Phoenix – Bankrupt!

phoenixPhoenix to jedna z tych kapel do których mam ogromną słabość. Ich „Alphabetical” z 2004 roku do tej pory jest dla mnie definicją muzyki wakacyjnej. Wydając dwa lata później „It’s Never Been Like That” dorzucili swoją własną cegiełkę do tak zwanej fali zajebistości nowego indie rocka nazwanej przez niektórych New Rock Revolution. Jednak dopiero w 2009 roku uznałem ich za zespół wybitny za sprawą świetnego albumu o tytule „Wolfgang Amadeus Phoenix„. To był jeden z najlepszych krążków tamtego czasu. Oparty był na naprawdę mocnych singlach i niezwykle zgrabnych kompozycjach. Między innymi dzięki tej płycie uważam rok 2009 za bardzo mocny i udany pod wieloma względami.

Przejdźmy jednak do najnowszego wydawnictwa francuzów zatytułowanego „Bankrupt!”. Po pierwszym odsłuchu tego albumu reakcje były raczej nieśmiałe i zdezorientowane. Coś w stylu „jest ok, ale kurde chyba czegoś innego oczekiwałem”. Zespół nie odważył się na większą zmianę względem „Wolfgang Amadeus Phoenix„. Ba, tą płytę śmiało można nazwać sequelem, kontynuacją. Francuzi wykorzystali sprawdzone motywy i nagrali album przyjemny w odbiorze. Tylko tyle? Otóż nie, gdyż po kilku-kilkudziesięciu odsłuchach wychwytujemy wiele momentów i momencików, które tworzą tą płytę od podstaw. Przykładowo refren w „Don’t”, końcówka „Chloroform”, hi-hat w „Oblique City”. Mógłbym tak wymieniać jeszcze przez kilka linijek. Teza jest jednak taka, im dłużej tą płytę słucham, tym bardziej mi się podoba. Za każdym razem odkrywam coś nowego, coś na co wcześniej nie zwróciłem uwagi, a teraz mi się podoba. W tym chyba tkwi siła „Bankrupt!„.

Phoenix-BankruptNowością, albo nie można określić większą dawkę elektroniki umieszczonej na płycie. Pierwsza część tytułowego „Bankrupt!” czy też czy sam „Drakkar Noir” udowadnia to dość dobrze. Oczywiście ten zabieg wydawał się naturalnym po wcześniejszych, przesiąkniętych gitarami albumach. Generalnie konwencja indie-popowych gitarowych piosenek doprawionych synthami z lat 80 dobrze się tutaj sprawdza. Na wyróżnienie, po raz kolejny zasługuje perkusista, który robi na „Bankrupt!” nie lada robotę. Na uwagę zasługuję również fakt, że o ile na wcześniejszym albumie można było wyraźnie oddzielić hity od reszty tak tutaj ciężko wyróżnić jakikolwiek utwór, gdyż wszystkie stroją na równym, dobrym poziomie. Aha i na koniec, dobrze, że jest już lato (prawdziwe). Ocena: 8/10.

The Strokes – Comedown Machine

THE_STROKES_ApprovedPiąty album w kolekcji Nowojorczyków nie zmienia absolutnie nic. Nie zmienia muzyki, nie zmienia świata na lepszy, nie zmienia mnie, mojego sąsiada, kota ani statusu zespołu, który wciąż pozostaje legendą new rock revolution (im jestem starszy tym bardziej gardzę tym medialnym określeniem). W 2001 zespół Casablancasa roku nagrywa swój debiutancki i zarazem najlepszy album „Is This It”, których zachwyca nas ze względu na świeże podejście do indie rocka. Zimna kalkulacja zakrywała rzeczywiste emocje a dystans czasowy, który przebyliśmy od tej pory pozwala nazwać tą płytę „klasyczną”. Na „Room on Fire” zespół utrzymuje status quo, natomiast „First Impressions of Earth” wydaje się być najbardziej singlowym, radiowym i energetycznym krążkiem w całej dyskografii. Później zapada cisza na blisko 5 lat a w między czasie Julian Casablancas i Albert Hammond Jr. nagrywają solowo. W 2011 otrzymujemy „Angles”, który chyba dostał troszkę zawyżone oceny ze względu na zwykłą tęsknotę. Do tej pory nie mam określonego zdania na temat tej płyty. Z jednej strony fajnie, fajnie – z drugiej natomiast nie wróciłem nigdy do całej płyty a jedynie poszczególnych singli. Podsumowując The Strokes to band z jedną klasyczną płytą na koncie, czterema fajnymi i absolutnie żadną słabą.

