Menomena – Moms

Po raz kolejny sprawdzone motywy okazały się najlepszym rozwiązaniem.

Menomena to jedna z tych grup, które lubię, szanuje i cenię. W dyskografii dwa rewelacyjne albumy: „I Am the Fun Blame Monster!” i „Friend and Foe” oraz jeden mniej udany, aczkolwiek też fajny „Mines”. Nie dawno ukazał się czwarty album grupy „Moms”. Co można powiedzieć o tej płycie?  Że jest genialna, odkrywcza, absolutna? To za dużo powiedziane, te przymiotniki odnoszą się do debiutanckiego krążka chłopaków z Portland.

Muzycy Menomeny postanowili postawić po raz kolejny na te same, sprawdzone rozwiązania zastosowane na wcześniejszych płytach. I o dziwo było to rozwiązanie trafne. Już przy okazji wydania „Mines” wydawało się, że formuła powoli się wyczerpuje i bazowanie na tym samym robi się nudne. A tu efekt całkowicie odwrotny. „Moms” to płyta, która nie nuży a ciekawi. Naszpikowana rewelacyjnymi melodiami i motywami. Widać, że się postarali i byli zdeterminowani nagrać album bardzo dobry. A słychać to na takim przejmującym „Pique”, hałaśliwym „Capsule” czy też przypominającym stare, dobre czasy „Tantalus” z fajnym motywem klawiszowym wyrwanym jakby z gry pegasus. Jednak najlepszym elementem płyty jest jego patetyczne, ponad 10-minutowe zakończenie „One Horse”.

Poza tym warto zwrócić na niektóre ironiczne nazwy piosenek, takie jak: „Don’t Mess With Latexas” czy też „HeavyIs As Heavy Does”. No i jak tu ich nie lubić? Nie da się. Aczkolwiek przyznam, że obawiałem się trochę o przyszłość zespołu. Po średnio przyjętym albumie „Mines” i odejściu od składu Brenta Knopfa, przyszłość Menomeny była nie pewna. Na szczęście wszystko ułożyło się pomyślnie, czego dowodem jest „Moms”. Ocena: 8/10.

Cloud Nothings – Attack on Memory

A już myślałem, że w 2012 roku będziemy słuchać wyłącznie chillwave’u i spóźnionego dubstepu w wydaniu komercyjnym.

A tu amerykańska grupa Cloud Nothings zrobiła istne wejście smoka ze świetną płytą „Attack on Memory”. Chyba tak energicznego, świeżego grania nie słyszałem od czasów świetności grupy Trail of Dead. Swoją drogą obie kapele mają wiele ze sobą wspólnego. Mianowicie, grupa z Cleveland (Ohio) inspiruje się legendarnym zespołem z Austin w Teksasie. Słychać to w rozbudowanym, epickim „Wasted Days” jak i energicznych, brudnych, punkowych „Separation” czy też „No Sentiment”. Natomiast pierwszy utwór na płycie o dekadenckiej nazwie „No Future/No Past” kojarzy mi się z twórczością grupy Liars. Nie brakuje jednak na „Attack on Memory” bardziej melodyjnych dźwięków gitar. Chłopaki z Cleveland zostawili je na sam koniec a reprezentowane są przez „Our Plans” oraz ostatni „Cut You”.

Przejdźmy do spraw technicznych. Od dzisiaj jestem ogromnym fanem perkusisty tej grupy. To co wyczynia ten koleś przy bębnach i talerzach przypomina mi wyczyny Grega Saunier’a z grupy Deerhoof. Sami zobaczcie. Gitary również dają kopa. Wokal jest raczej skromnym dodatkiem do całości, jednak to nie przeszkadza ze względu na specyfikę tej muzyki. Ponadto Cloud Nothings to grupa dość młoda, bo powstała w 2009 roku a już mają na koncie trzy płyty. Nie słyszałem dwóch wcześniejszych, jednak to co jest na tej wydanej 25 stycznia 2012 roku wskazuje, że należy przyjrzeć się bliżej tym chłopaczkom.

Cloud Nothings udowadniają na tej płycie, że energiczne indie rockowe granie ma jeszcze wiele słuchaczowi do zaoferowania . I mimo, że słuchając tego wydaje nam się, że już to kiedyś słyszeliśmy to uświadamiamy sobie, że ta muzyka nigdy nam się nie znudzi. Ocena: 8/10.

Renton – Niech wszystko staje się lepsze

Nieco zapomniany warszawski zespół przypomina się rodzimym hipsterom prezentując drugi studyjny album.

Zapomniany to dobre określenie, bo porównując okres śmigania „hey girl” w reklamówkach Ery i szum wokół debiutu grupy do ostatnich miesięcy pokazuje znaczną różnicę. Jednym słowem można to określić: CISZĄ. Po drodze oczywiście była chęć podbicia Eurowizji z „I’m Not Sure”, jednak polskie „osłuchane” społeczeństwo szybko zweryfikowało ich zapędy. I tak o to Renton, bez żadnej presji, żadnej napinki wydaje drugi krążek nazwany przekornie „Niech wszystko staje się lepsze”. Nazwa dobrze trafiająca w czasy greckich kryzysów, włoskich premierów i znikających znaków z polskich autostrad.

„Niech wszystko staje się lepsze” to album sympatyczny, miły w odbiorze. Pokazujący, że indie rockowa rewolucja nie jest obciachowa. By była bardziej przychylna polskiemu odbiorcy (Chyba zrozumieli, że Świata nie podbiją) całość w języku polskim. Ten zabieg całkowicie na plus, ponieważ teksty na Take-Off, które były napisane w języku Johna Lennona były „takie se”. Oczywiście te tutaj po polsku też jakoś nie błyszczą, ale po prostu bardziej pasują. Muzycznie nie ma większych zmian, jest energicznie, gitarowo i równo. Brakuje może typowych singli, które by miażdżył, ale to zupełnie nie przeszkadza w pozytywnym odbiorze tej płyty.

Rok 2011 póki co jest bogaty w ciekawe rodzime propozycje muzyczne. Ocena: 6/10.

Posłuchaj