie było najbliżej do dawnej formy.

Kompozycje zgromadzone na „Cry Cry Cry” nie wprowadzają niczego nowego do gatunku. Tak jak wspomniałem wcześniej, Kanadyjczycy stosują sprawdzone patenty. Raz lepiej, raz gorzej. Brakuje tutaj trochę tego efektu zaskoczenia i tego „wow”. Momentami nawet są tego blisko, jednak w efekcie końcowym niestety nie udaje się uwieść mnie, jako słuchacza. Ale bez obaw chłopaki, i tak was lubię.

Nie chciałbym głównie oceniać „Cry Cry Cry” przez pryzmat dawnego sentymentu do Wolf Parade, ale chyba tak się właśnie dzieje. Nowa propozycja od Kanadyjczyków nie wzbudza żadnych większych emocji, jednakże gdy słucham tego albumu, to cieszę się, że jest. Pozwala mi to poczuć, że stary, dobry indie rock jeszcze żyje. Teraz chyba już wiem co czuli moi starsi znajomi, gdy byli zniesmaczeni faktem, że niema już takich bandów jak Pearl Jam, Guns N’ Roses, Soundgarden czy The Smashing Pumpkins. Ale nie dziadujmy, bo wciąż potrafię rozróżnić dobrą muzykę od gówna i nie słucham wyłącznie płyt z okresu 2005-2009. Po prostu chciałem sprawdzić, czy może Wolf Parade przeżywają nową młodość. Jak się okazało, jednak nie. Ocena: 6/10.

Phoenix, Ti Amo!

Boże, jak ja się stęskniłem za tymi rozczochranymi żabojadami. Pewnie, że jestem fanem twórczości Phoenix! „Wolfgang Amadeus Phoenix” czy też „Alphabetical” to moje ulubione krążki od francuskiego kwartetu. Ich ostatni „Bankrupt!” co prawda oceniłem na blogu dość wysoko, ale nigdy nie wracałem do tej płyty, tak jak do wymienionej wcześniej dwójki. Dlatego tym bardziej ucieszyła mnie wiadomość, że będzie nowe wydawnictwo od Phoenix. Zwłaszcza, że zapowiadał go kapitalny singiel „J-Boy„. Komu by nie poleciała ślinka?

Wrażenia po pierwszych odsłuchach „Ti Amo” były dość pozytywne. Oczywiście nowa płyta nie przebija wcześniejszych, ale podtrzymuje narzucony poziom. I za to szacunek. Brakowało mi takiej płyty w tym roku. Podoba mi się ta popowa lekkość, którą Phoenix wyróżnia w swoich piosenkach. „Ti Amo” to przyjemny zestaw niezobowiązujących porcji uroczej muzyki o miłosnych historiach i tańczeniu. Na lato 2017 jak znalazł.

Całość zaczyna się mocno od singla „J-Boy„, który od pierwszych sekund przypadł mi do gustu. Kolejny tytułowy „Ti Amo” to już brzmienie, do którego nas przyzwyczaili francuscy indie-rockowcy. Do trzeciego „Tuttifrutti” wkrada się odrobina banalności, ale to zupełnie nie przeszkadza. „Fior Di Latte” ładnie się rozkręca a w „Goodbye Soleil” dostajemy sporo elektroniki okraszonej przyjemnymi gitarowymi riffami. „Lovelife” jest zdecydowanie najbardziej tanecznym utworem na płycie. Jednak końcówka „Ti Amo” nie idzie w taneczne nastroje, a bardziej nastrojowe. I wychodzi to krążkowi na zdrowie.

Podsumowując, najnowszy album Phoenix to idealny zestaw letnich, przebojowych i lekkich piosenek z pogranicza popu i indie rocka. Przyjemna dla ucha mieszanka syntezatorów z gitarami daje ładny efekt. „Ti Amo” nie zostanie zapisane na kartach historii jako album genialny, zmieniający muzykę, ale nie taki był cel. Celem chłopaków było umilenie nam najbliższych ciepłych dni. I to im się udało. Ja to kupuje, a Wy? Ocena: 7/10.

Posłuchaj