the-strokes-comedown-machineGdy pod koniec stycznia marketingowcy Strokesów podesłali mi na e-mail najnowszy track „One Way Trigger” zawiodłem się. Miałem nadzieje, że to nie najlepszy utwór na płycie, gdyż po pierwszy wrażeniach reakcje były raczej średnie. Z czasem jednak przekonałem się do tej piosenki a po zapoznaniu się z całością wydaje się być chyba jednak tym najlepszym kawałkiem. Generalnie uważam„Comedown Machine” za dobrą płytę. Pomimo, że po przesłuchaniu tego krótkiego, 38-minutowego materiału nie doszukałem się niczego nowego i świeżego. Otwierający całość „Tap Out” to przyjemna, nieco senna, wakacyjna piosenka oparta na fajnym pulsującym basiku z całkiem niezłym refrenem. Słuchając „All The Time” a także oglądając teledysk do ów piosenki ma się wrażenie, że singiel ten stanowi pewnego podsumowanie całej twórczości. Momentami jednak niebezpiecznie balansuje on na granicy autoplagiatu, gdyż wydaje się on utworem za późnym dla „Room On Fire”, ale za wczesnym także dla „First Impressions of Earth”. Warta uwagi jest końcówka „Welcome To Japan” a także typowa strokesowa kołysnaka (prosze nie zakładajcie tylko takiego fanpage’a na fb) – „50/50”.

Generalnie całość jest dobra, ale dupy nie urywa. Melodie są ładne, zgrabne, jest pełno hooków a odpowiedzialny za produkcję Gus Oberg odpowiednio się postarał o to by pachniało tutaj potartymi jeansami z lat 80. Jednakże nie ma tutaj absolutnie niczego nowego, świeżego. Nie ma niczego o co można by się zaczepić na dłuższą chwilę, czegoś co by wpadło w ucho na dłużej niż kilka minut. Poza tym The Strokes wydają się być trochę mało modni ostatnio. Sam miałem problem za zabranie się z recenzją tej płyty, co więcej zacząłem się zastawiać, czy faktycznie jest potrzebna skoro będzie tylko 6/10?

!!! – Thr!!!er

thr!!!er!O rzeczach dobrych, acz nie idealnych.

Sympatii do !!! nigdy nie ukrywałem odkąd usłyszałem ich podejście do transowego, roztańczonego indie rocka na „Myth Takes”. Niestety „Strange Weather, Isn’t It” był albumem takim sobie, do którego nigdy od 2010 roku (czyli roku wydania) nie wróciłem. „Tyr!!!er” póki co wydaje się być trochę lepszy. Grupa zdecydowanie jest teraz bardziej popowa aniżeli indie rockowa. Brakuje długich, rozciągniętych, psychodelicznych otworów, które uważałem zawsze za najmocniejszy punkt chk chk chk. Mimo, że płyta bez nich wydaje się króciutka to w jakiś tam sposób wciąga.

Po raz kolejny jest tanecznie, zwłaszcza dzięki takim utworom jak: „One Girl/One Boy” czy też „Fine Fine Fine”. Nie zabrakło także starych patentów wykorzystanych w „Slyd” oraz „Except Death”. Mam tutaj namyśli przede wszystkim klimat starych nagrań, falsetowy wokal ozdobiony damskim, transową perkusję. Jest i trochę zabawy z elektroniką w „Careful” jak i standardowe handclapping w najbardziej indie rockowym na płycie „Station (Meet Me At The)”.

Ogólnie dobra płyta na ciepłe majowe grille, wielkiej imprezy z tego nie będzie, ale miłe spotkanie towarzyskie już jak najbardziej. W odróżnieniu od swojej poprzedniczki  „Thr!!!er” jest bardziej popowe i urozmaicone. To może być zwrot we właściwym kierunku dla zespołu, który w ciekawy sposób łączy muzykę taneczną z indie rockową. Nie zaszkodzi posłuchać, nie raz słuchało się gorszych rzeczy na imprezach a to może być dobra alternatywa dla powracającego do łask disco polo. Ocena: 6/10.